| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Pisujesz...? |
| Tjaaaa, posty na forum. |
|
31% |
[ 15 ] |
| Oczywiście! Amatorsko... :) |
|
12% |
[ 6 ] |
| Tak! Poważnie myślę o podbiciu rynku wydawniczego! :) |
|
17% |
[ 8 ] |
| Mam raczej dziennikarską żyłkę... |
|
21% |
[ 10 ] |
| Szczerze...? Wolę poezję. |
|
6% |
[ 3 ] |
| Inna odpowiedź |
|
10% |
[ 5 ] |
|
| Wszystkich Głosów : 47 |
|
| Autor |
Wiadomość |
Qnegunda

Dołączył: 20 Lip 2005 Posty: 2030 Skąd: Poznań/Warszawa
|
Wysłany: Wto Lut 21, 2006 4:29 pm Temat postu: |
|
|
Rany... Tyle tu do czytania... A mnie tak King teraz wciągnął . _________________ W avatarze jest lemur, gdyby kto nie wiedział. W domu wygląda tak samo.
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Wto Lut 21, 2006 5:32 pm Temat postu: |
|
|
Aaaa... mała prośba Jeśli ktoś przeczytał moje opowiadanko, to zapraszam do oceny i skomentowania go na serwisie 'opowiadania.pl' (link w moim podpisie ) _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Wto Lut 21, 2006 6:26 pm Temat postu: |
|
|
ja też dopraszam się ocen mojego opowiadanka  _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
McBurak

Dołączył: 30 Gru 2004 Posty: 944 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto Lut 21, 2006 8:14 pm Temat postu: |
|
|
Dobra, poczytam wasze teksty to skomentuje  _________________ i can lead the nation with a microphone |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Qnegunda

Dołączył: 20 Lip 2005 Posty: 2030 Skąd: Poznań/Warszawa
|
Wysłany: Sro Lut 22, 2006 12:34 pm Temat postu: |
|
|
Me too  _________________ W avatarze jest lemur, gdyby kto nie wiedział. W domu wygląda tak samo.
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Sro Mar 01, 2006 9:26 pm Temat postu: |
|
|
 _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Gorzałka

Dołączył: 17 Lut 2006 Posty: 42 Skąd: Głogów
|
Wysłany: Czw Mar 02, 2006 10:25 am Temat postu: |
|
|
A ja piszę bo muszę ze względu na kierunek na jakim studiuję - dziennikarstwo and komunikacja medialna. Hheheh... wiem, że umiem pisać (wrodzona skromność) ale nie lubię tego robić na zawołanie. Więc na dziennikarza, bynamniej prasowego, się nie nadaję i co więcej nie bardzo mam ochotę wiązać z tym swoją przyszłość  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Wto Mar 07, 2006 10:36 pm Temat postu: |
|
|
Znów podciągam temat, bo cosik nie widzę tych obiecanych komentarzy
Tak przy okazji - pracuję nad nowym opowiadankiem... Będzie gdzieś o połowę krótsze niż poprzednie, więc może wreszcie komuś będzie chciało się przeczytać...  _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Qnegunda

Dołączył: 20 Lip 2005 Posty: 2030 Skąd: Poznań/Warszawa
|
Wysłany: Wto Mar 07, 2006 11:43 pm Temat postu: |
|
|
Mnie się chciało
A więc tak... Szymek_dymek: cóż, nieco krwawego zakończenia się kompletnie nie spodziewałam... Właściwie Twoje opowiadanie brzmi trochę jak początek powieści, a tutaj nagle wszystko się kończy. Moim zdaniem mógłbyś to trochę rozwinąć - poza tym w porządku. Jak już mówiłam, podoba mi się wyraźny zarys bohaterów i styl. Co do dzieła Le_mmora... O rany... Przyznam się, że muszę jeszcze przemyśleć symbolikę, momentami fabuła staje się nieco zagmatwana (choć to niekoniecznie musi być wadą). Plus za ciekawą formę. A opowiadanie McBuraka IMO koniecznie domaga się kontynuacji. Na razie mogę powiedzieć tyle, że jest to dobry początek. No i kto by się spodziewał po Vincencie TAKICH umiejętności...?  _________________ W avatarze jest lemur, gdyby kto nie wiedział. W domu wygląda tak samo.
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Sro Mar 08, 2006 12:14 am Temat postu: |
|
|
| Qnegunda napisał: | Co do dzieła Le_mmora... O rany... Przyznam się, że muszę jeszcze przemyśleć symbolikę, momentami fabuła staje się nieco zagmatwana (choć to niekoniecznie musi być wadą). Plus za ciekawą formę. |
AAAA!!! Użyłaś tego strasznego słowa na "f", którego tak bardzo chciałem uniknąć w tym opowiadaniu. O to tu chodziło - jak najmniej fabuły!!! Programowo
Przemyśleć symbolikę...to proszę o publikację wniosków, ciekawe co można wysnuć z całkowitego braku takowej  _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Qnegunda

Dołączył: 20 Lip 2005 Posty: 2030 Skąd: Poznań/Warszawa
|
Wysłany: Sro Mar 08, 2006 12:36 am Temat postu: |
|
|
Wątpię, by niektóre części można potraktować dosłownie A trochę tej fabuły jednak jest  _________________ W avatarze jest lemur, gdyby kto nie wiedział. W domu wygląda tak samo.
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Sro Mar 08, 2006 12:39 am Temat postu: |
|
|
No niestety...skoro nawet Witkacemu, mimo postulatu Czystej Formy, nie udało się uciec od fabuły to co dopiero skromnemu Le_mmorowi...
To opowiadanie z założenia ma nie nieść żadnej symboliki, przekazu, nic. Oczywiście, można doszukiwać się w nim pewnych znaczeń. Ale w żadnym wypadku nie intencjonalnych. Pisząc je, miałem w głowie stan pustki symbolicznej (nie wiem co to jest, wymyśliłem to przed chwilą ) _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Sro Mar 08, 2006 6:00 pm Temat postu: |
|
|
| Qnegunda napisał: |
Szymek_dymek: cóż, nieco krwawego zakończenia się kompletnie nie spodziewałam... Właściwie Twoje opowiadanie brzmi trochę jak początek powieści, a tutaj nagle wszystko się kończy. Moim zdaniem mógłbyś to trochę rozwinąć - poza tym w porządku. Jak już mówiłam, podoba mi się wyraźny zarys bohaterów i styl. |
Cóż - moim głównym założeniem było opisanie prowincjonalnej społeczności i życia na przedmiejskim osiedlu, a także zaprezentowanie tego 'quasi-potocznego' stylu, jakiego mógł używać organista. Jeżeli piszesz o 'wyraźnym zarysie bohaterów' i dobrym stylu, to mogę być tylko w pełni zadowolony
A sama historia? Była trochę pretekstem do napisania tego opowiadanka, a nie głównym celem, więc może rzeczywiście wydaje się trochę niedorobiona  _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Sro Mar 08, 2006 7:32 pm Temat postu: |
|
|
Tym razem, zgodnie z zapowiedzią, coś krótszego. Z niecierpliwością czekam na opinie!!!
-----------------------------------------------------------------------------------
WIEKO
Słońce prażyło niemiłosiernie, odbijając promienie od drżących grzbietów błękitnej zatoki, co zmuszało marynarzy do nieustannego mrużenia oczu. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a z zakotwiczonego przy nabrzeżu polskiego statku „Perła”, rozpościerał się uroczy widok na kubańskie miasteczko Nautayamo. Ta niewielka osada handlowa, założona w 1515 roku przez hiszpańskiego zdobywcę Velazqueza, stanowiła uosobienie tropikalnego luzu, sennego klimatu i latynoskiego stylu życia.
Od czasu założenia miasta minęło prawie czterysta pięćdziesiąt lat, a jednak miejscowość sprawiała wrażenie, jakby czas nie stanowił dla niej przeszkody – drewniane domki nad brzegiem morza, lekko poubierani wieśniacy i kołyszące się usypiająco liście palm – to wszystko sprawiało, że krajobraz sprawiał wrażenie żywcem przeniesionego z epoki konkwistadorów.
Na blaszanym pokładzie „Perły” trwał właśnie rozładunek towarów – polscy marynarze z wielkim trudem podawali wypełnione po brzegi najróżniejszymi towarami wiklinowe kosze miejscowym, ciemnoskórym tragarzom, którzy z kolei zanosili ładunki do portowego magazynu. Nabrzmiałe od wysiłku, wytatuowane ramiona pracujących mężczyzn, walczyły z ciężarem kolejnych bagaży, jakby były doskonale naoliwionymi trybami wielkiej maszynerii.
Dał się słyszeć głuchy stukot butów na powierzchni pokładu, gwar rozmów pracujących na brzegu Latynosów i miarowe uderzenia fal o piaszczysty brzeg. Urocza Kubanka, sprzedająca na niewielkim stoisku ręcznie wykonane cygara, spoglądała w zamyśleniu ponad horyzont, przypominając zadumany posąg jakiejś anonimowej bogini wdzięku.
W jednej chwili, sielankowa sceneria uległa jednak gwałtownemu przeobrażeniu – wiklinowy kosz jednego z barczystych Europejczyków, groteskowo zamienił się w gigantyczne wiadro białej farby olejnej, które wypadło marynarzowi z rąk i z głośnym pluskiem wpadło do płytkiej wody zatoki, natychmiast prowokując powstanie tłustej, obrzydliwie białej plamy na krystalicznej powierzchni. Nad portem zebrały się ciemne, burzowe chmury, przypominające barwą stare skrzepy krwi. Szara mgła zasnuła plażę, a spanikowani ludzie rozbiegli się wśród wrzasków, jakby rozpaczliwie poszukiwali kryjówek przed Czymś, Co Miało Nadejść...
