| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Lesheq

Dołączył: 17 Paź 2007 Posty: 785 Skąd: Przemyśl/Kraków
|
Wysłany: Sob Kwi 18, 2009 7:03 pm Temat postu: " Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie ? " |
|
|
Porzućmy może na chwilę biadolenie o idiotycznych planach wydawniczych Ostatnimi czasy zastanawiałem się troszkę na tym, co łączyło (w sensie emocjonalnym) muzyków Queen. Oczywiście wszelkie domysły mogą brać się z przeczytanych książek, wspomnień o zespole itd. ale myślę, że można temu poświęcić temat. Jak się spojrzy na historię różnych zespołów rockowych, od razu rzuca się w oczy fakt, że niewiele z nich zachowało stabilność składu i często dochodziło do zmian personalnych. Muzycy kłócili się, nie potrafili porozumieć, mieli ambicje by zaistnieć solowo, w końcu o przyjęciu do zespołów decydowało to, czy ktoś jest sprawnym technicznie muzykiem i jak bardzo przyda się zespołowi. Samotnymi wyspami stabilności byli niewątpliwie Zeppelini i Queen, których koniec nastąpił ze śmiercią Bohnama i Mercurego.
Musiało być jednak coś, co sprawiło, że ludzie ci grali ze sobą cały czas i mimo różnych muzycznych gustów potrafili się porozumieć. Przyjaźń, koleżeństwo, nić sympatii, akceptacja a może braterstwo? Co zatem w sensie emocjonalnym łączyło muzyków Queen ?????
Oczywiście nie należymy do grona bliskich im osób ani nie wiemy, jakie były ich prawdziwe uczucia, więc najprawdopodobniej nigdy nie odpowiemy sobie na to pytanie, ale na podstawie tego, co wiemy, możemy przecież podyskutować.
Czy przyjaźń czy po prostu dobre koleżeństwo? Nie wiem, ale zwróciłem uwagę na takie oto rzeczy:
* w "Definitywnej" jest wypowiedź jakiegoś kolesia, którego bardzo zaskoczyło to, że po koncertach muzycy Queen trzymali się razem, jedli wspólnie kolację i ogólnie spędzali ze sobą dużo czasu. Był to chyba jakiś koleś, który jeździł w trasy z wieloma zespołami i miał przez to spore rozeznanie, jakie są relacje między członkami różnych zespołów.
* Wspólne mieszkanie przed rozpoczęciem "właściwej" kariery, stoisko na targu prowadzone przez Rogera i Freda, który ponoć strasznie uwielbiał to zajęcie
* trudności na początku kariery, problemy z podpisaniem kontraktu, kończenie studiów przez muzyków ( co jak co, ale to też musiało troszkę opóźnić ich start), brak kasy mimo wydania 3 albumów, niewypłacenie zaliczki na mieszkanie dla Johna i ciężarnej żony przez wytwórnię i inne podobne sytuacje chyba dosyć zacieśniły relacje między nimi...
* można znaleźć sporo zdjęć, na których muzycy przebywają w posiadłości któregoś z nich ( np. Fred często korzystał z domu Rogera na Ibizie), wspólnie w coś grają (tenis, scrabble-zwłaszcza podczas ostatnich tras koncertowych), konsumują obiadek, bawią się z psem itd.
* Jim Hutton raczej bardzo pozytywnie wspomina, jak był przyjmowany przez Rogera, Johna i Briana ( któryś zapytał się go nawet, co on takiego zrobił z Fredem, że ten się tak uspokoił ). Ponadto napisał w swej książce, że bardzo polubił Johna i często bardzo serdecznie rozmawiali.
* Muzycy Queen potrafili uszanować swoje prywatne projekty i inne rzeczy, którymi się zajmowali. Nie było raczej większych kłótni czy sytuacji świadczących o tym, że zespół może się rozwiązać (sławetna kłótnia Rogera i Briana jest chyba mocno przesadzona). Nie było sporów na tle tego, kto jest najważniejszy, a Fred często powtarzał, że nie czuje się liderem i każdy członek Queen ma taki sam status.
* Nagrywanie ostatnich płyt, kiedy Fred był już chory i stan zdrowia nie pozwalał na intensywną pracę. Brian stwierdził, że Freddie czuł się wtedy naprawdę szczęśliwy i wszyscy zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej.
Takich sytuacji odnoszących się do ich wzajemnych relacji można wymienić pewnie jeszcze wiele, ale moją uwagę szczególnie zwrócił krótki moment z koncertu na Wembley. Otóż po zdementowaniu plotek o rozpadzie grupy Freddie wskazuje palcem na Briana by rozpoczął grać piosenkę "who wants to live forever". Na twarzach obu rysuje się wtedy piękny, szczery uśmiech, taki prawdziwie przyjacielski. Nie wiem, może to jest tylko moje odczucie, ale takie właśnie mam. Ten krótki uśmiech zdaje się mówić o tym, co ich łączyło i to znacznie więcej niż wszystkie słowa.
Napiszcie proszę, czy któreś momenty (wywiady, koncerty, zdjęcia, fakty z historii zespołu ) również wywołują u Was podobne odczucia  _________________ Lesheq |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Sob Kwi 18, 2009 7:16 pm Temat postu: |
|
|
Był moment, kiedy muzycy Queen nie tylko non stop się kłócili- wtedy nie było nawet tego jedzenia wspólnie posiłków a muzycy spotykali się dosłownie tylko kilka razy w roku razem. To był okres gdzieś tak chyba 1980-83 ale może i dłużej... To IMO słychać na wtedy nagranych płytach- nie ma wiele pracy zespołowej, każdy ciągnie w swoją stronę... Monachium pod względem towarzyskich kontaktów członków zespołu było piekłem- mówił o tym w wywiadach Brian, pisał o tym Freestone w książce o Freddiem... podczas gdy na początku rzeczywiście muzycy mieli wspólny cel, wspólne marzenia i wszystko ich łączyło. Później byłą walka o tantiema, o to kto ile ma umieścić piosenek na płycie, w jakim stylu ma wszystko być itd... IMO dopiero choroba Mercury'ego na nowo połączyła muzyków naprawdę... znowu RAZEM mieli jeden cel i jedną ogromną tragedię wobec której dalej funkcjonowali...
Na scenie... wiesz, to jest trochę coś innego... tam muzycy mówią tylko swoim językiem, tam jest to co ich połączyło- muzyka. Te uśmiechy, te gesty- one są jak najbardziej szczere. Bo między tymi muzykami zawsze była chemia. Problemy wracały, kiedy muzyka schodziła na dalszy plan, muzycy schodzili ze sceny i wracali do imprez, prasy, pieniędzy, managerów etc... nagle ten wspólny język był zastępowany czymś, co zniszczyło niejeden zespół rockowy, popowy... W końcu John sam stwierdził, ze daje sobie spokój, bo mierzi go właśnie muzyczny biznes... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Lesheq

