| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Bizon

Dołączył: 24 Sty 2004 Posty: 13394 Skąd: Radomsko/Łódź
|
Wysłany: Czw Sty 20, 2011 4:46 pm Temat postu: |
|
|
ona nie ma nic przeciwko  _________________
if you don't like oral sex, keep your mouth shut...
http://issuu.com/rockaxxess/docs/rock_axxess_15-16 - nowy numer ROCK AXXESS
you never had it so good, the yoghurt pushers are here |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Shoryuken

Dołączył: 26 Mar 2010 Posty: 358 Skąd: ja mam to k***a wiedzieć?
|
Wysłany: Nie Kwi 10, 2011 11:44 pm Temat postu: |
|
|
Pendragon Passion z okazji otwarcia w Poznaniu turnee po Polsce promującego ten właśnie album. Panowie zagrają w Blue Note już we wtorek i zamierzam się tam stawić pod sceną. Może się uda przy okazji kupić Not of this world w rozsądnej cenie nie przekraczającej 60 zł Enyłej album po pierwszym odsłuchu wzbudził skrajne emocje z przewaga tych negatywnych. Za drugim odsłuchem jest znacznie lepiej. Może to zasługa białego rosjanina, którego sobie sączę a może album jest zwyczajnie trudny i wymaga paru podejść. Z pozytywów trzeba wskazać drugą część Empathy, czy kobyłę w postaci This Green And Pleasant Land. Wyróżniają się także Sakra Brae i Your Black Heart. Niestety nie dlatego, że są jakieś mega odkrywcze. Wymienione kawałki to raczej solidna rzemieślnicza progresywna robota. Reszta kawałków nieodparcie przywołuje wrażenie, że zespół nagrał płytę bez pomysłu ale z ostatecznym werdyktem wstrzymam się po ocenie na żywo i jeszcze paru przesłuchaniach. Na pewno jednak nie zmienie zdania co do tego, że Passion stoi o jakieś dwie klasy niżej niż Pure, który zwyczajnie jest genialny, i nic na poziomie Indigo, Comatose p. III czy It's only me w nim nie uświadczymy. _________________ http://www.lastfm.pl/user/Shoryuken10 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Kwi 11, 2011 12:26 am Temat postu: |
|
|
no z tych samych powód od wczoraj katuję Passion
Też mam mieszane uczucia. Płyta nie jest słaba, ale... tak cholernie przeciętna. Faktycznie Empathy z epickim zakończeniem oraz 'przebojowo' melodyjne This Green And Pleasant Land to dwa najmocniejsze punkty płyty i na nie właśnie liczę na koncercie. Black Heart zachwyca gitarową kodą, ale gdzie mu tam do przepięknego, magicznego zakończenia w stylu It's Only Me czy urzekającego swoją prostotą i melodią Am I Really Losing You? (i chu, że motyw zerżnięty z Yes ;p).
Sporo zmian na tym albumie w porównaniu do wcześniejszych, znanych mi dokonań grupy. Niby już na Pure i nawet Believe było trochę eksperymentów, ale tak ciężko to chyba jeszcze nie grali nawet w moich przeukochanym Indigo. W dodatku jakieś tam elektroniczne popierdywania chyba były też. I niby fajnie, że próbują się w końcu jako zespół rozwijać, ale tak średnio im IMO tutaj wyszło. Getting Caught, Frenzy, Sakra Brae... nawet za bardzo nie pamiętam jak to leci, opróćz tego, że było jak na nich ciężko, a Nick strasznie jęczał Serio ten facet ma chyba tutaj swoje apogeum jeśli chodzi o yorkowość wokalu ;p
Teraz jak miałbym oceniać to tak między 5, a 6. No ale zobaczymy, może urośnie z czasem. Faktycznie do Pure to nawet nie ma co podchodzić, tamten album był fenomenalny. Ten co najwyżej jest niezły. Chociaż Believe, któego strawić nie mogę IMO przebija. _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Incubus

Dołączył: 11 Sie 2009 Posty: 1386 Skąd: Poznań
|
Wysłany: Wto Kwi 12, 2011 2:58 pm Temat postu: |
|
|
Yorkowość wokalu
No ale fakt, podpisuję się pod tymi słowami, album jest mocno przeciętny (3 pełne przesłuchania za mną), razi przede wszystkim recyclingiem pomysłów (mam wrażenie, że każdą z tych solówek słyszałem w lepszej postaci na Pure ), beztroskim riffowaniem i bardzo słabym śpiewem Nicka. Już bardziej mi się podoba to jodłowanie pod koniec The Green And Pleasant Land choć motyw totalnie z dupy imo.
Nie, to nie jest zły album, on jest po prostu zbyt słaby po Pure.
Incubus sez: 7/10 _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Incubus

Dołączył: 11 Sie 2009 Posty: 1386 Skąd: Poznań
|
Wysłany: Wto Kwi 12, 2011 5:28 pm Temat postu: |
|
|
No dobrze, 3 przesłuchania dalej przyznać muszę, że Your Black Heart jednak weszło mi do głowy... znakomity ending! Ale mi tam zawsze serce mięknie jak słyszę takie porko-chórki.  _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Wto Kwi 12, 2011 9:38 pm Temat postu: |
|
|
Jakoś się ostatnio wkręciłem w słuchanie takiego zaangażowanego politycznie i społecznie soulu z początku lat 70. - Marvin Gaye, Curtis Mayfield, Syl Johnson. Te obszary zawsze leżały u mnie odłogiem, a okazuje się, że można tam naprawdę sporo ciekawych dźwięków odnaleźć.
W każdym razie, polecam 2 albumy z 1970 roku: "Is It Because I'm Black" Syla Johnsona i "Curtis" Curtisa Mayfielda. No i oczywiście o rok późniejszy Gaye. _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Kubolski

Dołączył: 05 Mar 2010 Posty: 1270 Skąd: Stare Polesie
|
Wysłany: Sro Kwi 13, 2011 12:01 am Temat postu: |
|
|
Let's get it on... Heh, przy tej piosence spłodzono miliony...  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Incubus

Dołączył: 11 Sie 2009 Posty: 1386 Skąd: Poznań
|
Wysłany: Pią Kwi 15, 2011 3:52 pm Temat postu: |
|
|
No dobra, Passion zaczyna chwytać. Nadal uważam, że do poziomu Pure trochę mu brakuje, że pomysły są nie do końca świeże, ale dziś złapałem się na tym, że przesłuchałem album kilka razy bez najmniejszego zgrzytu, a motywy które wcześniej mnie denerwowały (np. kiczowate refreny Empathy i Pleasant Land w połączeniu z filmowym patosem, który nijak nie wynika z tekstu) stały się bardziej naturalne i nie powodują już dyskomfortu. Być może jest to w pewnym stopniu zasługa poznańskiego koncertu, na którym kawałki z Passion zostały zaprezentowane wprost fenomenalnie... ciężko powiedzieć. Może po prostu ta płyta potrzebuje nieco więcej czasu, aby chwycić i zabłysnąć pełnym blaskiem. W tej chwili pozostaję oczarowany przede wszystkim dwiema kompozycjami: Empathy oraz (przede wszystkim!) Your Black Heart, które jako ending przebija u mnie nawet epickie It's Only Me z Pure, choć nie ma w nim tak imponujących popisów gitarowych i ładunku emocji. Sama melodia, harmonie wokalne, nastrojowa i niewymuszona gitara, która niczego już nie udowadnia - połączenie tych składników czasami daje lepszy rezultat, niż najdłuższe nawet solo, o czym doskonale wiedzą fani formacji Gazpacho. Szkoda tylko, że cały album nie trzyma tak wysokiego poziomu, jak zakończenie. Po "osłuchaniu się" do wstępnej oceny wypada dodać jeden punkt, płyta naprawdę sporo zyskuje po bliższym poznaniu. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Shoryuken