Ziemia zatrzęsła się, a morze uległo wzburzeniu. Jeden z marynarzy stracił równowagę i wyleciał za burtę, koziołkując przez ochronną barierkę. Spadł kilka metrów w dół, rozbijając nieszczęśliwie głowę o kant kamienia, wystającego z płytkiej wody. Wielkie ciało osunęło się jak połamana lalka, a z roztrzaskanej czaszki wypłynęła gęsta, ciemnobordowa maź, stanowiąca mieszaninę krwi i tkanki mózgowej. Wyłupiaste, niewidzące oko nieszczęśnika, oskarżycielsko spoglądało w przestrzeń.
Obudził się raptownie, dysząc głośno jak umęczony pies. Sen, który zakończył się koszmarem, miał stanowić tylko osobliwe i niepokojące preludium do prawdziwie tragicznych okoliczności.
Przez krótką chwilę leżał w bezruchu, wpatrując się usilnie w ciemną przestrzeń powyżej własnej twarzy, jednak mimo wielkich wysiłków nie dostrzegł nic, co mogłoby go uspokoić i dać do zrozumienia, że znajduje się w swojej bezpiecznej sypialni. Widział tylko niezmierzone pokłady ciemności – tak nieprzeniknionej, że równie dobrze mógłby leżeć z zamkniętymi oczami.
Wreszcie zdecydował się wstać – kiedy uniósł gwałtownie głowę, został szybko wyrwany ze stanu sennego odrętwienia, bo uderzył czołem w jakąś twardą powierzchnię. Opadł z powrotem na miękką poduszkę pod jego głową, próbując zrozumieć, czy nie stał się ofiarą jakiegoś niewybrednego żartu. Poruszał gwałtownie nogami, jednak jedynym skutkiem jego wysiłków był głuchy łoskot, jaki dało się słyszeć po każdym kopnięciu w wewnętrzne ściany drewnianego pudła.
Jego pamięć, pobudzona nietypowym snem, jaki przed chwilą stał się udziałem podświadomości, powoli zapełniała luki w umyśle, a ponura rzeczywistość stawała się okrutnym faktem.
Faktem, który należało przyjąć do świadomości.
Przypomniał sobie wszystko – generalny remont, wiadra z farbą i pracę na balkonie. Pamiętał włochaty, wilgotny pędzel w swojej prawej dłoni i brak poczucia równowagi, który ostatecznie spowodował, że runął w dół z wysokości drugiego piętra, łamiąc żebra i rozbijając głowę o kant osiedlowej ławki. Dopiero teraz poczuł świdrujący ból w czaszce i dyskomfort, jaki powodowany był każdym, głębszym wdechem.
Ostatnie słowa jakie kojarzył, odbijały się głuchym echem w jego głowie: Wezwijcie lekarza! Nie ma szans... Nie ma szans... Nie ma szans...
Przypomniał sobie i zrozumiał – miał wypadek podczas malowania zewnętrznej elewacji swojego bloku mieszkalnego; stracił równowagę i spadł z rusztowania... A potem – ta nieprzenikniona ciemność. Został żywcem pogrzebany.
Oczyma wyobraźni zobaczył najbliższą rodzinę zgromadzoną nad jego grobem – zapłakaną twarz Marii, z którą przeżył czterdzieści lat i podkrążone oczy dorosłych dzieci. Usłyszał pożegnalne słowa księdza i uderzenie ciężkiej grudki ziemi o drewniane wieko, rzuconej symbolicznie przez żonę.
Wiedział, że znajduje się sześć stóp pod ziemią – w specyficznym więzieniu, w którym jedynym możliwym wyrokiem jest krótkie dożywocie. Poczuł w gardle chropowatą kluchę paniki, a na myśl o wbitym w ziemię drewnianym krzyżu z jego własnym nazwiskiem, zrobiło mu się niedobrze. Zmarł w wieku sześćdziesięciu trzech lat, wskutek nieszczęśliwego wypadku... Kochany mąż, ojciec, dziadek... – mógł głosić nekrolog w lokalnej gazecie.
Próbował zgiąć nogę, jednak mógł zrobić to tylko poziomo, w dosyć pokraczny sposób. Trumna była bowiem całkiem szeroka, ale bardzo niska, więc każdy gwałtowniejszy ruch kończył się bolesnym uderzeniem w wewnętrzną stronę ciężkiego wieka.
– Pomocy!!! – wychrypiał, wytężając wszystkie siły, ale w gruncie rzeczy wiedział, że nie zostanie usłyszany. Kto wie, może tam u góry jest środek nocy, a po cmentarzu przechadzają się tylko bezpańskie psy i cmentarni rabusie? Krzyknął jeszcze kilka razy, a potem zaczął zawzięcie kopać wieko i drapać drewnianą powierzchnię. Trwało to może kilka minut, dopóki nie poczuł na dłoniach strumyczków ciepłej krwi spod połamanych paznokci. Oddychał ciężko, zdając sobie sprawę, że z każdym wdechem powietrze wewnątrz trumny gęstnieje coraz bardziej, aby ostatecznie zabić go nadmiarem dwutlenku węgla.
Czuł się tak bezsilny, jak jeszcze nigdy dotąd.
Mimo jego woli, w umyśle zaczęły krążyć wizje i wspomnienia z różnych okresów jego życia – obrazy przesuwały się jak w filmowej retrospekcji.
Od zawsze bał się śmierci – gdy miał dwanaście lat, zdechła jedna z jego akwariowych rybek. Przepłakał w kącie chyba pięć godzin, zanim zgodził się na spuszczenie małego trupka w muszli klozetowej, przy asyście rodziców i paru najlepszych kumpli z sąsiedztwa.
Przypomniał sobie, jak w szkole średniej przeglądał stare, biblioteczne roczniki rozmaitych czasopism. Zadźwięczały mu w uszach salwy śmiechu, jakie wydobył z siebie wtedy, gdy przeczytał notatkę o firmie sprzedającej zestawy dla ludzi pogrzebanych żywcem. Teraz oddałby wiele za telefon komórkowy, scyzoryk czy aparat tlenowy.
Zapragnął papierosa. Tylko jedna jedyna rzecz wzbudzała w nim większe pożądanie niż cygaro zawinięte na udach Kubanki z jego snu – a była to wolność.
Sen o Kubie, który przyśnił mu się kilka minut temu (a może to było kilka godzin?), nie był tylko zwykłym majaczeniem człowieka budzącego się z głębokiej śpiączki. Rzeczywiście, w latach sześćdziesiątych, pływał przez kilka lat na towarowym statku „Perła”. Odwiedził wtedy wiele miejsc – Hongkong, Kubę, Tajlandię, czy wybrzeże w południowej Afryki. Może nie był to najlepszy okres w jego życiu, ale z pewnością pełen przygód i niezapomnianych przeżyć. Najlepszy okres miał jednak nadejść teraz, gdy kupił nowe mieszkanie i rozpoczynał zasłużoną emeryturę. Pierwszą wielką próbą dla domorosłego majsterkowicza, miało być pomalowanie zewnętrznej fasady i balkonu...
Nie wiedział, jak długo leży w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu od czasu swojego przebudzenia, ani ile minęło od pogrzebu. Nie zauważył nawet, że nieświadomie, kilka razy oddał mocz pod siebie. Wiedział jednak, że musi zacząć działać. Podjął ostatnią, rozpaczliwą próbę, zauważając jednocześnie, że coraz trudniej jest mu oddychać zużytym powietrzem.
Doszedł do wniosku, że jeżeli będzie wystarczająco silnie napierał na pokrywę trumny, może uda mu się odchylić lub złamać wieko, a wtedy miałby szanse wygrzebać się z ziemi, jak okaleczony kret. Każda wyrwa w pokrywie mogłaby też zwiększyć szanse, że ktoś na powierzchni usłyszy jego wołanie.
Przez krótką chwilę pomyślał o robakach i stworzeniach, które gdzieś koło niego czekają na jego ostateczną zgubę i postanowił nie dać im tej metaforycznej satysfakcji.
Wewnątrz trumny było bardzo zimno.
Wytężył wszystkie siły, zaparł się nogami o dno trumny i wykręciwszy się pokracznie, spróbował podważyć barkiem wieko. Strach o własne życie dodawał mu sił, a samotność mobilizowała jeszcze bardziej, szepcząc do ucha czułe słowa. Poczuł, jak na szyi nabrzmiewają mu żyły, grube jak postronki, będące pozostałością po ciężkiej pracy marynarza.
Pierwsza próba okazała się nieskuteczna, więc zrobił sobie niewielką przerwę, aby złapać oddech – ostatecznie był już grubo po sześćdziesiątce. Kolejny wysiłek, połączony tym razem z kopnięciem przyniósł jakiś wymierny efekt. Wieko skrzyni zgrzytnęło, ustępując trochę pod ciśnieniem kilogramów ziemi – jak mu się wtedy wydawało...
Poczuł płomyk nadziei, który został jednak zgaszony w zarodku, kiedy usłyszał jakiś niepokojący dźwięk.
Szum przelewającej się wody przeraził go. Poczuł wilgoć spływającą po jego lewej dłoni. Przez wyrwę w skrzyni śmierci wlewała się morska, zimna woda. Odruchowo przeleciał palcami prawej dłoni po torsie i zauważył, że zamiast stylowego garnituru, ma na sobie mundur marynarza, okraszony wystającymi guzikami i parą chłodnych i złowieszczo gładkich orderów.
Wtedy zrozumiał, że nadzieja została pogrzebana, podobnie jak on wcześniej.
Do tej pory nie mógł przypuszczać, że jego rodzina kilka godzin temu zafundowała mu prawdziwy marynarski pogrzeb, a trumna z jego uśpionym ciałem została z należnymi honorami wrzucona do otchłani Bałtyku.