Dołączył: 17 Paź 2007 Posty: 785 Skąd: Przemyśl/Kraków
|
Wysłany: Sob Kwi 18, 2009 10:41 pm Temat postu: |
|
|
| Fenderek napisał: | | Był moment, kiedy muzycy Queen nie tylko non stop się kłócili- wtedy nie było nawet tego jedzenia wspólnie posiłków a muzycy spotykali się dosłownie tylko kilka razy w roku razem. To był okres gdzieś tak chyba 1980-83 ale może i dłużej... To IMO słychać na wtedy nagranych płytach- nie ma wiele pracy zespołowej, każdy ciągnie w swoją stronę... |
To fakt; najlepszą muzykę stworzyli w latach 1973-78 oraz pod koniec życia Fredka, choć koncerty grali znakomite do 1982 roku. Cóż magia koncertowa działała bez przerwy i wszelkie uśmiech i inne gesty podczas koncertów były jak najbardziej szczere. Zwróciłem uwagę szczególnie na ten uśmiech między Fredem a Brianem z Wembley, bo był dosyć szczególny. Pojawił się zaraz po zdementowaniu plotek o rozpadzie i kłopotach w grupie i widać, że obaj się cieszą z tych słów. To nie był uśmiech radości po świetnie wykonanej piosence tylko taki gest, który odczytuję tak " super, znów jesteśmy razem, fajnie się gra, a potem zjemy kolację, pójdziemy na imprezę..."
Pamiętam, że Hutton ale chyba nie tylko on wspominali, że podczas tej trasy Fred, John, Roger i Bri (i inni z ekipy)grali masowo w scrabble i potrafili przesiedzieć nad grą całą noc kończąc o 9 nad ranem. Zupełnie inaczej niż w czasach "monachijskich", gdy Fred wolał nawiedzać bary typu "Kowadło" A potem...cóż- choroba i jeszcze większe zbliżenie muzyków _________________ Lesheq |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Antares