Dołączył: 26 Mar 2010 Posty: 358 Skąd: ja mam to k***a wiedzieć?
|
Wysłany: Pią Kwi 15, 2011 3:57 pm Temat postu: |
|
|
| Incubus napisał: | | Być może jest to w pewnym stopniu zasługa poznańskiego koncertu, na którym kawałki z Passion zostały zaprezentowane wprost fenomenalnie... ciężko powiedzieć. |
Ano. Po wykonaniu Empathy panowie dostali owacje i brawa trwające jakieś ponad 5 minut jakich chyba w życiu nie słyszeli sądząc po ich zaskoczeniu. Po prostu nie mogli zacząć kolejnego numeru i ch*j  _________________ http://www.lastfm.pl/user/Shoryuken10 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Nie Kwi 17, 2011 1:49 am Temat postu: |
|
|
na Empathy od razu zwróciłem uwagę przy pierwszym odsłuchu i do tej pory uważam, zę ten kawałek jest najlepszy na tej mocno przeciętnej płycie.
NO i na koncercie to to miało pierdolnięcie. W ogóle nie wiedziałem, żę oni umieją z taką mocą grac. NIby tam jakieś elementy metalu przeiwjały się od dwóch płyt, ale... kurde nie wiem czy to nagłośnienie czy co, ale przy każdym muśnięciu basu miałem serce pod gardłem, a riffy był tak cholernie miło mięsiste, że aż mi się metalu zachciało posłuchac.
najlepiej wyszło zdecydowanie If I Were the Wind (bajka, prawdziwe cudo i perełka) oraz najnowsze Empathy. Zmiotło wszystkich.
Fajnie też wyszło Indigo, Freak Show czy Paintbox odśpiewane nawzajem z publiką, ale ogólnie już bez orgazmów. mimo, że koncercik zacny.
a black heart mnie nadal nie może chwycic na całego. Owszem to top3 płyty, ale do przepięknego It's Only Me, przy którym najwięksi tawrdziele ronią łzy nie ma startu i wydaje się byc.. no nijakie trochę.
album nadal oceniam na 6/10. Zabrakło mi trochę na nim melodii oraz ze 2 kawałki są zwykłymi wypychaczami jak dla mnie.
a Green Pleasant Land mnie nieco rozczarowało na koncercie. OWszem refren cudny, ale po cholerniemocnej prezentacji Empath spodziewałem się, że prawie-najlepszy-kawałek-na-płycie stac na więcej. _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Nie Wrz 11, 2011 10:47 pm Temat postu: |
|
|
Ulver – Kveldssanger
Dzisiaj wróciłem po dość długiej przerwie. Cudowna płyta. Jak ktoś lubi... spokojne Opeth? To w lesistym wydaniu z To Bid You Farewell niech bierze od razu. Zgasić światło, położyć się na łóżku i chłonąć. Całość brzmi jakby grupka studencików pojechała do Skandynawii na ferie zimowe i podczas jazdy przez las zepsuł im się samochód co zmusiło ich do przedarcia się przez owy las o własnych siłach. Tylko że wtedy pojawia się zawieja, wygłodniała sfora wilków oraz sam szatan. Tylko nie taki czerwony co ma widły, ogon, różki i słucha Slayera. Ten to prawdziwy demon opatulony w czarny płaszcz, bezszelestnie prześlizgujący się między drzewami.
W każdym razie piękna, na prawdę piękna płyta. A brzmi to mniej więcej tak
http://www.youtube.com/watch?v=UsVRRdvdPeI&feature=related
jest to praktycznie w całości płyta oparta na akustyku. Czasem przewinie się jakiś smyk, ewentualnie flet. Nawet wokal jest tu potraktowany jako.. uzupełnienie. Dodatek. To musiał być niezły szok dla fanów po death metalowym debiucie (też powinienem powtórzyć, bo również poziom dobry miał z tego co pamiętam). Chciałbym widzieć trasę promocyjną. Album trwa jedynie 35 minut, ale tyle wystarczy. Album zyskuje jedynie dzięki temu na spójności. Tyle czasu jest akurat. Nie męczy, nie dłuży się, człowiek nie patrzy na zegarek. Zamyka jedynie oczy i daje się porwać tym szalonym, nieobliczalnym Norwegom. Pojedynczych utworów nie ma sensu omawiać, bo tego serio słucha się jak jednej 35 minutowej kompozycji. Bez słabych momentów. Poza tym w ich przypadku i tak nigdy nie zwracam uwagi na tytuły. Dziesiątku pięknych melodii, cudownych momentów. Muzyka to smutna, pełna melancholii. I ma w sobie coś wzniosłego... tak smutnie-szlachetnego no. Ale bynajmniej nie jest to pusty patos.
A przede wszystkim, ten album ma klimat. I to jaki.
Jeszcze raz, polecam po stokroć. _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
BeBe

Dołączył: 27 Gru 2006 Posty: 4252 Skąd: FAC 51
|
Wysłany: Nie Wrz 11, 2011 11:18 pm Temat postu: |
|
|
| NAR napisał: |
Ulver – Kveldssanger
Dzisiaj wróciłem po dość długiej przerwie. Cudowna płyta. Jak ktoś lubi... spokojne Opeth? To w lesistym wydaniu z To Bid You Farewell niech bierze od razu. Zgasić światło, położyć się na łóżku i chłonąć. Całość brzmi jakby grupka studencików pojechała do Skandynawii na ferie zimowe i podczas jazdy przez las zepsuł im się samochód co zmusiło ich do przedarcia się przez owy las o własnych siłach. Tylko że wtedy pojawia się zawieja, wygłodniała sfora wilków oraz sam szatan. Tylko nie taki czerwony co ma widły, ogon, różki i słucha Slayera. Ten to prawdziwy demon opatulony w czarny płaszcz, bezszelestnie prześlizgujący się między drzewami.
W każdym razie piękna, na prawdę piękna płyta. A brzmi to mniej więcej tak
http://www.youtube.com/watch?v=UsVRRdvdPeI&feature=related
jest to praktycznie w całości płyta oparta na akustyku. Czasem przewinie się jakiś smyk, ewentualnie flet. Nawet wokal jest tu potraktowany jako.. uzupełnienie. Dodatek. To musiał być niezły szok dla fanów po death metalowym debiucie (też powinienem powtórzyć, bo również poziom dobry miał z tego co pamiętam). Chciałbym widzieć trasę promocyjną. Album trwa jedynie 35 minut, ale tyle wystarczy. Album zyskuje jedynie dzięki temu na spójności. Tyle czasu jest akurat. Nie męczy, nie dłuży się, człowiek nie patrzy na zegarek. Zamyka jedynie oczy i daje się porwać tym szalonym, nieobliczalnym Norwegom. Pojedynczych utworów nie ma sensu omawiać, bo tego serio słucha się jak jednej 35 minutowej kompozycji. Bez słabych momentów. Poza tym w ich przypadku i tak nigdy nie zwracam uwagi na tytuły. Dziesiątku pięknych melodii, cudownych momentów. Muzyka to smutna, pełna melancholii. I ma w sobie coś wzniosłego... tak smutnie-szlachetnego no. Ale bynajmniej nie jest to pusty patos.
A przede wszystkim, ten album ma klimat. I to jaki.
Jeszcze raz, polecam po stokroć. |
Lubię każdego, kto poleca Ulvera.
Nawet jak słucha Marillion. _________________ Sometimes the only sane answer to an insane world is insanity.
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Nie Wrz 11, 2011 11:30 pm Temat postu: |
|
|
Ej.... przepiękna...  _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Atrus