Gdzieś w głębinach morza, przetoczył się ostatni, niemy krzyk rozpaczy, który spłoszył ławicę niewielkich, srebrzystych rybek. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Sro Mar 08, 2006 9:52 pm Temat postu: |
|
|
Chciałbym zauważyć, że trudno sobie wyobrazić, by dziadek zdołał otworzyć trumnę (nawet niezabitą) spoczywającą pod ciśnieniem morskich odmętów...
a od siebie dam coś takiego:
Karaluch i ja
To przecież widoczne gołym okiem powiedział karaluch i uśmiechnął się szeroko. Musiałem mu przyznać rację był nieprawdopodobnie skutecznym obserwatorem i jeszcze lepszym analizatorem otaczającego go świata. Od kiedy gatunek ludzki utracił większość swoich mocy i możliwości tacy kolesie jak karaluch byli skazani na objęcie steru rządów i prowadzenie cywilizacji dalej. Nie było ich dużo znaczna większość powiedziała a nas to kurwa nic nie obchodzi my możemy sobie żyć tak jak żyliśmy przez wieki i tysiąclecia przez upływy kultur i ścieżek rozwojowych ale zawsze znalazła się ta grupa o pewnym poczuciu odpowiedzialności i międzygatunkowej solidarności. To znaczy skoro ludzi spotkało takie nieszczęście to a) możemy im pomóc b)sami na tym skorzystamy. No i zarówno pomogli jak i skorzystali. Pomogli o tyle że urządzili nam pożywienie i bezpieczeństwo skorzystali tak że stali się niepodzielnymi i absolutnymi władcami dawnej planety ludzi. Większość krajów zostało połączonych w jedną republikę z rządem najmądrzejszych najstarszych najbardziej charyzmatycznych karaluszych wodzów. Ich władza nie była bardzo uciążliwa nic z tych rzeczy jakie dawniej jedne grupy ludzi przyrządzały innym. Nie było żadnych prześladowań masowych egzekucji pogromów obłędnej propagandy. Karaluchy rządziły sprawiedliwie i rozsądnie w zamian żądały jednego ludzie nigdy nie będą sobie rościć prawa do decydowania i ludzie nigdy sobie tego prawa nie rościli wystarczał im w zupełności żywot rozlazłych hipopotamów brodzących w ciepłej breji nowego życia to znaczy nie martwienia się o nic rozmyślania o obłokach kopulacji jedzenia wydalania.
Przetoczyłem się z jednego materaca na drugi wczoraj osiągnąłem rozsądną wagę dwustu kilogramów wreszcie nie będę się zbytnio wyróżniał ze stada. Karaluch siedział na półce wciąż uśmiechając się. Mówię uśmiechając to znaczy można powiedzieć że się uśmiechał no cóż fizycznie było to niemożliwe. Ale czuć było że się śmieje empatia osiągnęła zatrważające słoniowate rozmiary tak jakby jej stopień rósł ze wzrostem masy ciała. Ci którzy osiągnęli ponad osiemset kilo nie musieli już praktycznie mówić porozumiewali się za pomocą bezpośredniego przekazywania uczuć najprawdopodobniej wydzielając substancje zapachowe nie wiem mieszkali oddzielnie. Ale ja byłem na przykład w stanie rozpoznać zadowolenie mojego gościa.
W pomieszczeniu zalegał półmrok on stał się naturalnym środowiskiem ludzkości. W norze nie znajdowało się prawie nic oprócz ogromnego legowiska na którym spędzałem większą część dnia nocy tygodnia miesiąca zajmującego jedną ścianę zestawu audiowizualnego z którego w tej chwili sączyła się delikatna muzyka automat z pożywieniem stał po drugiej stronie. Moje ciało oplatało kilkanaście kabli i rurek wygodny sposób odżywiania wypróżniania się i stymulacji seksualnej. W takim stanie byłem szczęśliwy. W takim stanie szczęśliwy był każdy przedstawiciel gatunku ludzkiego. Czuliśmy ogromną wdzięczność do karaluchów że pozwalają nam tak trwać bez tych wszystkich zmartwień wynikających z odpowiedzialności za podejmowane decyzje a także z samego wysiłku działania. Od czasu katastrofy jak ją zwykliśmy nazywać choć tak naprawdę okazała się ona dla nas wniebowstąpieniem i błogosławieństwem nie mieliśmy już takich problemów. Absolutnie.
Jak mówiłem to widoczne gołym okiem powiedział mój karaluch i zeskoczył na posłanie. Ja wiem odparłem i wcisnąłem się mocniej w materac. Był rozkosznie ciepły miękki bezpieczny. Taki materac był tym czym przed katastrofą opłatek był ciałem boga jego widoczną częścią. Bóg musi być takim nieskończonym materacem absolutną biernością i spokojem myślałem sobie. Im większy bezruch tym większa świętość. Żałowałem trochę pracowitych karaluchów że one nigdy nie dostąpią tego cudu. No może jak za parę tysięcy lat zdarzy się kolejna katastrofa. To była by straszliwa zmiana zmiany wszystkie są straszliwe bez wyjątku koszmarne mogą zaburzyć wygodę radosnego przetaczania się z jednej strony legowiska na drugą i oglądania programów telewizyjnych dostarczanych przez któryś z nieprzeliczonej rzeszy departamentów karaluszego państwa. Miałem nadzieję że tak doczekam swoich lat i nie pragnąłem nic więcej. Wyższe pragnienia takie jak chociażby ciekawość którym hołdowali nasi przodkowie sprzed katastrofy okazały się nic nie warte i lepiej było teraz zdać się na opiekę zaradnych karaluchów pobudzonych katastrofą do rozumu i mowy dać im się urządzić dać im cywilizację. A raczej jedną z trzech cywilizacji przy czym ta w której żyłem najbardziej bazowała na dawnej ludzkiej zmienił się tylko ośrodek decyzyjny mechanizmy zostały dość podobne poza oczywiście unifikacją zjednoczeniem przejściem w republikę. Była też społeczność tych karaluchów które postanowiły żyć tak jak dawniej ignorując szansę daną im przez katastrofę ludzi. No i też pozostałości dawnych ludzi którzy odrzucili ofertę republiki i wybrali niepewną egzystencję w najbardziej niegościnnych warunkach jakie można sobie wyobrazić ryzykowali głód zimno pragnienie brak telewizji muzyki snu przypominali patyki hołdowali dawnym tak zwanym wartościom biegali niewiadomo po co i dokąd i robili mnóstwo zupełnie niepotrzebnych i pochłaniających energię rzeczy oni to nazywali kulturą czuli dumę i uważali się za lepszych nas nazywali słoniami hipopotamami w zoo ale my przynajmniej zawsze mamy co jeść ha ha. I my wierzymy w naszego ukochanego boga biernego i absolutnie doskonałego a ich wierzenia opierają się na technice a ona przecież nie jest ludzką sprawą to karaluchy mają zajmować się i urządzać by było ciepło miło i syto a nie takie patyczaki.
Widać że oni rosną w siłę powiedział karaluch nie przestając się uśmiechać. Osiągnęli mniej więcej poziom dawnych wieków średnich i idą jak burza coraz dalej prawie chyba może pozbyli się piętna katastrofy im się coraz więcej chce coraz więcej żądają chcą zwrotu ziemi mówią oddajcie nam naszą cywilizację. To my im że co wyście z nią zrobili przyłączcie się lepiej do waszych szczęśliwych pobratymców to oni wtedy wrzeszczą i grożą bronią. Myśmy by ich w kilka minut rozwalili mamy przecież eskadry bombowców i rakiety międzykontynentalne i gazy bojowe i wszystko ale wiąż chcemy dać im szansę. Nudziło mnie to co on mówił to było za skomplikowane nie było w tym nic z telewizji fizjologii tego co interesowało. Ważne że tamci daleko i nie mogą nic zrobić nie mogą pozbawić ciepła i jedzenia. Nie odzywałem się więc karaluch spacerował po materacach wyraźnie teraz zamyślony choć cały czas uśmiechnięty wtedy się zatrzymał i rzekł wiesz byłem w delegacji na tamte tereny może to być przykre co ci powiem ale rozmawiać z nimi było lepiej niż rozmawiać z wami z wami się nie da rozmawiać wy funkcjonujecie w oparciu o nas wy jesteście właściwe tylko wypryskiem naszego miłosierdzia kurwa mać po co wy nam mamy nad wami władzę absolutną ale nic z tego nie korzystamy żadnego profitu jedynymi beneficjentami tego układu jesteście wy śmierdzące spasione bydlęta wy wy wy teraz zrobił się zły zaczął podskakiwać nie obchodziło mnie to nic mnie nie obchodziło wrzeszczał teraz trzeba was wszystkich wymordować marnujecie nasze zasoby przez was nie lecimy w kosmos ludzie to już przeżytek was czas się skończył pomyślałem że gdybym chciał jednym ruchem ręki mógłbym go zmiażdżyć ale nie chciałem odłączyli by mnie od pożywienia od stymulantów od powietrza byłem zależny i uwielbiałem to więc wysłuchiwałem w milczeniu on rzucający obelgi był dla mnie czymś normalnym pluł mi w twarz kąsał i gryzł mnie w brzuch a ja wsłuchany w cichy szept strumienia muzyki odlatywałem w dół do mojego raju tam gdzie już nie ma nic. _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Sro Mar 08, 2006 10:09 pm Temat postu: |
|
|
| le_mmor napisał: | trudno sobie wyobrazić, by dziadek zdołał otworzyć trumnę (nawet niezabitą) spoczywającą pod ciśnieniem morskich odmętów...
|
Heh, nie ma nic gorszego niż autor, który tłumaczy swoje 'dzieło' , ale...