Dołączył: 17 Sie 2006 Posty: 537 Skąd: Sieradz/Lublin
|
Wysłany: Sob Kwi 18, 2009 11:20 pm Temat postu: |
|
|
| Lesheq napisał: |
To fakt; najlepszą muzykę stworzyli w latach 1973-78 oraz pod koniec życia Fredka, choć koncerty grali znakomite do 1982 roku. Cóż magia koncertowa działała bez przerwy i wszelkie uśmiech i inne gesty podczas koncertów były jak najbardziej szczere. Zwróciłem uwagę szczególnie na ten uśmiech między Fredem a Brianem z Wembley, bo był dosyć szczególny. Pojawił się zaraz po zdementowaniu plotek o rozpadzie i kłopotach w grupie i widać, że obaj się cieszą z tych słów. To nie był uśmiech radości po świetnie wykonanej piosence tylko taki gest, który odczytuję tak " super, znów jesteśmy razem, fajnie się gra, a potem zjemy kolację, pójdziemy na imprezę..."
Pamiętam, że Hutton ale chyba nie tylko on wspominali, że podczas tej trasy Fred, John, Roger i Bri (i inni z ekipy)grali masowo w scrabble i potrafili przesiedzieć nad grą całą noc kończąc o 9 nad ranem. Zupełnie inaczej niż w czasach "monachijskich", gdy Fred wolał nawiedzać bary typu "Kowadło" A potem...cóż- choroba i jeszcze większe zbliżenie muzyków |
Dokładnie. Widać tą całą przemianę relacji w... 85/86? I jakoś mi się to ładnie komponuje ze zmianą trybu życia Freddiego, pod domniemanym wpływem Huttona. Sądzę, że ten pakt, który zawarli ze sobą muzycy... to idealne zestawienie nie tylko na płaszczyźnie muzycznej, ale interpersonalnej - potwierdza, że Queen było zjawiskiem. Oczywiście był okres wojny domowej, zachłyśnięcia się pieniądzem, komercją, która niszczy nie tylko prawdziwą muzykę, ale również relacje między ludźmi. Mimo wszystko zespół przez to przeszedł... i dobrze. W końcu ponad tym wszystkim był ten głęboko zakorzeniony, młodzieńczy zapał, miłość do muzyki i... przyjaźń. Inaczej bym tego nie nazwał. Nie znam historii większości zespołów rockowych, ale z pewnością TEN przeszedł naprawdę dużo. Cała historia Queen zespolona jest swoistą klamrą "cierpienia" i wspólnej walki. Trudne początki - trudny koniec. Coś niepowtarzalnego... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ziutek98

Dołączył: 15 Wrz 2007 Posty: 3947 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Nie Kwi 19, 2009 12:02 am Temat postu: |
|
|
No, i też wiadomo, że nie bez znaczenia w roku 1985 (czyli kiedy oni już na prawdę parli każdy w swoje, John podobno nawet zaczynał poważnie myśleć o odejściu, no i po... nie najlepszej w ich historii trasie ) był fenomenalny występ na live aid, a potem to się potoczyło samo - wszyscy chcieli wrócić do studia, napisano wspólnie i nagrano One Vision, nową płytę (choć jeszcze nie było to to samo co kiedyś, wiemy, jak niespójny to był krążek), by w końcu zjednoczyła ich niestety choroba Mercury'ego...
Ale myślę, że nawet gdyby nie ta wiadomość, to znów by się zbliżyli do siebie, może nie tak, szybko, ale z pewnością. I myślę, że powstały by płyty jeśli nie na poziomie Innuendo, to na pewno The Miracle, bo oni już na AKOM wracali powoli w tę stronę Ale schodzę na temat co by było gdyby, więc tym optymistycznym offtopem zakończę. _________________ PRÖWLER - kapela rockowa, ja na basie. Info o koncertach na kanale pod linkiem  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
hot rychu

Dołączył: 13 Lut 2009 Posty: 170
|
Wysłany: Nie Kwi 19, 2009 5:17 am Temat postu: |
|
|
| właśnie na filmiku dokumentujacyn nagrywanie One vision , we wrześniu 85 roku doskonale widać jak świetnie się razem bawią... nie było czegoś takiego że przychodzi wokalista Tyran i on każe i tak musi być, wręcz przeciwnie wszyscy razem mieli wplyw na to co grają.Oczywiście każdy z nas zdaje sobie sprawę że akurat to jak pracowali nad one vision, zostało specjalnie nagrane dla potrzeb teledysku , ale myśle że oni właśnie tacy byli w relacjach między sobą , " ładowali " dużo humoru w to co robili ( no może pomijając lata 88-91) , i to zarówno podczas nagrań,jak i koncertów - i myślę że to właśnie dlatego przetrwali razem tyle lat. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ziutek98