Dołączył: 17 Gru 2008 Posty: 1752
|
Wysłany: Pon Wrz 12, 2011 4:06 pm Temat postu: |
|
|
Najzabawniejszy w tym wszystkim jest fakt, że Ulver brał się za milion dziewięćset gatunków i w każdym wypadał doskonale. Ostatnia płyta też daje radę, chociaż jest chyba ich najsłabszą dotąd.
Kveldssanger jest płytą absolutnie przepiękną - TO jest dla mnie definicją muzycznej podróży, a nie świergoczące Yesy zbliżające się do krawędzi Klimat osiągnięty najprostszymi możliwymi środkami, pół-amatorska produkcja (np. słychać jak Garm dyszy nad gitarą ) i takie perełki jak choćby:
http://www.youtube.com/watch?v=f_jIgaUkROI
Piękna płyta, cieszę się, że moje zachwyty nie idą w próżnię
| NAR napisał: |
To musiał być niezły szok dla fanów po death metalowym debiucie (też powinienem powtórzyć, bo również poziom dobry miał z tego co pamiętam). Chciałbym widzieć trasę promocyjną. |
Na debiucie (raczej black niż death metalowym, nawiasem mówiąc) było już sporo wstawek folkowych, więc IMO było to większym zaskoczeniem dla wytwórni (z której wylecieli jak z procy) niż dla fanów. Większym zaskoczeniem była chyba każda następna płyta: najpierw Nattens Madrigal, będąca garażową, blackową rzeźnią i William Blake Album (czyli Themes from William Blake's The Marriage of Heaven and Hell, ufff), na którym metalu było tyle co nic, kolejne EPki i zwrot w stronę elektroniki na Perdition City, niedefiniowalne gatunkowo Blood Inside, wreszcie Shadows of the Sun, na której podszywają się pod Davida Sylviana (swoją drogą na albumie słychać Fennesza, z którym Sylvian ostatnimi czasy współpracuje). Każdy z tych albumów mógłby nagrać inny zespół. Każdy z tych albumów jest zajebisty. Znajdźcie mi drugi taki zespół (projekt?). _________________
With my last breath I curse Zoidberg. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Sro Wrz 14, 2011 6:55 am Temat postu: |
|
|
Ostatnio przesłuchałem :
Na przekór wszystkim, gdy wszyscy już mają nadzieję, że dałem sobie z tym spokój. Otóż nie. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom co poniektórych, którzy uważają, że mają prawo i mają nakaz mówić innym co mają słuchać i czym mają się podniecać. Otóż nie. Ja zostaję na swoim i czekam na moment gdy znów zachwycę się muzyką tak jak zachwyciłem się tym zespołem, i przede wszystkim tą płytą. Powiem szczerze. Z magii zupełnie odarta poprzez moją głupotę i zniecierpliwienie oraz nachalność. Na ten moment naprawdę niewiele czuję z tego co czułem płytę tę poznając. Pozostała magia słów i historii jaka jest nimi opowiedziana. Pozostają melodie i różne "smaczki nieosiągalne i nierzucające się nachalnie w uszy po pierwszym przesłuchaniu". Pozostaje to wszystko czym muzyka Marillion kazała siebie definiować. Pozostał pewien sposób na zatracenie się w niej. Na ucieczkę od spraw codziennych. Ale nie na zasadzie Xaviego i jego Sigur Rosa. Nie. Jak dla mnie polega to na innym spojrzeniu na cały otaczający nas świat. Przez pryzmat dziecka zagubionego w wielkim wyścigu szczurów jakim dziś się stał świat. Na próbie zrozumienia reguł i niesprawiedliwości jaka nas otacza. Że dziś coś takiego jak uczucia i pierwotne emocje są wypierane przez masowe niszczenie umysłów. Otępianie i tłumienie człowieczeństwa. Podczas gdy świat niemal nakazuje nam żyć tak by tylko przedłużyć nasz gatunek, Marillion wychodzi z tym wszystkim, z czym chcą nas odosobnić. Od emocji tak ludzkich a zarazem tak pierwotnych. Od tęsknoty, miłości, zazdrości. Od wszystkiego co nas niszczy ale jednocześnie nas definiuje.
Dzięki tej płycie może ciężko by było to stwierdzić, ale jednak. Dzięki tej płycie przetrwałem ponad rok swojej egzystencji. Dzięki niej znalazłem definicję tego czego szukam w muzyce. Zupełnego zatracenia. Niezależnie od tego czy w słowach, czy w melodii, a może nawet w obu. Kwestią pozostaje to jakimi środkami zostało to osiągnięte. Czasem wystarczy wstęp do Shine on you Crazy Diamond, a kiedy indziej potrzebuję List do M. Niemniej jednak podczas odsłuchiwania płyt nigdy nie byłem tak "wrośnięty" w to co słucham. W pewnym momencie zacząłem się utożsamiać z bohaterką. Z takich czy innych względów czułem, że mogłem to być ja na jej miejscu. Gdy Hogarth do współpracy z Helmerem(? nie chce mi się sprawdzać jak brzmiało jego nazwisko) opisują po kolei stadia tej choroby jaka ogarnia tę biedną dziewczynkę. Jak przechodzi przez te wszystkie tragiczne chwile. W sposób tak ludzki opowiedziane to co ludzkim nie może być nazwane. I czasami mam wrażenie, że to wcale nie była jedna na milion. Że takie sytuacje dzieją się o wiele częściej tuż za naszymi ścianami. Gdy podczas słuchania Hollow Man człowiek zdaje sobie sparawę... qrczę. To tylko wersja studyjna, ale tu słuchając Hogartha widzi się jego zadręczoną twarz. Możecie nazwać to fanatyzmem. Naprawdę wisi mi to jak mnie postrzegacie.
A gdy wchodzi kolejna część, najpełniej opisująca to z czym borykała się bohaterka. JAk wyglądało jej życie. Jakie to wszystko było beznamiętne, wyobcowane i zgaszone. Dziwić się, że na koncertach Hogarth brał różę i po kolei rozrywał jej kwiat na części... niszczył. Niczym tę bohaterkę niszczyła rodzina, niszczył popularny ostatnimi czasy system... Nie do opisania jest fakt jak prostymi sposobami i banalnym językiem artyści opisali coś tak tragicznego. W jak prosty i co tragiczniejsze bardzo obrazowy sposób opisali wszystkie tragedie. Coś co winno być przestrogą a pozostało zwykłym "milczącym protestem" którym niewielu się przejęło. Czy to dobrze? Wszystko zależy od punktu siedzenia.
Płytę wielbię tak bardzo jak to tylko możliwe. Prawdopodobnie mój jedyny muzyczny aksjomat, którego szukałem z 4 lata, a zrozumiałem dopiero w czasie 5. Mimo iż początkowo uważałem, iż jest kilka momentów nad którymi muzycy mogliby popracować. Iż jest kilka momentów które mogliby usunąć. Dziś? Na więcej nie było ich stać. Czy dobrze? Wyśmienicie bo czyż ludzkim nie jest właśnie staczanie się i znów osiąganie szczytów? Tragicznie słabej kompozycji tu nie ma. Są tylko takie, które nie od razu bywają zrozumiane. To nie jest płyta na raz. Ba. Tej płyty nie idzie zrozumieć i dogłębnie zbadać nawet i za 50 razem. Więc po co wspominam o czymś na co trzeba poświęcić o wiele więcej czasu niż łupanki? Bo może ktoś rok temu wziął tę płytę do odtwarzacza, odsłuchał i stwierdził... eee w sumie dobre ale łzawe. Bo może dziś jest ten moment w którym chwyci i już nie puści. Niech choćby jedna osoba to poczuje.... Dobranoc. _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ziutek98