Rzeczywiście, też się nad tym zastanawiałem, ale ostatecznie nigdzie nie jest powiedziane, że gość trumnę OTWORZYŁ . Po prostu przywalił z buta i udało mu się wybić jakąś szczelinę . Zresztą, dla fikcji literackiej warto czasem trochę ponaginać fakty  _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Pią Kwi 14, 2006 12:43 am Temat postu: |
|
|
Odświeżam temat, gdyż dziś podjąłem kolejną póbę stworzenia czegoś z gatunku fantastyki...
oceńcie sami, czy to zjadliwe w ogóle. Oto początek:
- Smok – powiedział zwiadowca
Jakby na potwierdzenie słów górala powietrze przeszył donośny skrzek, dobiegający od szczytu wulkanicznego stożka, na który się wspinali. Cała trójka – postawny tubylec, brodaty mężczyzna w sile wieku i niewysoki młodzieniec dźwigający na plecach ciężki tobół przywarli do ziemi i zamilkli. Skrzeczenie dało słyszeć się ponownie. Młodzieniec lękliwie podniósł wzrok w stronę szczytu. Nad nimi, na tle szaroburego nieba czerniała stroma, niemal pionowa ściana. Znajdowali się teraz u jej podnóża, na granicy potężnego piargu, spływającego od strony położonego na zachodzie żlebu.
- Nie ruszajcie się, panowie – mruknął przewodnik – nie zobaczy nas
Leżeli tuż przy ogromnym kamieniu, rzuconym tu pewnie przez niedawną lawinę skalną, ale jak młodzieniec spostrzegł, nie mógł on dać im żadnego schronienia przed czającą się w górze bestią. Pozostawało czekać. Przekręcił głowę w prawo, tam gdzie wznosiła się łagodnie Alhgat-ir-Manh, Góra Siedmiu Diabłów. Z ich pozycji, praktycznie z dna niewielkiej dolinki, nie mógł dostrzec ostańców, od których wierch wziął swą przerażającą nazwę. Ale to w żadnej mierze nie poprawiało jego humoru. Gdzieś w górze, czyhał kilkumetrowy stwór, z pewnością wygłodzony, o sokolim wzroku…
- Te bestie – góral jakby czytał w jego myślach – nie odróżnią nas od skał, jeśli tylko nie będziemy się ruszać. Nawet w świetle dnia…o jest! – zakrzyknął z cicha
- Gdzie! – nie wytrzymał młodzieniec, odruchowo kuląc się – na Meriona, gdzie?
- Na krawędzi wulkanu – rzekł przewodnik – na prawo od tej wystającej skały.
Młodzieniec spojrzał. Przez chwilę nie widział nic, jedynie postrzępioną krawędź kaldery. Uporczywie wpatrywał się w wymieniony przez zwiadowcę punkt i już miał powiedzieć przewodnikowi co myśli o jego umiejętnościach, gdy jeden z kamieni nagle przestał być kamieniem. Młody wędrowiec poczuł jak zimny pot spływa mu po plecach a nogi zaczynają drżeć. Dwieście metrów ponad nimi rozsiadł się szary, fruwający jaszczur. Teraz widać go było wyraźnie – złożone do połowy, ale w każdej chwili gotowe do lotu skrzydła, długą szyję i nieproporcjonalnie małą głowę, zwróconą w dół, ku dolinie.
- Patrzy tutaj – szepnął góral – bądźcie jak te głazy.
Jego towarzyszom nie trzeba było tego powtarzać. W swych szarych opończach, dodatkowo jeszcze pokrytych kurzem i błotem rzeczywiście mogli przypominać kamienie. Ale ostrożności nigdy nie za wiele…
- Czy naprawdę nas nie zobaczy? – spytał, szczękając lekko zębami młody człowiek
Zamiast odpowiedzi przewodnika rozległ się kolejny skrzek. Ale nie dobiegał on od strony stożka, tylko, co było znacznie bardziej przerażające, zza pleców trójki wędrowców. Po chwili dał się słyszeć głośny szum i coś czarnego prześlizgnęło się przez piarg. Cała trójka nieznacznym ruchem uniosła głowy i zobaczyła, jak rzucający wielki cień smok dołącza do swojego towarzysza na krawędzi. Przybysz przycupnął nieco poniżej pierwszego smoka i zbliżył głowę do jego łap. Tamten zaś pochylił swą długą szyją i wsunął gościowi pod rozpostarte wciąż skrzydło.
- Obwąchują się – szepnął przewodnik – mówiąc po naszemu mamy sharna-bah.
- Słucham? – spytał młodzieniec
- Przejebane – wyjaśnił milczący dotąd brodacz
* * *
Prawdę mówiąc, ani uczony doktor nauk przyrodniczych czcigodny i uczony Zebius tal Jarrah, ani jego uczeń i bratanek Ermin, ani nawet Sokkal syn Sokkala, henderodzki przewodnik, nie powinni się dziwić zaistniałej sytuacji. Od momentu gdy wyruszyli z położonego o trzydzieści mil na południe miasteczka Omg i obrali kierunek na wznoszący się nad doliną wulkaniczny stożek Durhenu prześladował ich potworny pech.
Gdyby Sokkal, syn Sokkala, był równie zabobony i bojaźliwy jak większość jego ziomków, już pierwszego dnia wędrówki porzuciłyby pozostałą dwójkę, rezygnując przy tym z pokaźnej sumy pięciu addali, które doktor zaoferował mu za bezpieczne doprowadzenie na szczyt wulkanu. Coś było zdecydowanie nie w porządku, jeśli już przy Rusałkowym Głazie wypatrzyli przemykającego przez polanę wilka, zaś nieco dalej, podczas trawersu Białego Upłazu, bystre oko górala dostrzegło świeże ślady kobolda. To, że następnego ranka młody Ermin omal nie zginął przysypany nagłą lawiną w chwili gdy udawał się za potrzebą jeszcze bardziej powinno wzmóc podejrzenia, że wokół zachodzi coś bardzo dziwnego.
Na szczęście dla Zebiusa tal Jarrah i jego bratanka, Sokkal nie był zwykłym góralem. Zwykły góral, na wspomnienie Durhenu chował się pod stół, lub z braku stołu, pod owcę. Ci odważniejsi chwytali zaś za cepy by wybić wypowiadającemu tę nazwę z głowy głupstwa, a także, niewątpliwie, czarnoksięstwo. Bo któż inny, jak nie sługa czarta lazłby w takie miejsce?
Sokkal, czerstwy i wyrośnięty potomek starego rodu nie martwił się takimi sprawami. Każdy, kto choć raz wyściubił nos poza bezpieczne miejskie pielesze, musiał rozpoznać w nim tęgiego chwata. O jego podbródek można by łamać skały, zaś zuchwałość bijąca z oczu mogłaby zmieszać nawet satyra. Wystarczył jeden rzut oka na potężne bary i zdecydowany chód, by pojąć, że ten chłop nie da sobie w kaszę dmuchać. Ani ludziom, ani nie ludziom. I była to prawda.
Bo Sokkal, zwany też Shmagel’oj’numh, co w wolnym przekładzie brzmiało „Łapiący diabła za jajca” kochał niebezpieczeństwo i ryzyko. A góry, rozpościerające się setki mil we wszystkich kierunkach od Omg znał jak własną kieszeń. W swoim trzydziestoletnim życiu zdołał zawędrować chyba wszędzie. Równie chwacko przedzierał się przez mroczne ostępy leśne jak skakał po smaganych wiatrami szczytach. Był prawdziwym człowiekiem gór, kimś, kto rzucony w inne środowisko udusiłby się niczym ryba wyciągnięta na brzeg. On nie żył w Henderodze. On żył Henderogą. A przy tym nie był pozbawiony rozumu, wrodzonej inteligencji i sporej wiedzy o świecie, przejawiającej się chociażby w dość dobrej znajomości języków południowych.
Nic więc dziwnego, że był pierwszym (po prawdzie trzeba dodać, że i jedynym), który podniósł się z ławy, gdy w omgskiej karczmie brodaty przybysz z południa ogłosił, że szuka przewodnika, który doprowadzi go na Durhen. Nic więc też dziwnego, że za punkt honoru postawił sobie Sokkal wypełnić warunki kontraktu co do joty.
Ale ów granitowy góral nie był też głupcem. I wiedział, że są takie chwile w życiu nawet największego chojraka, w których należy siedzieć cicho jak dziecko pijaka w kącie. A taka chwila właśnie nadeszła.
Dwieście metrów nad nimi siedziało już nie dwa, lecz co najmniej dwadzieścia smoków rożnej wielkości. Hałas jaki czyniły, zwielokrotniony jeszcze przez echo odbijające się od okalających dolinę turni był dla ludzkiego ucha trudny do zniesienia. Tyle było w tym skrzeku, tyle charczenia, tyle zgrzytów. Nie miało to nic wspólnego z majestatem, jakim obdarzali latające jaszczury autorzy ksiąg z południa.
- Co one robią? – szepnął Ermin – dlaczego się tak gromadzą? I dlaczego właśnie tutaj?
Właśnie do rozwrzeszczanych stworzeń dołączył kolejny gad, wyjątkowej wielkości – biorąc poprawkę na odległość, Sokkal ocenił go na osiem ajh długości. Siedzące w pobliżu smoki usunęły się robiąc przybyszowi miejsce i wysunęły ku niemu szyje. Ten jednak ani myślał brać udział w tym samym rytuale co jego mniejsi pobratymcy. Dał się słyszeć wyjątkowo głośny skrzek i chwilę potem rozłożone skrzydło smoka zmiotło głowy krewniaków z jego najbliższego otoczenia. Najbardziej pechowy ze smoków, który nie zdążył się usunąć, uderzony w sam środek szyi, zachwiał się, stracił równowagę i zsunął się kilka metrów po skalnej płycie, nim zaczepił się pazurami o jakieś nierówności tuż przy jej krawędzi. Towarzyszyło temu głośne skrzeczenie, przypominające drwinę i szyderczy śmiech.
- Czy to przewodnik stada? – zagadnął doktor – emgo soh’r?
- Słusznie prawicie, panie – przytaknął góral – to stary samiec, pewnie już mu sto lat dawno stuknęło. A to wszystko jego dziatwa.