Dołączył: 15 Wrz 2007 Posty: 3947 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Nie Kwi 19, 2009 11:04 am Temat postu: |
|
|
W tych ostatnich latach, mimo choroby Freddiego humoru nie brakowało, szczególnie właśnie jemu Mówisz o klipie do One Vision - przypomnij sobie klip do Headlong  _________________ PRÖWLER - kapela rockowa, ja na basie. Info o koncertach na kanale pod linkiem  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Nie Kwi 19, 2009 2:47 pm Temat postu: |
|
|
Muzycy mówili później w wywiadach, ze podczas kręcenia klipu do ONE VISION zachowywali się nienaturalnie ze względu na kamery... Do tego jest to jak bardzo przecież nieliczna piosenka przed 1989 podpisana przez cały zespół... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Lesheq

Dołączył: 17 Paź 2007 Posty: 785 Skąd: Przemyśl/Kraków
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 10:16 am Temat postu: |
|
|
| Fenderek napisał: | | Muzycy mówili później w wywiadach, ze podczas kręcenia klipu do ONE VISION zachowywali się nienaturalnie ze względu na kamery... |
Ale co jak co Fred śpiewający podczas One Vision słowa "two tits, John Deacon" jest zajebisty. Ciekawi mnie, co rzeczywiście zbliżyło ponownie muzyków Queen; czy było to jakieś jednorazowe wydarzenie (np. wielki sukces Live Aid, gdzie pozamiatali konkretnie) czy poczuli, że przez ostatnie lata oddalili się nieco od siebie. Myślę, że "ustatkowanie się" uczuciowe Fredka też miało na to jakiś wpływ. A może doszli też do wniosku, że ich kariera zmierza w niewłaściwym kierunku, przegrywają rynek amerykański, są bardziej kojarzeni z popem? Poza "definitywną" i Huttonem nie czytałem żadnych książek o Queen więc nie mogę się powołać na żadne cytaty. Ale jakąś zmianę nawet w muzyce widać. Napisali wszak po raz pierwszy od 6 lat jakieś finezyjne utwory( mam na myśli Princes of the U. i WWTL 4ever )
No a potem namiętne granie w scrabble podczas trasy Skłóceni nie siedzieliby po nocach układając kombinacje słówek  _________________ Lesheq |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kociarz
Dołączył: 01 Wrz 2008 Posty: 177
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 11:47 am Temat postu: |
|
|
| To jest normalny proces, czasami masz dosyć pewnych ludzi, by po roku czy dwóch znowu byc gotowym wypic z nimi morze wódki . Takie życie. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ziutek98

Dołączył: 15 Wrz 2007 Posty: 3947 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 4:03 pm Temat postu: |
|
|
A no, co racja, to racja. Jakie by AKOM nie było, to Leszeq słusznie zauważył, że jednak pojawiły się nań utowry ponownie ambitniejsze. Na Works mieliśmy ciekawe Keep Passing the Open Windows, ale zalane nawałą syntezaotrów i plastiku, wiejące trochę dawnymi latami, jednak raczej proste melodycznie It's a Hard Life i... no tyle. Hammer to Fall dobry rocker, ale nic odkrywszego. Zaś na AKOM rzeczywiście mamy coś, w czym Queen zawsze było najlepsze - Princes of the Universe, świetne połączenie metalu ze stylem Queen. Już nie wpsomnę o świetnej linii melodycznej, szczególnie fragmencie,który dla mnie brzmi jak wyjęty z Queen II albo ANatO, ale czy do takich mariaży ze stylami nie przyzwyczaił nas stary Queen, zgodny Queen, gotowy na najdziksze posunięcia i świetnie się przy tym we czwórkę bawiący? Dalej więc myślę, że choć choroba Freddiego znacznie to przyspieszyła, to zbliżyliby się do siebie ponownie tak czy tak  _________________ PRÖWLER - kapela rockowa, ja na basie. Info o koncertach na kanale pod linkiem  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
krs