Dołączył: 15 Wrz 2007 Posty: 3947 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Sro Wrz 14, 2011 10:50 pm Temat postu: |
|
|
Jakby to kogo interesowało, to właśnie tu: http://radiowww.eu/ leci najnowsza płyta Closterkellera, Bordeaux, Anja i Mariusz dużo o płycie opowiadają, m.in. o bębnach, które ułożył Anji syn, Adama, niedoszły perkusista Closterkellera... Znany również z występów w niejakim Prowlerze  _________________ PRÖWLER - kapela rockowa, ja na basie. Info o koncertach na kanale pod linkiem  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Maciej

Dołączył: 22 Lip 2005 Posty: 1329 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sro Wrz 14, 2011 11:43 pm Temat postu: |
|
|
Dobrze wiedzieć,jakoś mi się wydawało że to za rok..
A to premiera pojutrze. _________________ Light the fire, feast
Chase the ghost, give in
Take the road less traveled by
Leave the city of fools
Turn every poet loose
  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Xavi

Dołączył: 06 Wrz 2010 Posty: 2519
|
Wysłany: Sro Wrz 14, 2011 11:46 pm Temat postu: |
|
|
przesłuchałem Brave'a znów i muszę stwierdzić, że można o tej płycie napisać wszystko oprócz tego, że nie ma na niej żadnych emocji. Fajni z nas wariaci w7  _________________ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ziutek98

Dołączył: 15 Wrz 2007 Posty: 3947 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Czw Wrz 15, 2011 12:17 am Temat postu: |
|
|
| Maciej napisał: | Dobrze wiedzieć,jakoś mi się wydawało że to za rok..
A to premiera pojutrze. |
Ale, jak być może słyszałeś, w sklepach już leży Płyta genialna, niezwykle dojrzała. A zaraz rusza trasa, nie mogę się doczekać, będą grali u nas w Proximie  _________________ PRÖWLER - kapela rockowa, ja na basie. Info o koncertach na kanale pod linkiem  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Incubus

Dołączył: 11 Sie 2009 Posty: 1386 Skąd: Poznań
|
Wysłany: Czw Wrz 15, 2011 3:55 pm Temat postu: |
|
|
Ok, Brave... jaki jest, każdy słyszy. I guess. Natomiast ja w ostatnich dniach przesłuchałem coś całkowicie nowego - gorący jeszcze album Tori Amos - Night Of Hunters.
Muzyka zawarta na płycie nie jest łatwa, ale też nie miała być - wszak inspiracje Tori na tym concept albumie sięgają chłodnego baroku. Aranżacje utworów mają charakter teatralnych aktów, a melodie są inspirowane dokonaniami m. in. Bacha, Szopena, Schuberta czy Debussy'ego. Tori towarzyszy orkiestra z prawdziwego zdarzenia, która nie ogranicza się jedynie do sekcji smyczkowej (tutaj główną rolę odgrywa polski kwartet smyczkowy o średnio polskiej nazwie Apollon Musagète) - w większości utworów usłyszymy również klarnet, obój czy flet, natomiast na fortepianie gra sama Tori, choć momentami ciężko uwierzyć w lekkość i grację, z jaką interpretuje pokręcone takty najwspanialszych kompozytorów w dziejach. Gorąco zachęcam do zapoznania się z tą solidną (>72 min.) porcją klasyki w nieco mrocznym i niepokojącym, lecz nie pozbawionym wdzięku wydaniu.
Dla mnie Night Of Hunters to solidny kandydat na album roku. Ukochany utwór - Star Whisperers. Drastycznie subiektywna ocena po kilkunastu przesłuchaniach całości - 9/10. Płyta w sklepach od 20 września.
EDIT: Na youtube znalazłem taką najbardziej przystępną próbkę klimatu, który jest obecny na albumie: http://www.youtube.com/watch?v=9gzKwOcCOYA. Jest to chyba najbardziej wpadająca w ucho melodia z całego albumu. Jestem oczarowany doborem obrazu do tej muzyki. Gorąco polecam! _________________

Ostatnio zmieniony przez Incubus dnia Czw Wrz 15, 2011 4:35 pm, w całości zmieniany 1 raz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Bizon

Dołączył: 24 Sty 2004 Posty: 13394 Skąd: Radomsko/Łódź
|
Wysłany: Czw Wrz 15, 2011 4:00 pm Temat postu: |
|
|
john scofield - uberjam
fajne, nieco pojebane klimaty jazzowo-acidowo-fusionowe, nawet z elementami nieco nowoczensiejszymi. nie jest to cos, czego slucham na codzien i pewnie w wiekszej ilosci byloby dla mnie nie do strawienia, ale od czasu do czasu, jako przeciwwaga dla dzwieków mi blizszych, chetnie takich eksperymentów sobie slucham. tak na dowód dla różnych katerów, ze nie samym bizonrockiem bizon żyje  _________________
if you don't like oral sex, keep your mouth shut...
http://issuu.com/rockaxxess/docs/rock_axxess_15-16 - nowy numer ROCK AXXESS
you never had it so good, the yoghurt pushers are here |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Atrus