- A ja myślałem – Ermin nagle zapragnął wykazać się wiedzą – że w smoczych stadach to samice dzierżą pierwszeństwo i…
- Nie u Smoków Szarych – przerwał mu stryj – słabo pamiętasz, Erminie, dzieło uczonego Kai Negga. Ale powiedzże, Sokkalu, długo to może wszystko potrwać? Bo trochę niewygodnie leży się na tych kamieniach.
- Kto wie – ramiona przewodnika drgnęły nieznacznie – może godzinkę a może pół dnia? Ale, panowie, na brak atrakcyj nie będziecie narzekać.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Jakby tu…widzieliście kiedyś, panie, jak chędożą się smoki? _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/
Ostatnio zmieniony przez lemur dnia Sob Kwi 15, 2006 7:16 pm, w całości zmieniany 1 raz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
McBurak

Dołączył: 30 Gru 2004 Posty: 944 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią Kwi 14, 2006 11:53 am Temat postu: |
|
|
Bardzo fajne Styl gladki, czyta sie przyjemnie, fabula na razie dopiero sie rozwija - ale poczatek niezly. Wyraznie inspirowane Sapkowskim, w sensie jednoznacznie pozytywnym.
| Cytat: |
- Obwąchują się – szepnął przewodnik – mówiąc po naszemu mamy sharna-bah.
- Słucham? – spytał młodzieniec
- Przejebane – wyjaśnił milczący dotąd brodacz
|
A ten dialog moglby sie rownie dobrze pojawic w Wiedżminie  _________________ i can lead the nation with a microphone |
|
| Powrót do góry |
|
 |
CORAX

Dołączył: 05 Lip 2004 Posty: 3277 Skąd: Coraxstadt
|
Wysłany: Pią Kwi 14, 2006 1:30 pm Temat postu: |
|
|
Klawe opowiadanko, tylko jedna rzecz mnie nieco rozbawiła:
| le_mmor napisał: | - Czy to przewodnik stada? – zagadnął doktor – emgo soh’r?
- Słusznie prawicie, panie – przytaknął góral – to stary samiec, pewnie już mu sto lat dawno stuknęło. |
Czy to jakiś nowy system? Albowiem smoki albo są nieśmiertlene, albo żyją dziesiątki tysięcy lat, a ten to gówniarz
!UWAGA! - Opowiadanie przepisane ze znalezionego niedawno zeszytu z czasów gimnazjum, napisane wspólnymi siłami z kolegą (nie pamietam co było bodźcem), toczące się w świecie Forgotten Realms, poniekąd wywołane fascynacją nową (wtedy) grierką Baldur's Gate, oraz pierwszymi (wtedy) sesjami w Warhammer'a - !UWAGA!
***
- Aaa... aaa... aaa... - zawodzenie elfa rozniosło się na wszystkie strony, podrywając do lotu co bardziej nerwowe, zagrodowe ptactwo. Dźwięk jaki przy tym wydawało mógł stawać w zawody z upiornym wyciem barda. Rumkajs, jedyny w tej grupie człowiek, pomyślał, że za chwilę usłyszy coś głębokiego. Nie pomylił się.
- Stul dziób, chudzielcu - wrzasnął krasnolud Byzdrymonir kładąc niezbyt pewnie swoją dłoń na głowni topora. W drugiej ręce trzymał niewielką flaszę, z której co rusz pociągał parę "głębszych". Było niestety za późno. Ze spowitych w świetle zachodzącego słońca chat zaczęli wyglądać ludzie. Co odważniejsi wychodzili nawet przed domy. Nie było to najmądrzejsze, o czym przekonał się najbliżej stojący wieśniak. Bo gdy tylko głośna grupa przechodziła obok, coś poderwało go z miejsca i sprowadziło do parteru. Gdy przerażony otworzył oczy, w niewielkiej odległości od swojego nosa ujrzał poczciwą, chłopięcą twarz o wyszczerzonych zębach i przekrwionych oczach (albo odwrotnie).
- KARCZMA?! - wrzasnął halfing piskliwym głosem. Wieśniak poczuł na twarzy powiew śmierdzącego podłym piwem oddechu napastnika. Nerwowo przełknął ślinę. Drżącą ręką wskazał kierunek.
Bez wysiłku niziołek rzucił nim o ziemię. Zaniepokojony Rumkajs ujrzał jak włosy człowieka przybierają barwę mleka.
- Wybacz mu dobry człowieku - rzekł pomagając mu podnieść się z ziemi. - Kypis miał trudne dzieciństwo...
- KYPISEK! - warknął niziołek i pewnie rzuciłby się na kapłana, gdyby nie wpadł na niego zataczający się wojownik
- Kypisek - poprawił się sługa boży - Wychował się on wśród bersekerów.
Chłop potrząsnął głową chcąc jak najszybciej oderwać się od nieznajomego przesuwającego po jego odzieniu ręce. Chwilę później stał już sam. I zanim w pełni otrząsnął się po rozmowie, podczas której nie wypowiedział nawet słowa, stwierdził, że nie ma sakiewki...
Krasnolud beknął przeciągle i łypnął na elfa sięgającego po cytrę.
- Naaawet niiie próóóbój... - powiedział z wysiłkiem
- A-ale kiedy mi-ię poezja po-orywa - odrzekł jąkając się lekko bard. Reakcją na jego słowa był chwiejny ruch ręką, jaki wykonał wojownik. Zapewne chciał uderzyć pięścią w stół.
Korzystając z chwili nieuwagi towarzyszy, nie zwracający dotychczas na siebie uwagi osobnik ożywił się nieco. Był półelfem, na co wskazywały typowo niewieście rysy jego twarzy. Chude, poplamione na różne kolory dłonie zniknęły na chwilę pod nadpalonymi i podobnie poplamionymi połami szaty, a później wyłoniły się dzierżąc niewielki flakonik z niebieską cieczą. Jego bystre oczy rozejrzały się na boki, po czym ujmując w zęby korek, wyrwał go silnym pociągnięciem. Część płynu wylała się na drewniany blat stołu. W powietrzu uniosła się woń palonego drewna, ale nikt nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Reszta cieczy znalazła się w kuflu Byzdrymonira. W naczyniu zawrzało, podniósł się nawet niewielki obłok w kształcie grzyba, ale minutę potem wszystko się uspokoiło. Do tego stopnia, że kiedy krasnolud sięgnął po trunek, w niczym się nie zorientował.
Nie napił się jednak. Przerwał mu w połowie drogi do ust jakiś jegomość.
- Przepraszam panowie - powiedział z uśmiechem, ale i pokorą. Na niewidoczny dla bohaterów znak, kilku drabów z ukrytymi w rękawach nożami zaczęło okrążać stół przy którym siedzieli - Jako sołtys tej pięknej wioski, chciałbym powitać tak mężnych i zacnych rycerzy w naszych niskich progach.
- Werk! - przypieczętował Kypisek. Tak po prawdzie nikt nie rozumiał, co mały barbarzyńca miał na myśli. Był to - jak podejrzewał Capsel - jakiś tajny wyraz w pradawnej, hobbicko-bersekerskiej mowie. Mógł znaczyć wszystko. Był zapewne wulgarnym przekleństwem.
- Berk! - odbiło się krasnoludowi. Poczuł pragnienie. Nie napił się; sołtys zaczął mówić dalej.
- Doprawdy wielki to traf sprawił i łaska bogów, że wy: młodzi (prawie sześćdziesięcioletni kapłan skinął głową i schował za pazuchę karczemną, drewnianą łyżkę), przystojni (rubaszny krasnolud rozstawionymi palcami dłoni przeczesał swe rzadkie włosy), inteligentni (halfing uderzył pięścią w stół i warknął "Werk!"), zjawiliście się tutaj, aby wybawić nas od kłopotu,
jaki spadł na naszą biedną wioskę.
Grupa wieśniaków z nożami otoczyła już drużynę szczelnym kordonem. Teraz zaczęli wolno zacieśniać krąg.
- Do rzeczy człowieku, myślisz, że nie mamy co robić, tylko całą noc spędzić na słuchaniu cię?
- Nie, nie, panie! - gwałtownie zaprotestował sołtys - Chciałem tylko prosić o uśmiercenie dwóch podłych bazyliszków, które mieszkają w pobliżu. Oczywiście wasz trud zostanie nagrodzony...
- I-ile? - zająknął się Capsel
- To znaczy, że się zgadzacie? - wieśniak nie mógł ukryć zdziwienia. Podobnie zresztą jak kilku stojących za plecami bohaterów opryszków; noże z brzękiem poupadały im na podłogę.
- No, tak.
Sołtys kompletnie zbaraniał. Dotychczas wszyscy, którzy witali do wioski, na samo wspomnienie jaszczurów - w dodatku dwóch - tracili chęć do dalszej rozmowy. Nauczeni doświadczeniem mieszkańcy zarzynali podróżnych, a trupy podrzucali bestiom. Ale ta dziwna piątka była inna niż wszyscy. Sama pchała się prosto w paszcze bazyliszków.
- I-ile? - powtórzył elf i wyrwał tym człowieka z osłupienia
- No nie wiem - odpowiedział - jesteśmy biednymi rolnikami, ale się dogadamy - dodał szybko widząc, że niziołek wstaje z miejsca - Który z was jest przywódcą, z którym mógłbym omówić kwestię zapłaty?
Kapłan Rumkajs poczuł, że właśnie powinna zabrać głos osoba obdarzona największym autorytetem i elokwencją.
- Whhrrrung! - wrzasnął Kypisek, a płat piany jaką toczył z ust opadł na deski stołu.
- To postanowione - rzekł chłop czując wiszącą w powietrzu bójkę. - Powiedz panie, czy jesteście gotowi podjąć trud zabicia bazyliszków za 1000 sztuk złota?
- Nie... - wrzasnął halfing barbarzyńca. Kapłan chwycił się za głowę.
- Dwa tysiące?...