Dołączył: 02 Sty 2007 Posty: 1677
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 9:31 pm Temat postu: |
|
|
| dajcie spokój... dużo ambitniejsze muzycznie od a kind of magic było hot space, nagrywane w napiętej atmosferze... zresztą, jeżeli by tak dobrze między muzykami było, to dlaczego zrobili sobie przerwę na 1987 rok, roger założył the cross, brian zaczął pracować nad solowym albumem... gdzie ta chęć wspólnego grania? nie przesadzajmy... a praca nad a kind of magic? zespół nagrał wspólnie tylko one vision, zresztą dużo wcześniej... album nie ma żadnej koncepcji, jest niespójny i chaotyczny - kilka piosenek z filmu, kilka dorzuconych... ot, pasuje wydać album, bo jest trochę materiału... inna rzecz, że ponoć freddie nie miał wcale ochoty na trasę w 1986 roku - więc z tą odbudową kolektywu radziłbym nie szarżować... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
perun
Dołączył: 20 Wrz 2008 Posty: 15
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 10:02 pm Temat postu: |
|
|
| ja sądze , że momentem przełomowym było Live Aid 1985, a co do trasy 1986 jak pisał KRS to ma rację - Fred nie był jej entuzjastą (możliwe ze już wtedy coś przeczuwał , że jest z nim coś nie tak - ten spokój po koncertach to może oszczędzanie się Freda , chociaż jakies imprezy bywały). Co do dalszych losów Królowej to wiemy jak sie to potoczyło. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
daga Site Admin

Dołączył: 29 Paź 2003 Posty: 11065 Skąd: Warszawa - Ursynów
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 10:14 pm Temat postu: |
|
|
A ja mam trochę inne przemyślenia, a propo fermentu.
Moim zdaniem doszło do tego po HS, bo jak Brian wspominał przy okazji Dancer wtedy mocno szaleli po klubach w Monachium. I moim zdaniem kiedy Brian i reszta postanowili z tym skończyć to pan Fredek nadal w tym siedział. I tak kiedy oni wrócili do domów, on nadal balował i powiedzmy, że stracili wspólny temat. I poszedł rok 1983 przerwa w działaniach Queen. Lata kiepskich powiedzmy albumów (ogólnie przyjęte) i Fredek się uspakaja, czas Barcelony i cała historia która znamy.
Ale w czasie kryzysu panowie nie uciekali od siebie. W 1984 Roger z Jankiem promowali po Azjatach The Works i chyba dobrze się bawili, tak samo na wspólnych feriach zimowych. Ogólnie mam wrażenie, że na linii Brian Roger występowało spięcie w tamtych latach jak i później, swego czasu (1998?) Roger jak to on wypowiedział się o muzycznej działalności Briana czy w 2003 (?) o udziale w reklamie Pepsi, ze to pomysł Brajniaka. _________________ http://www.wierszetakzwane.prv.pl/
http://www.deaky.prv.pl/
http://www.queen1991.blog.pl
http://www.queen.blox.pl
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Maleństwo

Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 1664 Skąd: Miasto Łódź
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 11:08 pm Temat postu: |
|
|
| krs napisał: | | zresztą, jeżeli by tak dobrze między muzykami było, to dlaczego zrobili sobie przerwę na 1987 rok, |
Myślę, że '87 niekoniecznie musiał oznaczać, że w zespole czy między chłopakami działo się źle. Podejrzewam, że pierwotną przyczyną tego, że każdy poszedł trochę w swoją stronę była decyzja Freddiego o nagraniu kolejnego albumu solowego który później przedzierzgnął się w projekt pt. "Barcelona". Uważam też, że gdyby Mercury nie mógł patrzeć na pozostałych członków Queen to nie zaprosiły Taylora do współpracy przy teledysku do "Great Pretender" (no chyba, że akurat pokłócił się z pozostałą dwójką ). Przerwa we współpracy nie zawsze oznacza kłopoty. _________________
www.kot-malenstwo.blogspot.com
Są dwie kategorie przebojów - na lato i na lata. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 11:14 pm Temat postu: |
|
|
| krs napisał: | | dajcie spokój... dużo ambitniejsze muzycznie od a kind of magic było hot space, nagrywane w napiętej atmosferze... zresztą, jeżeli by tak dobrze między muzykami było, to dlaczego zrobili sobie przerwę na 1987 rok, roger założył the cross, brian zaczął pracować nad solowym albumem... gdzie ta chęć wspólnego grania? nie przesadzajmy... a praca nad a kind of magic? zespół nagrał wspólnie tylko one vision, zresztą dużo wcześniej... album nie ma żadnej koncepcji, jest niespójny i chaotyczny - kilka piosenek z filmu, kilka dorzuconych... ot, pasuje wydać album, bo jest trochę materiału... inna rzecz, że ponoć freddie nie miał wcale ochoty na trasę w 1986 roku - więc z tą odbudową kolektywu radziłbym nie szarżować... |
Rzadko to się zdarza- to jeden z tych momentów w stylu "mój pamiętniczku"...
Zgadzam się z KAŻDYM JEDNYM słowem napisanym tutaj przez krsa. Totalnie.
| Maleństwo napisał: |
Myślę, że '87 niekoniecznie musiał oznaczać, że w zespole czy między chłopakami działo się źle. (...) Przerwa we współpracy nie zawsze oznacza kłopoty. |
Zgadzam się. I pewnie nie działo się super tragicznie, bo NAJGORSZY okres był kilak alt wcześniej, ale... jakoś wyjątkowo dobrze podczas trasy MAGIC też wcale nie było. Brian był w inne bajce, kompletnie rozbity psychicznie (o czym wspominał m.in. w wywiadach Fish), John wolałby siedzieć w domu... Ich wtedy ciągle wiele ciągle różniło- choć pewnie mniej niż w takim 1981 czy 1983... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
jagaciarz