Dołączył: 17 Gru 2008 Posty: 1752
|
Wysłany: Czw Wrz 15, 2011 7:19 pm Temat postu: |
|
|
| Incubus napisał: |
EDIT: Na youtube znalazłem taką najbardziej przystępną próbkę klimatu, który jest obecny na albumie: http://www.youtube.com/watch?v=9gzKwOcCOYA. Jest to chyba najbardziej wpadająca w ucho melodia z całego albumu. Jestem oczarowany doborem obrazu do tej muzyki. Gorąco polecam! |
Naprawdę dobre! Nie wiem, czy to tylko moje skojarzenie, ale brzmi zupełnie jak jakaś niewydana piosenka Kate Bush z sesji do Aerial? A ja baardzo lubię tę płytę, więc siłą rzeczy...
U mnie tymczasem zgoła inne klimaty, mianowicie:
Jeżeli ktoś przypadkiem zna zespół Japan, w którym Sylvian zaczynał swoją muzyczną karierę, lub jeśli kojarzy jego wczesne solowe płyty takie jak przepiękne Secrets of the Beehive czy Gone to Earth, lub jeśli zasłuchiwał się w soundtracku do Merry Christmas Mr. Lawrence sięgając po Manafon powinien o tamtym Sylvianie... zapomnieć. Ale tylko na chwilę. Manafon jest jak lodowata woda, do której trzeba wchodzić powoli. I, podobnie jak kąpiele w lodowatej wodzie - nie każdemu przypadnie do gustu.
Muzyki zawartej na tym albumie z wspomnianymi dokonaniami mistrza pozornie nie łączy nic, poza jego unikatowym głosem. Przede wszystkim - zerwanie z piosenkową strukturą, jakkolwiek atrakcyjną, tak krępującą. Sylvian już na poprzednim albumie, Blemish, współpracował z legendą sceny free improv, gitarzystą Derekiem Baileyem i eksperymentującym elektronikiem Christianem Fenneszem balansował między muzyką kameralną, free jazzem i elektroniką, tym razem zaprosił jeszcze więcej gości (oprócz Fennesza m.in. saksofonista Evan Parker i gitarzysta Keith Rowe), przez co ma brzmienie bogatsze, pełniejsze. Album cechuje przejmujący minimalizm, granie ciszą, instrumenty są wyraźnie od siebie oddalone, często pojawiają się na ułamek sekundy, żeby zagrać kilka dźwięków, lub grają nieprzerwanie wycofane w tle. Przeważnie nie są ze sobą związane ani rytmem, ani harmonią, jednak mimo to tworzą wspólną, poruszającą całość. Niezwykle ważna jest faktura, abstrakcyjna elektronika, nagłe zmiany dynamiki, podpatrzone przez Sylviana u awangardowych kompozytorów. I drobiazgi. Niektóre nuty mogą sprawić wrażenie przypadkowych, nieprzemyślanych, zbędnych. Rzeczywiście tak jest. I to fascynuje.
Najpiękniejszym utworem na płycie jest 'Emily Dickinson' - niestety, na youtube jakość jest wyjątkowo paskudna, a na wrzucie jest tylko wersja okrojona z wspaniałej partii saksofonu. Także pozostawię Was w niepewności, czy warto tę płytę ukraść  _________________
With my last breath I curse Zoidberg. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Pon Wrz 19, 2011 11:34 pm Temat postu: |
|
|
Ostatnio przesłuchałem :
Dawno dawno temu gdy byłem muzycznym ignorantem a lemur zakazywał mi słuchać czegoś innego niż Fish jeżeli chodzi o Marillion w radiowej Trójce usłyszałem o koncercie pana wokalisty. Nie spodziewałem się, że to będzie początek końca ery Fisha w moim życiu. Pan wokalista Hogarth w związku z jakimiś kłopotami z samolotem spóźnił się możliwe, że nawet i 2 h. Nic to pomyślałem, jako, że byłem wtedy w liceum i wcześnie spać nie chodziłem. Zapuściłem dalej Queen i czekałem na moment wejścia na antenę pana Steve'a. I zaczęło się. Nie pamiętam chronologii ani nawet setlisty. Pamiętam tylko 2 utwory z tego wystąpienia. 2 utwory które zmieniły moje życie. 1 z tych utworów w kilka lat później przyćmił inne. Otóż były grane Neverland i This is the 21st Century.
I od tego się zaczęło...
Moja muzyczna edukacja przebiegała bardzo długo i boleśnie. Jako, że to jakoś w tamtych czasach wychodził Happiness is the Road, niezwłocznie go ściągnąłem i ... nawet nie przesłuchałem całego. Nudził mnie, powodował niesamowitą senność. Marillion Hogartha odleciał w zapomnienie na bardzo długi rok muzycznej banicji. W tym czasie Marillion było w Polsce a Hogarth kiwał się na głośnikach w Warszawie. Niemniej jednak ziarnko zostało zasiane. W porę się zorientowałem, że lemur mówił czyste głupoty (ależ naiwny byłem myśląc, że tym razem tak nie jest)... Zaczęło się od Brave, poprzez Seasons End, Afraid of Sunlight i na Marbles kończąc. Jako, że byłem w tamtych czasach pilnym uczniem i chodziłem do liceum blisko godzinę na piechotę, na moich uszach tkwiły słuchawki z których wylewały się cudowne dźwięki Marillion. Wtedy tylko dźwięki. Dalej pozostawałem ignorantem, ale już nie totalnym. Minął ponad rok jak nie dwa a ja już całkiem nieźle obracałem się w dźwiękach H-Marillion. Przyszła wieść, że przyjeżdżają na festiwal do Charlotty zrobić na Ziemi Niebo. Tej okazji już zmarnować nie mogłem. Byłem, po drodze nie zadając Hogarthowi żadnego sensownego pytania... właściwie go tylko poznałem ... ależ żałuję. Ale "Nic to" jak mawiał Wołodyjowski. Panowie zagrali The Invisible Man i Neverland. Alfa i Omegę płyty o której tu wkrótce zacznę pisać. Nie poczułem ZUPEŁNIE NIC poza miłymi (wspaniałymi) dźwiękami. To były ciary ale z kategorii tych "żałosnych". Gdy koncert się skończył zmuszony byłem wrócić do swojej żałosnej egzystencji ale już z konkretnymi planami na życie. Chciałem znać każdą nutę Marillion i poznać o czym właściwie nasz Bóg śpiewa. Powoli się za to zabierałem. Na pierwszy rzut poszedł Brave - album niepowtarzalny i zupełnie pomijany przez rzesze ignorantów muzycznych (pozdrawiamy lemura). Po drodze było jeszcze tego bez liku. Ale zawsze jakoś album Marbles omijałem, albo poznawałem po prostu poprzez wyrywanie kawałków z tego MONOLITU. Na pierwszy ogień poszło Neverland. Najcudowniejszy utwór świata. Ale aby dowiedzieć się o czym on tak naprawdę jest rozszerzyłem swoją edukację o kino i w ten sposób oglądnąłem Piotrusia Pana w produkcji Disneyowskiej. Film z 1953 bodajże roku ... i to było jak oświecenie. To było jak grom z jasnego nieba.... Takich ciar w muzyce nie przeżywałem nigdy. Wtedy myślałem, że o tym utworze wiedziałem już wszystko. Myliłem się i jakże słodka to była pomyłka. Minął prawie rok a ja stałem w miejscu. Po drodze oczywiście poznając 50 różnych zespołów i 300 nowych płyt z których wartych zapamiętania było może kilkanaście. I tak mi powoli brzydł Marillion od ciągłego ich słuchania. Ale poprzez to w warstwie instrumentalnej Marillion nie kryje już chyba przede mną tajemnic. Aż tu pewnego razu będąc bodajże w Złotoryi dostałem wiadomość od NAR-a który mi napisał, że oglądnął kontynuację Piotrusia Pana. A niech szlag ich wszystkich weźmie. Przecież to profanacja. Przecież Piotruś Pan miał nigdy nie dorosnąć... a on ma dzieci... cóż za bullshit pomyślałem i niemal przyrzekłem sobie, że w życiu tego nie oglądnę. Na szczęście znów pojawia się tu NAR który szczerze mi to polecił. Minęły kolejne 2 miesiące i oto jesteśmy kilka dni temu gdy przypomniałem sobie o tej rekomendacji. Ukradłem i ... i nic. Nie ciągnęło zupełnie. Na szczęście przyszedł ten słodki moment moich wakacji gdy już naprawdę nie miałem co robić. To było jakieś 4h temu.