- Nie... - krasnolud czknął zdziwiony uporem Kypiska.
- Trzy?...
- Nie... - Capsel zaczął tłuc głową o stół.
- Pięć... więcej nie mamy...
- Nie... widzę przeszkód - dokończył halfing nieco rozeźlony, że mu przerywają. Rozmowy nie trwały dużo dłużej. Po osiągnięciu tego trudnego kompromisu, uznano tylko, że wyprawa rozpocznie się dnia następnego ("w porze karmienia" - jak określił to sołtys). Później dzielni wojacy udali się na spoczynek. Krasnolud Byzdrymonir zaczepił jeszcze tylko na chwilę karczmarza.
- Pooowiedz mi dooobry człooowieku - powiedział z wysiłkiem, stawiając opróżniony kufel na szynku przed właścicielem przybytku - skąd bieeerzesz taaakie dooobre piwoo...?
Półelf Sztajnajn pochylił się nad starą, grubą księgą. Na stronach, na których była otwarta, znajdował się wielki napis w języku reptilionów: "Mikstura ochrony przed petryfikacją". Alchemik nie znał reptiliońskiego, ale krzywy bohomaz, który miał wyobrażać bazyliszka, mówił sam za siebie. Podobnie po rysunkach rozpoznawał także potrzebne składniki. Jak dotąd nawet dobrze mu szło - z jeden komponent rozpoznał poprawnie. Szkoda, że go nie posiadał i musiał zastąpić innym. Jego poplamione palce zatrzymały się na rysunku, na którym autor chciał przedstawić gałki oczne bazyliszka. Półelf nie wiedział co to. Rozejrzał się nerwowo po izbie. Jego wzrok zatrzymał się na misze obranych ze skórek winogron. Nie namyślając się długo, wrzucił je do gotującego się na niewielkim ogniu kociołka. Nie oszczędzał. Chwilę minęło, zanim cynowe naczynie rozpuściło się w miksturze. Potem ściągnął kociołek z ognia wylewając przy tym nieco i parząc sobie ręce. Postawił obok. Poczekał, aż wystygnie i spróbował. Nie była zła. Smakowała trochę jak skrzyżowanie maści na kurzajki, płynu przeczyszczającego, pasty do butów i owocowych landrynek. Innymi słowy mówiąc: lepiej niż ostatnim razem...
- A gdzie Rumkajs i Sztajnajn? - zapytał krasnolud Byzdrymonir pociągając z piersiówki potężnego łyka spirytusu krasnoludzkiego.
- Sztajn nie idzie - odpowiedział kapłan, który właśnie pojawił się na progu karczmy w swojej najlepszej, nieskazitelnie białej szacie z wielkim srebrnym kielichem wyhaftowanym na piersi - Szykował dla nas miksturę zabezpieczającą przed spojrzeniem bazyliszka i zaniemógł - dodał widząc pytanie we spojrzeniach towarzyszy.
- Znowu coś mu wyrosło na brzuchu? - zaciekawił się wojownik; zaczynał już przeciągać wyrazy. Rumkajs zaprzeczył ruchem głowy. W końcu trudno pojawienie się niebieskiej wysypki na twarzy nazwać "wyrośnięciem czegoś".
Nie wdając się w dalsze dyskusje czwórka bohaterów ruszyła na spotkanie z bestiami. Po kilku godzinach marszu dotarli wreszcie na miejsce. Że było to siedlisko bazyliszków świadczyły liczne posągi skamieniałych śmiałków, którzy kiedyś, podobnie jak oni teraz, podjęli rękawicę rzuconą im przez los. I kartka wywieszona przed grotą. Bard podszedł i zaczął na głos czytać:
- "Ba-azyliszki! Nie bu-udzić! Nie dra-ażnić! Go-odziny karmienie-enia od dwu-unastej trzy-ydzieści do trzyna-astej piętna-aście!".
Krasnolud wyciągnął klepsydrę.
- Trzyyyynasta... - wystękał.
W tym samym momencie w jaskini coś poruszyło się. Zwabione hałasem, dwa groźne jaszczury, wychodziły na zewnątrz...
Nie namyślając się długo, Capsel wyciągnął cytrę i zaczął zagrzewać towarzyszy swoją nową bojową pieśnią:
- Wy-yklęty powstań lu-udu zie-emiii!...
Rumkajs skupił myśli i zaczął szeptać jedno z tych jego bardzo-bardzo-śmiercionośnych zaklęć. Wycie elfa jednak skutecznie udaremniało jego wysiłki, powodując tylko, że wokół kapłana eksplodowały niewielkie i niezbyt widowiskowe, ale za to kolorowe fajerwerki.
Byzdrymonir beknął głośno na widok dwóch bestii, splunął z obrzydzeniem i wrzasnął:
- Łooo! Czteeeryy beeestieee... Poo jeednyym naa łeeebkaaa...
Zaraz potem zatoczył się i przewrócił. Wielgachny, obusieczny bojowy topór przeleciał kawałek dalej, odrąbując jakiejś figurze kawałek nogi.
Kypisek, jako jedyny wiedział co robi. Zakasał sobie rękawy i tocząc z ust pianę, z bojowym okrzykiem rzucił się na potwory. Cóż z tego, skoro jego krótkie nóżki plątały się między walającymi się wszędzie kośćmi i innymi szczątkami jego poprzedników.
Bazyliszki spojrzały ze zdziwieniem na siebie... _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Pią Kwi 14, 2006 1:35 pm Temat postu: |
|
|
| CORAX napisał: | Klawe opowiadanko, tylko jedna rzecz mnie nieco rozbawiła:
| le_mmor napisał: | - Czy to przewodnik stada? – zagadnął doktor – emgo soh’r?
- Słusznie prawicie, panie – przytaknął góral – to stary samiec, pewnie już mu sto lat dawno stuknęło. |
Czy to jakiś nowy system? Albowiem smoki albo są nieśmiertlene, albo żyją dziesiątki tysięcy lat, a ten to gówniarz
|
system autorski rzecz jasna
a rzecz dotyczy Smoków Szarych, które są małe, prymitywne i nie żyją tak długo jak ich więksi krewniacy... _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Pią Kwi 14, 2006 3:45 pm Temat postu: |
|
|
dalszy ciąg:
Sokkal prowadził ich tylko sobie znaną ścieżką przez piarg, wskazując niebezpieczne miejsca, gdzie noga mogła osunąć się na luźnych kamieniach. Szli wąskim trawersem w kierunku głębokiego żlebu wrzynającego się w strzelistą, bladoszarą turnię. Panowała zupełna cisza, zakłócana jedynie przez osuwające się co pewien czas spod stóp wędrowców kamyczki. W miarę jak miało się ku wieczorowi robiło się coraz chłodniej. Zachmurzone i nieprzyjazne niebo pociemniało, od północy napłynęło kilka ciemnych, kłębiastych obłoków.
- Nie ma co się martwić – rzekł góral – burzy z tego nie będzie. A zresztą, niedługo będziemy w grocie.
Ani doktor ani jego bratanek nie odpowiedzieli. Przewodnik przypisał ten brak reakcji temu czego świadkami byli przed dwoma godzinami. Mało kto, nawet wśród górali, widział smocze gody. A było na co popatrzeć…
- Ale żeby tak po prostu ich zagryzały? – wybuchnął Ermin kilka minut po tym, jak ostatnie cielsko opadło z rumorem na piarg – byłem pewien, że to tylko bajki, że…
- Przyroda to nie bajka dla księżniczek – prychnął jego wuj, otrzepując szatę z kurzu i rozprostowując kości. Kilkadziesiąt metrów przed nimi, pod skalną ścianą leżały trupy dwunastu, może trzynastu smoków. Okoliczne skały obryzgane były brudnożółtą krwią a wkoło roznosił się potworny smród.
- Tak dzieje się zawsze – mruknął Sokkal – ilekroć widziałem smocze gody, zawsze kończyło się tak samo. Jedno życie się zaczyna, drugie…
- Ale – zaprotestował wzburzony młodzieniec – kto teraz będzie ich bronił? Kto zdobędzie pożywienie dla samic siedzących na jajach? Kto…
- Poradzą sobie – odparł doktor a przewodnik potwierdził skinieniem głowy – tak naprawdę samce – tu wskazał na nowo utworzone cmentarzysko – na nic by się zdały. Mają słabe zęby i pazury, gorszy wzrok…po co stado ma ich utrzymywać?
- No dobrze – nie ustępował Ermin – a przewodnik i ten drugi z ciemnymi skrzydłami?
- A to już bogowie gór obmyślili – wyjaśniał cierpliwie przewodnik – żeby stado miało przewodnika i kogoś, kto go zastąpi. A dlaczego tak ma być? To już nie nasza sprawa, panowie, nie nasza. Tak one już żyją…nie ma co pytać więcej.
Na tym rozmowa właściwie się urwała. Cmentarzysko, na życzenie doktora, obejrzeli praktycznie w milczeniu. Zebius tal Jarrah robił notatki w oprawionym skórą notatniku, przewodnik obojętnie przycupnął na kamieniu, zaś Ermin zajmował się głównie wymiotowaniem i odwracaniem wzroku od rozłupanych czaszek i flaków wylewających się z rozoranych przez pazury i skały brzuchów. Fetor był rzeczywiście zapierający dech w piersiach i po piętnastu minutach wszyscy, nie tylko bratanek uczonego, mieli dość tego miejsca. Ale dzień, jakby w ogóle był przyjemny, zepsuty został do cna.
Sokkal przystanął na gładkiej skalnej półce i spojrzał w dół. Przebyli już prawie cały piarg, niedługo wejdą na ścieżkę wijącą się zboczem Bryzu’hh’ajn w stronę wulkanu, który teraz widać było już jak na dłoni. Niedługo też dotrą do wygodnej groty, w której przeczekają noc – nawet Sokkal, syn Sokkala, nie był na tyle odważny i szalony, by ryzykować zdobywanie Durhenu po ciemku. A następnego dnia – wszystkiego sześć godzin intensywnej wspinaczki i jesteśmy na szczycie.