Dołączył: 16 Cze 2005 Posty: 670 Skąd: Zgierz
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 11:28 pm Temat postu: |
|
|
| Maleństwo napisał: | | krs napisał: | | zresztą, jeżeli by tak dobrze między muzykami było, to dlaczego zrobili sobie przerwę na 1987 rok, |
Myślę, że '87 niekoniecznie musiał oznaczać, że w zespole czy między chłopakami działo się źle. Podejrzewam, że pierwotną przyczyną tego, że każdy poszedł trochę w swoją stronę była decyzja Freddiego o nagraniu kolejnego albumu solowego który później przedzierzgnął się w projekt pt. "Barcelona". Uważam też, że gdyby Mercury nie mógł patrzeć na pozostałych członków Queen to nie zaprosiły Taylora do współpracy przy teledysku do "Great Pretender" (no chyba, że akurat pokłócił się z pozostałą dwójką ). Przerwa we współpracy nie zawsze oznacza kłopoty. |
Ja natomiast przychyliłbym się do tego co napisał Maleństwo. Chłopaki cały czas współpracowali przy swoich projektach-oprócz wspomnianego Rogera w klipie do Great pretender a to John zagrał na basie w How can I go on, a to Freddie zaśpiewał w Heaven for everyone i John bodaj też coś tam pomógł przy The cross itp. i coś więcej chyba z tych przykładów współpracy jeszcze było.
W tym co napisał krs o sytuacji w latach86-87 i solowych projektach/ambicjach chłopaków na pewno jest sporo prawdy, ale nie dowodzi to też tego, że nie myśleli o następnym wspólnym albumie czy trasie. _________________ That time will come,one day you'll see when we can all be friends |
|
| Powrót do góry |
|
 |
pablov1982

Dołączył: 19 Gru 2008 Posty: 132 Skąd: wawa
|
Wysłany: Pią Kwi 24, 2009 2:04 pm Temat postu: |
|
|
Ja powiem krótko, byli to na tyle ogarnięci faceci że nie odje..ła im totalna szajba i dlatego potrafili tyle lat współpracować ze sobą, nie zachlewali ryja na tyle maksymalnie by miało to wpływ na sprawy zawodowe (czyt. Queen), nie chodzili wiecznie zaćpani (np. Black Sabbath), nie mieli jakichś chorych zapędów władczych (np. Roger Waters).
No chyba że się mylę  _________________ "Oh oh people of the earth
Listen to the warning
The Seer he said
Beware the storm that gathers here
Listen to the wise man" |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Antares

Dołączył: 17 Sie 2006 Posty: 537 Skąd: Sieradz/Lublin
|
Wysłany: Pią Kwi 24, 2009 7:11 pm Temat postu: |
|
|
| pablov1982 napisał: | Ja powiem krótko, byli to na tyle ogarnięci faceci że nie odje..ła im totalna szajba i dlatego potrafili tyle lat współpracować ze sobą, nie zachlewali ryja na tyle maksymalnie by miało to wpływ na sprawy zawodowe (czyt. Queen), nie chodzili wiecznie zaćpani (np. Black Sabbath), nie mieli jakichś chorych zapędów władczych (np. Roger Waters).
No chyba że się mylę  |
Się nie mylisz. Queen jest jednym z tych bardziej znanych zespołów, legend, które bazowały głównie na tym co się działo na scenie czy w studiu. Nie potrzebowali skandalów, żeby tylko zaistnieć na łamach prasy. A fakt, że gazety często na siłę się napędzały, mówi sam za siebie. Oni byli po prostu dojrzali... (na tyle, na ile mogą być dojrzali mężczyźni... a przy okazji gwiazdy rocka). |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Pią Kwi 24, 2009 7:39 pm Temat postu: |
|
|
Tak, zwłaszcza Fred był chodzącą cnotą, człowiekiem, który znał umiar... żeby nie było- nie krytykuję- bardziej.... zazdroszczę...  _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Pią Kwi 24, 2009 8:39 pm Temat postu: |
|
|
| Fenderek napisał: | Tak, zwłaszcza Fred był chodzącą cnotą, człowiekiem, który znał umiar... żeby nie było- nie krytykuję- bardziej.... zazdroszczę...  |
Pedał
 _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
innuendo91