Włączyłem.
Oglądnąłem.
Przesłuchałem płytę.
I jestem w szoku. NAR może potwierdzić. Płyta Marbles to kolejny doskonały przykład geniuszu już pal licho muzyków Marillion. To jest wyraz niesamowitej wrażliwości, cudownej zdolności wlewania emocji w teksty jaką posiada Steve Hogarth. To nie jest zwykły cżłowiek. Płyta Marbles w moim odczuciu jest wołaniem za utraconym dzieciństwem, marzeniami i wyobraźnią. Wołaniem za tym wszystkim co tracimy na własne życie w "pogoni za szczęściem".
| Cytat: | "You don't stop playing because you grow old.
You grow old because you stop palying" |
Całe szczęście tego świata jest w zasięgu naszych dłoni. Tak jak Piotruś Pan musi sobie przypomnieć jak to jest być Piotrusiem Panem. Jak to jest się bawić i cieszyć życiem. Jak to jest być po prostu szczęśliwym.
| Cytat: | | I've lost my marbles |
Po prostu zagubione szczęście. W jakże genialne przebranie przyodział tak ważną w życiu sprawę Hogarth. W coś co jednoznacznie kojarzy się z pięknem, z beztroską z ... i znów to słowo... ze szczęściem. Gdy przewija się ten motyw zarówno w Hook'u tak i w omawianym albumie. 4 miniaturki które zawsze mnie bardziej irytowały niż cokolwiek dawały sensownego temu albumowi. A to w pewien sposób pokuta "starego" a może lepiej zdziadziałego człowieka, który ma swój numerek startowy w wyścigu szczurów.
Jak ten motyw Piotrusia Pana poza ewidentnym odniesieniem w Neverland się cały czas pojawia na przestrzeni całej płyty i w każdym utworze. Tego tak o nie widać. Sam byłem ślepy jeszcze za czasów "zwykłego" Disney'owskiego seansu. I dopiero dziś do cholery jasnej tak późno to zobaczyłem.
| Cytat: | As I got older the dream began to fade away
Until one day
There she was.. tapping me on my shoulder |
Rozprawa z własnym ja. Z wszystkim co się w sobie człowiekowi (Hogarthowi?) nie podoba. A jednak jakieś echa dawnego szczęścia gdzieś w nim tkwią i starają się przebić tę powłokę starości i zwiotczałości emocjonalnej. I przecież nawet w Charlottcie zaśpiewali Fantastic Place. A ja głupi myślałem o czymś fizycznym i realnym. Czymś co istnieje. To jest takie smutne, że miałem okazję usłyszeć coś tak wspaniałego a nie dostrzegłem nawet 1% piękna w tym tkwiącego. I gdy w końcu następuje rozprawa w The only unforgivable thing z wszystkim co zostało utracone ... To jest dopiero drugi raz w całym moim życiu gdy przez trwanie całej płyty ... od początku do końca przez grubo ponad godzinę czułem cały czas ciary .... dla takich chwil warto żyć, dla takich chwil warto poznawać muzykę.
| Cytat: | More valuable than diamonds
More magical than diamonds
Did anyone see.. |
Co jest droższe niż szczęście. Co jest bardziej potrzebne niż szczęście. A ten "krzyk" człowieka za tym co utracone... kiedyś to miał być tylko fizyczny obiekt który był ładny ... a to było tak banalne a tak cudowne. Jestem pod ogromnym wrażeniem i mimo iż siedzę teraz w ciszy ciągle chodzą po mnie stada mrówek. Nie idzie tego wszystkiego wyrazić co czułem słuchając tego albumu. Dla niektórych jest to najlepszy album Marillion - i dobrze. Ale dlaczego? Bo ma ładne melodie? Bo cudownie płynie w czasie i przestrzeni? Bo ma Neverland i TiM? Bo ma Ocean Cloud? Nie chce oceniać bo nie o to tu chodzi i sam tak patrzyłem na to wszystko 5h temu ale ... stoicie przed pieprzonym ARCYDZIEŁEM SZTUKI MUZYCZNEJ. Na każdym z możliwych poziomów. No poza poziomem zaawansowania technicznego. Ale to mnie nigdy nie interesowało.
| Cytat: | Ripping out the radio
I want to be alone |
Jak genialnie uchwycone pragnienie ludzi by czasem pobyć samemu. Tak prostymi słowami i w tak ekspresyjnym tonie to wszystko wyrażone. Ta wędrówka człowieka przez życie i pogoń za utraconym szczęściem. Niektórym się udaje...
| Cytat: | Put it away this dream you can't stop dreaming
Put it away this anger and desire
The open road is infinitely hopeful
Take all those memories and throw them in the fire
And don't hurt yourself |
I znów... prosty przebój. Taaaaaaaaaa A ja jestem Koziołek Matołek. Czy są na sali osoby twierdzące, że to nie jest concept album? Kolejny z wielkich. Kolejny spod szyldu Marillion i kolejny, który nie ma sobie równych.
| Cytat: | Did anyone see my last marble
I swear that I had it before
Sometimes I think I should go see a shrink
In case he can find me some more |
Motyw z psychiatrą. Brak mi słów, żeby określić to w jak genialny sposób zostało to ujęte. Niektórzy chwycą się każdego możliwego sposobu... A wszystko w pogoni za szczęściem...
I finalnie największy i najwspanialszy utwór wszech czasów i wszechświata. Nie żadne King Crimsony czy Pink Floydy. To nie ten poziom i nie ta półka. To zwykli amatorzy jeżeli chodzi o subtelność produkcji ich utworów. I biorę całą odpowiedzialność za te słowa, które tu się pojawiły.
| Cytat: | You provide the soul, the spark that drives me on
Makes me something more than flesh and bone |
Wzięcie na tapetę Piotrusia Pana i zaadaptowanie go jako temat przewodni płyty najczęściej skończyłby się powstaniem czegoś nad wyraz patetycznego i w gruncie rzeczy żałosnego. Hogarth stworzył z tego pomysłu arcydzieło uniwersalne. Arcydzieło, które każdy może odnieść do siebie. Bo kto nie chciałby być wiecznie młody lub w końcu przy braku innej alternatywy kto nie chciałby być szczęśliwy? A tak niewiele potrzeba. Trzeba być kimś, żeby z tematu, który większość zmieściłaby w dwóch zdaniach stworzyć całość trwającą ponad godzinę. Całość, która nie ma w sobie nic z płytkości, naiwności czy czegoś podobnego...
| Cytat: | But when you're gone
I never land
In Neverland |
Bo jeśli wyrazem geniuszu nie jest ten cytat to ja nie wiem co nim może być.
Zdaję sobie sprawę, że ten post jest ... nazwijmy to lekkim przegięciem. Ale życzę sobie, żebym został sprowokowany do napisania podobnego postu jak najszybciej. Bo to będzie oznaczało, że poznam 4 płytę bez którą od tamtej pory nie będę sobie wyobrażać życia. W tym momencie muzyczny panteon to Brave, Marbles i SFAM. Żadna inna płyta nie ma startu do tych 3. A to co przeżyłem słuchając Marbles to moje. I nie żałuję... chcę więcej!!! _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Wrz 19, 2011 11:49 pm Temat postu: |
|
|
najlepszy post w historii tego forum. tyle  _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Xavi