- Jutro w południe będzie miał pan swoje kamyczki – powiedział do doktora, który sapiąc osiągnął właśnie półkę. Dziesięć metrów za nim wlókł się zasępiony Ermin. A dalej nie ruszało się już nic. Cała dolina zamarła. Bo i co miało się w tym zapomnianym przez bogów zakątku ruszać? Od czasu do czasu smoki i lawiny skalne. W tej okolicy nie rosło już nic, prócz kilku gatunków rachitycznych porostów, których doktor nie omieszkał schować do przytroczonego do pasa woreczka. To była prawdziwa Erh Moggonga, Pusta Dolina.
- Na jakiej możemy być teraz wysokości? – zawołał Ermin, który przystanął kilka metrów przed pozostałą dwójką
- Nie znam skal wytyczonych przez ludzi z południa – odparł Sokkal – ale jeśli cię to zadowoli, panie, to wysoko.
- Słynny Kai Negg – powiedział Zebius – wyznaczył wysokość wierzchołka Durhenu na trzy tysiące metrów ponad poziom oceanu, co daje w waszych miarach…jakieś cztery tysiące ajh.
- A czy ten Kai? – spytał góral z pobrzmiewającą w głosie drwiną – był na szczycie?
- Nie, ale…
- To co on tam wie, za przeproszeniem.
Zapadła cisza. Po chwili ruszyli dalej, noga za nogą. Całodzienna wędrówka w takiej okolicy, po nierównościach i wertepach dała w kość nawet Sokkalowi. Ermin narzekał na odciski (nawiasem mówiąc, młody adept nauk przyrodniczych narzekał na wszystko, od lawiny skalnej, która omal nie pozbawiła go życia, po nagły deszcz, który wczoraj nie pozostawił na nich suchej nitki). Doktor Zebius szedł równym krokiem, ale po jego oddechu Sokkal wiedział, że ten postawny, siwiejący już nieco mężczyzna mobilizuje w marszu swoje ostatnie zasoby energetyczne. Tak, do groty i ani ajh dalej.
Dotarcie do jaskini zajęło im jeszcze półtorej godziny. Przez ten czas zrobiło się już naprawdę ponuro i ciemno. To, co zostawili na dole zlało się właściwie w jednolity ciemnoszary przestwór. Każdy z wędrowców, nie wyłączając Sokkala zaliczył już po kilka potknięć, z których każde mogło zakończyć się skręceniem kostki. Na dodatek, szli teraz wąską ścieżką chyżo pnącą się ku górze, zaś po prawej stronie mieli co najmniej stumetrową ekspozycję. Nic więc dziwnego, że gdy Sokkal zatrzymał się nagle i rzekł „Jesteśmy” młody Ermin wydał głośne westchnienie ulgi.
Grota była rzeczywiście wygodna. Sięgała około piętnastu metrów w głąb a sklepienie znajdowało się na takiej wysokości, że żaden z trójki wysokich mężczyzn nie musiał się schylać. Było w niej również sucho a czyjaś ręka usunęła z jej środka co ostrzejsze kamienie, tak, że można było rozłożyć płaszcze i położyć się. Sokkal rozpalił dwie małe lampy, które niósł w swoim tobołku i ustawił je po dwóch stronach groty. Mimo nikczemnych rozmiarów, dały one całkiem sporo światła.
- Twoja robota? – zagadnął Ermin – wskazując na odciągnięte na bok kamory
- Nie moja – odparł góral krojąc swym wielgachnym nożem grube kawały owczego sera – przed laty przemieszkiwali tu mnisi z klasztoru na Nuhhor. Przychodzili tutaj i medytowali…czasem na tydzień, czasem na pół roku. O ile nie zżarły ich smoki albo nie przygniotła lawina.
- Tego klasztoru już chyba nie ma? – spytał doktor, zajęty dotąd przeglądaniem zapisanych gęstym pismem stron ze swojego notatnika
- Legendy głoszą – zasępił się górski Henderogczyk – że czart sam, we własnej osobie go zburzył a mnichów potopił. Inni znowu gadają, że piorun tam padł…ja nie wiem, nie byłem.
- A ty wierzysz w czarta? – spytał nagle Ermin, nie reagując na nagłe, ostre spojrzenie doktora wymierzone w jego kierunku
- Czy ja wiem? – Sokkal najwyraźniej nie przejął się reakcją doktora – ja to myślę tak, że jak bogowie są to i pewnie demony i czarty też. Ale czy tutaj, obok nas, w skałach, w zwierzętach, w lasach? Ja żadnego nie widziałem, choć mówią na mnie w dolinach Shmagel’oj’num, czyli ten co łapie diabła za jajca. Tyle powiem, panowie.
Po twarzy doktora i jego bratanka przemknął jakby cień. Ale nic nie powiedzieli. Posilili się czarnym chlebem, owczym serem i kawałkami suszonego, jagnięcego mięsa, które popili lekkim winem. Po kolacji doktor wszczął z przewodnikiem rozmowę o zwyczajach smoków, zaś Ermin odwrócił się plecami do światła, przykrył zapasowym płaszczem i próbował usnąć. Jeszcze przez pewien czas słyszał strzępy rozmowy złożonej z ludowych mądrości Henderoggi i fachowej terminologii stryja, poczym wszystko to ucichło i pozostał jedynie zdrowy, górski sen na wysokości dwóch tysięcy z dużym okładem metrów. _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
lemur Moderator

Dołączył: 13 Maj 2005 Posty: 5251 Skąd: z Komitetu Centralnego
|
Wysłany: Sob Kwi 15, 2006 6:58 pm Temat postu: |
|
|
trzeci i ostatni fragment.
Oceniajcie!!!
Ranek, w porównaniu z poprzednim dniem, był zaskakująco pogodny. Do wnętrza jaskini wdarły się dawno nie widziane promienie słońca, a ze swojego legowiska Ermin dostrzegł skrawek błękitnego nieba. Podniósł się i zobaczył, że Sokkal i stryj złożyli już swoje płaszcze i spożywają śniadanie, składające się z tych samych wiktuałów co wczorajsza kolacja.
- Mocny macie sen, panie – uśmiechnął się góral – my tu się już krzątamy a panu nic, pozazdrościć tylko.
Ermin ziewnął przeciągle i wstał. Podszedł do utworu wyjściowego i spojrzał w lewo. Widok był jedyny w swoim rodzaju. Tuż przed nim, wznosiła się stroma, południowa ściana Durhenu, zakończona ostrą krawędzią, na której wczoraj parzyły się smoki. Dalej młodzieniec dostrzegł skalistą przełęcz rozpostartą między wygasłym wulkanem a górą, na zboczu której obozowali.
- Tam – Sokkal podszedł do niego i wskazał ręką na przełęcz – musimy dojść. Opuścimy ścieżkę, czy raczej to, co nazywamy ścieżką i zaczniemy wspinaczkę. Ale nie ma co się, panie, obawiać. Ludzie w wioskach i Omg gadają, że to straszna góra, ale to tylko taka babska gadanina…smoków się boją i tyle. No i…
Chciał dodać „czartów” ale jakieś napięcie w twarzy Ermina powstrzymało go od tego. Tym dziwniejszy wydał mu się wybuch śmiechu doktora tal Jarraha.
- Dużo macie tych diabłów tutaj, czyż nie?
- Słusznie mówicie, panie – góral wyszczerzył zęby- wszak sam Dorhen nazywano kiedyś górą diabelską. A dalej mamy przecież Górę Siedmiu Diabłów, mamy Przełęcz Kulawego Demona nie więcej niż osiem mil na zachód stąd, toć nawet mówiło się, że ci mnisi, co ich wczoraj wspomniałem, specjalnie tu przychodzili diabła spotkać na pokusy się wystawić…
- Aż ich nie zżarły smoki – zakpił przyrodnik
- A owszem.
Nie minęło piętnaście minut od tej rozmowy, gdy ruszyli w drogę, Ermin wciąż jeszcze przeżuwając kawałek pysznego sera, powodu dumy setek tutejszych gospodyń. Teraz szło się wspaniale i nie przeszkadzała temu nawet przepaść ziejąca po prawej stronie ścieżki. Dolina i okalające ją zbocza, wczoraj nieprzyjazne i martwe teraz wydawały się po prostu piękne i majestatyczne.
Sądząc po słońcu, dochodziła ósma, gdy dotarli na przełęcz. Było to niewielkie siodło, upstrzone ostrymi głazami a od południowej strony porośnięte połaciami fioletowych porostów. Na tą samą stronę otwierał się cudowny widok na kilka kolejnych pasm górskich, włącznie ze skrytymi w chmurach Oyrgannami, gdzie wedle legend mieszkać miał praojciec wszystkich szarych smoków. Gdzie okiem sięgnąć rozciągały się potężne wierchy, porozdzielane mniejszymi i większymi dolinami. Daleko, daleko można było dostrzec ciemniejące gdzieniegdzie plamy lasów.
Po drugiej, północnej stronie rozciągała się zaś szeroka dolina, równie martwa i pusta jak ta, którą przebyli dnia wczorajszego. Jednak ku widocznemu zaskoczeniu obu wędrowców na jej dnie dało się dostrzec niewielkie ruiny – małe fragmenty murów i fundamentów, otoczone przez potężne skalne gruzowisko. Sokkal nie był w stanie wiele wyjaśnić, gdyż sam nie wiedział kto zadał sobie potworny trud wznoszenia czegokolwiek w takiej okolicy, ani kiedy to było. Nigdy zresztą nie był w tej dolinie, gdyż zejście było potwornie strome i niebezpieczne.
- A co ze smokami? – spytał Ermin pociągając łyk wody z bukłaka i patrząc na górującą nad przełęczą zachodnią ścianą Dorhenu. Szczyt wydawał się już taki nieodległy, jakby o rzut kamieniem.