Dołączył: 30 Gru 2008 Posty: 228 Skąd: Gdańsk/Sopot/Gdynia
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 4:42 pm Temat postu: |
|
|
a ja chciałbym zadać pare pytań związanych z tym tematem bardziej obeznanym forumowiczom:
1. Których członków łączyły ze sobą najsilniejsze relacje? - wiem że Fred był najblizej z Rogerem a z kim się rozumial najsłabiej? i to samo pytanie nt. pozostałych członków.
2. Gdzieś slyszalem ze okres I polowy lat 80-tych to kłótnie głownie na linii Fred-Bri, Rog-Deaky, czy tak faktycznie było? z innego zródła gdzies uzyskalem takie info ze wywiązała sie awantura podczas nagrywania solówki do "Back Chat" na linii Bri-Deaky a w San Remo strasznie spiął się Rog z Brianem. Czy to wszystko to prawda? _________________ "My soul is painted like the wings of butterflies
Fairytales of yesterday will grow but never die
I can fly - my friends" |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 4:53 pm Temat postu: |
|
|
| innuendo91 napisał: |
1. Których członków łączyły ze sobą najsilniejsze relacje? - wiem że Fred był najblizej z Rogerem a z kim się rozumial najsłabiej? i to samo pytanie nt. pozostałych członków. |
No ja właśnie nie wiem czy z Rogerem (pewnie na początku kariery tak)- wydaje mi się że zwłaszcza pod koniec to był raczej John...
Najsłąbiej chyba jednak z Brianem- dwa wielkie ego?
Brian z Rogerem mieli przedziwny związek- raz miłość, raz nienawiść... to się żarli, to pisali razem utwór... Wydaje się, ze na początku byli zdecydowanie blisko, jeszcze przecież czasy Smile... Potem były awantury ale na przykład w ostatnim czasie wydaje się, ze znowu BARDZO się do siebie zbliżyli- co nie przeszkadza czasami Rogerowi Briana skrytykować
Właściwie w ogóle ciężko jest tu jednoznacznie coś powiedzieć, bo w różnych okresach różnie to wyglądało. podobno był okres, kiedy Brian i John byli dość blisko, przez to że przy drugiej dwójce byli raczej bardziej spokojni... ale przecież później między nimi iskrzyło strasznie, kiedy John chciał nagrywać bez gitarowych solówek swoje piosenki
| innuendo91 napisał: |
2. Gdzieś slyszalem ze okres I polowy lat 80-tych to kłótnie głownie na linii Fred-Bri, Rog-Deaky, czy tak faktycznie było? z innego zródła gdzies uzyskalem takie info ze wywiązała sie awantura podczas nagrywania solówki do "Back Chat" na linii Bri-Deaky a w San Remo strasznie spiął się Rog z Brianem. Czy to wszystko to prawda? |
BACK CHAT jak najbardziej- była kłótnia między Johnem i Brianem. Wygrał ten drugi i dlatego jest solo. W San Remo Roger z Brianem, ktoś chyba komuś psiknął dezedorantem blisko twarzy i prawie skoczyli sobie do oczu...
W pierwszej połowie lat 80-tych to zdaje się każdy z każdym walczył, aczkolweik Fred z Johnem chyba wtedy dobrze się razem trzymali...
Awantur przy nagrywaniu było całe mnóstwo- o tym mówili nawet sami muzycy... i często to wychodziło piosenkom i płytom na dobre... O 99% takich awantur nic nie wiemy i... pewnie się nigdy nie dowiemy... No chyba że Brian albo Roger w końcu napiszą książki i sypną anegdotami Ale takie awantury, nawet BARDZO gorące są naturalne- to były cztery wielkie indywidualności, każdy z nich miał ogromne ego i ogromny talent... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
innuendo91