Dołączył: 06 Wrz 2010 Posty: 2519
|
Wysłany: Pon Wrz 19, 2011 11:59 pm Temat postu: |
|
|
ale w kwestii onanizmu odrobinkę za mną, w7 się chyba uwziął, żeby mnie pobić.
Ogólnie czasami mocna przesada jak dla mnie, ale czytało się fajnie, oj fajnie  _________________ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Wto Wrz 20, 2011 12:02 am Temat postu: |
|
|
Uwierz mi, że nie byłbym w stanie napisać czegoś takiego bez realnych emocji które przeżyłem pierwszy raz. I coś czuję, że niestety mam na dłuższą chwilę przerwę bo na horyzoncie nie widzę nic co mogłoby mną znowu wstrząsnąć. Ewentualnie Happinesska ale to musi być ten dzień, to musi być czymś poparte. Zresztą... to dopiero 2 płyta którą tak bardzo wychwalam na tym forum, a Ty mi mówisz, że przesadzam? Chyba Ty przesadzasz w przesadzaniu
@NAR :* _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Xavi

Dołączył: 06 Wrz 2010 Posty: 2519
|
Wysłany: Wto Wrz 20, 2011 12:13 am Temat postu: |
|
|
| Cytat: | | I finalnie największy i najwspanialszy utwór wszech czasów i wszechświata. Nie żadne King Crimsony czy Pink Floydy. To nie ten poziom i nie ta półka. To zwykli amatorzy jeżeli chodzi o subtelność produkcji ich utworów. |
nie no choćby to, można to było napisać inaczej, np. bez podawania przykładów bo się ktoś wkurzy, a nie ma co wkurzać innych A tam komentuj ile płyt chcesz, chodziło mi przykładowo o te zdanie ;d _________________ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Wto Wrz 20, 2011 12:18 am Temat postu: |
|
|
Jedyne zdanie skonkretyzowane i pełne kontrowersji ale pod którym się podpisuję. Poza tym to jest MOJE ZDANIE i mogę tylko polemizować i odpowiadać na argumenty innych jeśli ktoś zechce ze mną dyskutować. Nie odbieram piękna muzyce Pink Floyd. Ale to był zupełnie inny poziom. Kogoś uraziłem? Trudno. To jest mój styl odbierania muzyki i ja go kocham i nie mam zamiaru zmieniać.  _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Wto Wrz 20, 2011 2:03 am Temat postu: |
|
|
A potem się dziwią, że są odbierani tak a nie inaczej...
I nie, nie mam najmniejszego zamiaru dyskutować. Z fanatykami nie ma sensu
Najlepsze jest to, że te ewentualne bogobojne peany są skierowane nie do tego utworu z tej płyty do którego trzeba
I pomyśleć, że to mnie zarzucano egzaltację...
Gdyby z marbles zrobić jednopłytowe wydawnictwo mielibyśmy ścisłą czołókę wszech czasów. IMO tu jest kilka "zapychaczy", kilka numerów które bez onanizmu nie są jakimiś wybitnymi momentami muzycznymi.. nie wiem nad czym specjalnie miałbym się rozpływac w takiej Angelinie, która mnie nigdy nie porwała i nie porwie. To samo zresztą z poprzedzającym ją You're Gone.Tu pełna zgoda- to nie ta półka i nie ten poziom, ale... nie w tę stronę ta ocena idzie.
Jeszcze pewnie łatwiej byłoby mi to czytać i z czymkolwiek się zgodzić gdyby nie myśl której nie potrafię zatrzymać- że za tydzień posłuchasz innej płyty Marillion i nagle to ona stanie się tym Absolutem... ale w sumie czemu ja się dziwię, jak odkryłem SFAM to też wydawało mi się, ze złapałem pana boga za nogi a każda jedna nanosekunda tej płyty daje mi wieczność czy coś...
Ja jestem szalenie ciekaw, czy ten onanizm nad każdym jednym fragmencikiem tej płyty przetrwa próbę czasu. Bardzo ciekaw. Bo to jets płyta wielka, ale... czy aż tak wielka? Nie, nie odpowiadaj mi dziś. Pogadamy za jakiś czas
Czytało się miło, choć przyznam- nie dało się uniknąć kilka razy "facepalmowego" usmieszku... za którym w sumie stoi sporo dużo bardziej skomplikowanych uczuć...
| wasdfg7 napisał: | | Jedyne zdanie skonkretyzowane i pełne kontrowersji ale pod którym się podpisuję. Poza tym to jest MOJE ZDANIE i mogę tylko polemizować i odpowiadać na argumenty innych jeśli ktoś zechce ze mną dyskutować. Nie odbieram piękna muzyce Pink Floyd. Ale to był zupełnie inny poziom. Kogoś uraziłem? Trudno. |
Tylko tu jest właśnie pies pogrzebany, bo nagle mam wrażenie się zacietrzewiasz albo prowokujesz albo przekonujesz... no właśnie, kogo... mnie? NARa? innego cztającego? SIEBIE?
O co mi chodzi? Rozumiem, że tego typu post ma wyrazić co czułeś słuchając tej płyty Zachęcić innych do wysłuchania. Przeżycia choćby części tego, co Ty przeżyłeś. Dobrze kombinuję? I póki skupiasz się na tej płycie, abstrahując od wszystkiego innego, od całej rzeczywistości (coś, co chyba dzieje się podczas słuchania, nieprawdaż, chyba nie myślisz o Pink Floydach słuchając Marillion i vice versa?)- wtedy... wtedy powiem szczerze sam mam ochotę wziąć włożyć o tej 1 rano płytę do odtwarzacza i sprawdzić jeszcze raz czy może czegoś przez te 6-7 lat nie przegapiłem... niestety, zamiast trzymać się tego kursu pojawia się jakaś nie wiem po co potrzebna gradacja, to jest lepsze, to jest gorsze, kto myśli inaczej wiele traci itd i... i nagle zamiast przeżywania muzyki robi się z tego jakiś sport a w efekcie... przynajmniej u mnie płyta została tam gdzie była. W pudełku na półce. A ja jako czytelnik nagle czuję się jakbym szedł ulicą i dopadł mnie ktoś rozentuzjazmowany i rozpromieniony i zaczął obiecywać, że wszystko będzie dobrze, bo Jezus mnie kocha i nadchodzi...
Szkoda, bo spora część tego tekstu bardzo, bardzo mi się podoba. Pokazuje ile emocji ta płyta wyzwala, udało Ci sie tego trochę złapać. Niestety, tego tyou buńczuczne sformułowania sprowadzają mnie po chwili jako czytelnika na ziemię. Zupełnie bez sensu. Zupełnie niepotrzebnie. Ktoś tym coś zyskał? Ja nie. Ty chyba też nie bardzo... tak doszło do mnie, ze ja przecież swego czasu też peany pisałem na temat SFAM, na temat Human Equation, na temat Within the Realm czy Red... ba, nawet pewnie i na temat Marbles by się znalazło. Ale kiedy całe Forum próbowałem zarazić miłością do SFAM nie pisałem "niech się schowają wasze Metaliki czy Queeny czy inne", tylko... pisałem o tej muzyce. Żadnej innej. Bo... żadna inna wtedy nie istniała. Słuchając SFAM nie myślałem o tym czy to jest lepsze od tego czy tamtego czy nie. Starczało mi to, ze to jest zajebiste. I pokazując innym jakie to zajebiste ale nie wprowadzając żadnej gradacji zaraziłem tą płytą wiele, wieeeeeeele osób.
Tak, pisałem też o pewnych rzeczach że są najlepsze ever. Starless, chociażby. Ale nie podkreślałem co jest gorsze (pomijam wszelkie przekomarzania się i ewentualne dyskusje, chodzi mi o posty tego typu, w których piszę o pasji, o tym co ja myslę, co czuję, co słyszę). Ciągle jedyną widoczną rzeczą dla innych był zachwyt nad TYM. Przesadzony, nieadekwatny, ale... ciągle bezpieczny. Bo skoro to niby takie dobre, to posłucham. Albo wrócę. Tutaj, czytając że Pink Floydy mogą się chować nagle z nieba spadam jako czytelnik na ziemię, stwierdzam "tak, tak" i trace zainteresowanie. A szkoda...
Taka informacja zwrotna ode mnie. W połowie lektury byłem gotów włożyć płytę do odtwarzacza. Pod koniec uśmiechnąłem się pod nosem i postanowiłem Ci odpowiedzieć. A w tym czasie ze słuchawek leci zupełnie inny album, zupełnie innego zespołu... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/
Ostatnio zmieniony przez Fenderek dnia Wto Wrz 20, 2011 2:51 am, w całości zmieniany 1 raz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Wto Wrz 20, 2011 2:49 am Temat postu: |
|
|
| Fenderek napisał: |
Gdyby z marbles zrobić jednopłytowe wydawnictwo mielibyśmy ścisłą czołókę wszech czasów. IMO tu jest kilka "zapychaczy", kilka numerów które bez onanizmu nie są jakimiś wybitnymi momentami muzycznymi.. nie wiem nad czym specjalnie miałbym się rozpływac w takiej Angelinie, która mnie nigdy nie porwała i nie porwie. To samo zresztą z poprzedzającym ją You're Gone. |
nie wiem może (? ;d) jestem nieobiektywny, ale totalnie się z tym nie zgadzam. W sensie to tak jakby zacząć wycinać. a to Best Friend z opery, a to Through My Words ze SFAM, a to Providence z Red. Bez sensu (no może bez tego istatniego ;d). Dla mnie Angelina jest przepiękna. absolutnie cudowna. JASNE You're gone albo Damage wybitne nie są same w sobie. są po prostu dobrymi "przebojami", ale... sam pisałeś Fenderku nie raz że dobra płyta to nie ta co trzyma poziom patosu jakby się walił swiat przez cały czas tylko to płyta taka, która umiejętnie balansuje na uczuciach.
No i Marbles zostało wydane jako jedno płytowe wydawnictwo. Przez co powstała płyta tak z 10 razy słabsza imo. To dwu płytowe wydawnictwo to jest podróż. tak frazes. nie kurwa nie frazes ( ), serio to jest podróż. Od The world's gone mad po But when you're gone i never land in Neverland. Najpiękniejsza podróż po wspomnieniach. niby nie koncept, a na pewno nie taki jak SFAm czy Brave, ale... te miniaturki te powiązania jak między Don't Hurt a Fantastic Place... piękna, przepiękna plyta, której nie wyobrażam sobie w jednopłytowym wydaniu.
tak wiem że powiesz
| Cytat: |
Najlepsze jest to, że te ewentualne bogobojne peany są skierowane nie do tego utworu z tej płyty do którego trzeba Wink |
mów co chcesz, ale na dzisiaj Ocean Cloud nie ma w moim top 15 tego zespołu. tak wielka, rzecz, pełna emocji, tak jeżeli chodzi o strukturę, zaawansowanie wszelkie szczegóły (wywiady! fale!), zgranie itp itd to ten utwór nie ma sobie równych w ich katalogu (nawet lulu wysiada), ale... nie wiem emocjami to nawet nie jest połowa poziomu Nibylandii czy Niewidzialnego jak dla mnie
w sumie mógłbym się podpisać pod wszystkim co pisał w7. tak samo, że Marbles obok SFAM i Brave to mój absolutny top.
a co do filmu Hook i ogólnie idei Nibylandii i Piotrusia Pana na płycie... geniusz. Zwłaszcza że mam przeogromny sentyment do niego z dzieciństwa, dziesiątki razy go oglądałem, niemal na pamięć znałem. Nie widziałem lata i trafiłem przypadkiem na to z miesiąc temu w tv... brak słów co przeżyłem. niby głupi familijny film robiony dla dzieci, ale tyle wspomnień (na które dodatkowo nałożyło się Marbles...) A już ten moment który zakapsloczył mi później w7 na giegie "These are his marbles. These are his happy thoughts. "
ja pierdolę. I ten "dzwoneczek" na początku i końcu Neverland... kurwa.
czy za 10 lat będę nadal wielbił? Nie wiem, mam nadzieję, że za 10 lat uderzy mnie ten album tak jak ten film po tylu latach przerwy.
...
pisanie o muzyce to tak bezsensowna rzecz ;f
| Cytat: |
I nie, nie mam najmniejszego zamiaru dyskutować. Z fanatykami nie ma sensu Razz |
ależ nie, proszę bardzo. serio dawno żadnej fajnej rozmowy nie było na temat tego zespołu, a wzajemne onanizmy z w7 - jak przyjemne by nie były - mogą.. nie tyle nużyć, co stać się w końcu codziennością xd
btw czemu ja się nie uczę do dzisiejszego egzaminu? _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|
|