Dołączył: 30 Gru 2008 Posty: 228 Skąd: Gdańsk/Sopot/Gdynia
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 5:01 pm Temat postu: |
|
|
Dziekuję Ci bardzo za wyczerpującą odpowiedz:)
jednakze zdziwilem się nieco tym ze Fred był najblizej z Johnem pod koniec - na scenie Fred raczej traktował Jaska jakby go nie było, a tez zapamiętałem sobie pewna wypowiedz Johna jakoby nigdy by sie nie odwazył przyjsc tak bez zapowiedzi do Freda domu, to bylo bodajze w roku 1981.
Informacje ktore widziałem gdzies własnie kiedys na tym forum (!) wydały mi sie w sumie wątpliwe - na temat kłótni permanentnych Johna i Roga - skoro razem jezdzili na wakacje?
no ale jak bylo nie wiemy:)
A tak w ogole wracając do Johna - czy on w ogole pojawil sie na 39-tych i 40-tych urodzinach Mercurego? Czy cala grupa byla zaproszona? _________________ "My soul is painted like the wings of butterflies
Fairytales of yesterday will grow but never die
I can fly - my friends" |
|
| Powrót do góry |
|
 |
daga Site Admin

Dołączył: 29 Paź 2003 Posty: 11065 Skąd: Warszawa - Ursynów
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 5:07 pm Temat postu: |
|
|
Kłótnie w studio to chyba norma :] Ja tez bym krzyczała jakby mi kazali setny raz to samo nagrywać, bo pan Perfekcja sobie coś przypomniał. A wiadomo jak jest źle to i rąbek u spódnicy przeszkadza.
Wysnułam, że blisko zawsze byli John z Fredkiem, najpierw opieka bo taki mały przyszedł do zespołu, a potem opieka muzyczna. Chociaż jak wczytałam się w biografie i to oficjalna to John w 89-90 potrafił wyjechać na wakacje kiedy oni nagrywali album. Może to wynikało z tego czego mamy efekt dziś przywiązania do Fredka i strach przed patrzeniem na chorego przyjaciela.
Coś było o 1987 braku albumu. Fakt przyzwyczaili, ze co rok album. Ale obecnie co ile gwiazdy pokroju DM, Stonsów, U2 wydają coś nowego? Może to wynika z tego, że faceci po zakładali rodziny i chcieli mieć większy kontakt z dziećmi. Bo kiedy byli młodzi to mogli śmigać po świecie co roku, a drugie pół siedzieć w studio. _________________ http://www.wierszetakzwane.prv.pl/
http://www.deaky.prv.pl/
http://www.queen1991.blog.pl
http://www.queen.blox.pl
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
krs

Dołączył: 02 Sty 2007 Posty: 1677
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 9:36 pm Temat postu: |
|
|
| to że potrafił sobie wyjechać na wakacje to jedno, a drugie, że john bardzo odsunął się od queen i freddiego przed jego odejściem... ni razu nie odwiedził freddiego przed śmiercią... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 9:43 pm Temat postu: |
|
|
| krs napisał: | | ni razu nie odwiedził freddiego przed śmiercią... |
krs- tu z kolei ja byłbym ostrożny z ferowaniem sądów, każdy reaguje na tragedie inaczej... można się spierać czy to dobrze czy źle, ale... w obliczu takich rzeczy naprawdę ludzie przeróżnie i przedziwnie czasem reagują, z racjonalnym myśleniem i zachowaniem wiele to wspólnego nie ma... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
krs

Dołączył: 02 Sty 2007 Posty: 1677
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 9:47 pm Temat postu: |
|
|
| zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości... jednakże, jeżeli rozpatrujemy queen (w tym temacie) jako grupę przyjaciół, i jako przyjaciół traktujemy freddiego i johna, to moim zdaniem odsunięcie się od przyjaciela podczas jego ciężkiej choroby i niechybnej śmierci jest jednak dość wątpliwym dowodem owej przyjaźni... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Sob Kwi 25, 2009 9:49 pm Temat postu: |
|
|
| krs napisał: | | moim zdaniem odsunięcie się od przyjaciela podczas jego ciężkiej choroby i niechybnej śmierci jest wątpliwym dowodem owej przyjaźni... |
W sumie... no ja bym raczej to podobnie chyba odebrał... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
daga Site Admin

Dołączył: 29 Paź 2003 Posty: 11065 Skąd: Warszawa - Ursynów
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|
|