- Małe ryzyko – odpowiedział przewodnik – tamto stado już tu nie wróci, a przynajmniej nie w ciągu następnego roku. A inne…czują co tu zaszło i wiedzą, do kogo należy ta okolica…
- Taki zmysł u Szarych Smoków – wtrącił uczony – to wciąż tylko hipoteza.
Sokkal wzruszył ramionami. On swoje wiedział. Smoków nie musieli się dzisiejszego dnia obawiać. Ludzie gór po prostu to czują. Choć, jak by to powiedział czcigodny doktor Zebius tal Jarrah, to też tylko hipoteza.
* * *
Trzy godziny później stali już na ostatniej przed krawędzią kaldery większą półką skalną. Pogoda wciąż była piękna. Odprężony i zadowolony Sokkal przysiadł na skale a jego wzrok niespiesznie prześlizgiwał się z jednego wyniosłego szczytu na drugi. Jego towarzysze posilali się w milczeniu.
- Tam – Sokkal wyciągnął rękę na wschód – macie, panowie, Alhgat-ir-Manh. Dostrzegacie posągi? Na grani?
Rzeczywiście, nieco poniżej wierzchołka rozłożystej, piramidalnej góry wznosiło się kilka skalnych iglic, przypominających groteskowe postaci.
- Mówią – kontynuował góral – że każdego roku diabły wspinają się nieco ku szczytowi. Kiedy ostatni z nich tam dotrze, deszcz siarki i popiołu zniszczy Henderoggę.
- Czy też w to wierzysz, Sokkalu? – zagadnął doktor
- A ja wiem… - uśmiechnął się chytrze przewodnik – nie martwię się tym, panie. Aż tak długo żyć nawet ja nie będę.
Po chwili ruszyli dalej. Był to najtrudniejszy odcinek do przejścia, więc propozycja Sokkala by użyć liny asekuracyjnej była bardzo na miejscu. Szli bardzo ostro pod górę, parę razy wspinali się niemal pionowymi kominami i przebywali iście diabelsko wyeksponowane fragmenty, na których bez rad i wskazówek przewodnika z pewnością doktor i jego bratanek zakończyliby swoją podróż. Obaj musieli docenić kunszt mieszkańca gór, który nawet na najgorszych fragmentach nie tracił rezonu i nieomylnie pokazywał swym towarzyszom, gdzie postawić dłonie i stopy. Dzięki temu, a także dzięki faktowi, że doktor nie należał do ludzi strachliwych a Ermin jakoś zebrał się w sobie i szedł bez oznak lęku, już po godzinie stanęli na krawędzi wygasłego krateru.
Pierwszą oznaką celu wędrówki był koszmarny smród. Sokkal wyjaśnił, że są to po prostu odchody smoków, które widać nie czyniły rozróżnienia na sypialnię małżeńską i wygódkę. Nieco wyżej wędrowcy natknęli się na oblepiającą skały substancję nieokreślonego koloru. O jej pochodzenie nikt nie musiał się dopytywać.
Krater Dorhenu nie wyglądał z bliska równie dostojnie co sama góra. Była to płytka i szeroka niecka zawalona zastygłą lawą i pumeksem. Sokkal rozejrzał się wkoło z ciekawością. Do tej pory był tu tylko dwa razy, również z badaczami przyrody. Ale te dwie wędrówki wystarczyły góralowi by stworzyć sobie w umyśle mapę bezpiecznej trasy na szczyt i z powrotem. Po tym da się poznać prawdziwego człowieka gór, mógłby pomyśleć doktor Zebius, gdyby nie zaprzątało go teraz zupełnie coś innego. Lekkim krokiem zbiegł nieco w dół i przyklęknął przy wielkim kawale lawy pochodzącej prawdopodobnie z ostatniej erupcji setki lat temu. Pogładził dłonią chropowatą powierzchnię skały i uśmiechnął się.
- Zadowolony jesteś, stryju? – spytał Ermin, który zdążył już zrzucić z siebie ciężki tobół.
- Szalenie! – zakrzyknął uczony – no, Sokkalu, zasłużyliście sobie na wynagrodzenie! Tego właśnie szukałem.
- Cieszę się wielce – odparł góral i pociągnął kilka łyków wody. Podszedł bliżej. Nie wiedział co prawda, cóż tak specjalnego jest w dorheńskiej magmie, czego nie było w dziesiątkach podobnych miejsc geograficznie bliższych krainom, z których pochodził tal Jarrah. No cóż, to jednak doktor był podobno tym mądrzejszym z ich dwóch a teraz wyglądał na rzeczywiście usatysfakcjonowanego. Sokkal uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie przybysza z Jerma, który przed trzema laty poszukiwał na Dorhenie odcisków stóp demonów. Ten klient będzie przynajmniej zadowolony, pomyślał przewodnik i ruszył w kierunku środka dawno wygasłego krateru. Przeszedł jednak tylko kilkanaście metrów, gdyż zorientował się że dalszy marsz w tę stronę, z racji dziesiątek dziur i rozpadlin, którymi przeorane było podłoże, byłby wielce nieroztropny. Zawrócił więc. Doktor wciąż oglądał ten sam kawałek skały. Ermin wyciągnął zaś z tobołka mniejsza zawiniątko i podszedł bliżej swego starszego krewniaka i nauczyciela.
- Przypatrz się dobrze, chłopcze – mruknął doktor – przypatrz się i ty Sokkalu.
Jakaś mała chmura zakryła nagle słońce. Skądś – Sokkal nie mógł określić kierunku, co nieco go zdziwiło, powiał zimny wiatr. A potem znów zapadła cisza, ale jeszcze bardziej martwa niż dotychczasowa. Sokkal poczuł nagle ukłucie w żołądku. Kurwa, pomyślał, ten ser chyba jakiś niedorobiony. Od rana pobolewał go brzuch. Jeszcze tego tylko brakowało…wilki, koboldy, smoki…ech, góry moje góry. Podszedł do doktora. Ten wskazał mu jakiś konkretny punkt na skale. Za placami górala Ermin wyjmował coś z małej, podróżnej torby. Sokkal nachylił się, podążając za palcem doktora.
Nie mógł dostrzec nic specjalnie interesującego.
A potem nagle zapadła ciemność.
* * *
Doktor Zebius tal Jarrah w milczeniu przyglądał się, jak jego młody towarzysz odciąga zwłoki Henderogczyka na bok. Z rozbitej niewielkim, kamiennym młotkiem głowy Sokkala lała się krew. Krew była też na rękach Ermina, pobladłego i zasępionego. Gdzieś znikł wyraz młodzieńczej niefrasobliwości. Teraz twarz młodzieńca była ponura jak bezksiężycowa noc, jak krajobraz, w którym przyszło zakończyć swe życie Sokkalowi synowi Sokkala, temu, który łapie diabła za jajca.
W uczonym też zaszła jakby przemiana. Dobrotliwość jego lekko czerwonego oblicza ustąpiła miejsca niczym nie maskowanej surowości. Patrzył spod na wpół przymkniętych powiek jak Ermin układa ciało zamordowanego i krzyżuje mu ręce na piersiach. Patrzył jak jego wspólnik układa wokół trupa wyciągnięte z tobołu czarne kule, a na podłoże między nimi sypie równie czarny proszek. Ostatnią czynnością, jaką wykonał młodzieniec, było skropienie zmasakrowanej głowy a także klatki piersiowej ofiary jakimś przezroczystym płynem. Od miejsca tych obrzędów wionęło teraz siarką i czymś jeszcze mniej przyjemnym.
- W porządku – odezwał się brodacz, a w głosie jego trudno było dosłyszeć dawny, miły dla ucha ton. Teraz brzmiało to strasznie głucho, jakby z wnętrza grobowca.
- Mistrzu?
- Możemy przystępować do ceremonii – oznajmił mistrz – podaj mi moją szatę.
Ermin podał mu czarną, zwiewną opończę nakładaną przez głowę. Doktor narzucił ją na swoje wierzchnie odzienie, a na głowę założył równie smoliście czarną, okrągłą myckę okoloną wzorem szytym srebrzystą nicią. Jego uczeń założył podobną szatę, lecz jego głowa pozostawała odkryta. Następnie wydobył z sakwy krótką laskę i flakon z zielonkawym płynem, które podał uczonemu, lub też człowiekowi, który się za takowego podawał. Sam zaś ujął w lewą dłoń młotek, którym przed kilkoma chwilami pozbawił życia Sokkala.
- Zacznijmy więc – rzekł poważnie mistrz, odkorkował flakon i pociągnął z niego długi łyk. Następnie odłożył go na ziemię i zamknął oczy. Podniósł głowę a laskę wyciągnął ku niebu.
- Kente akente noy’hha ramutelene Sakr! – zawołał
- Sakr! – powtórzył Ermin
- Andaborga noy’hha seou la Sakr!
- Sakr!
- Ertenba! Valima! Orgolemeus!
- Sakr!
Brodaty mistrz ceremonii opuścił laskę i dotknął jej koniuszkiem skały. Powtórzył wszystkie zaklęcia po czym podszedł do trupa, nie przekraczając jednak linii z czarnego proszku. Wyciągnął się w przód i dotknął klatki piersiowej Sokkala czubkiem laski.
- Angode remeond saberesus! Areman kalla noy’hha angodeh!
Teraz ruszył się Ermin. Podniósł młotek po czym z rozmachem cisnął go w głowę Sokkala. Narzędzie mordu uderzyło w czoło zabitego.
- Hal! – zakrzyknął przeraźliwie głośno młodzieniec
Jego starszy towarzysz cofnął się kilka kroków mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Nie oglądając się za siebie przykucnął i ujął odłożone wcześniej naczynie. Trzymając je w dłoni podszedł znowu do ofiary. Przez chwilę milczał, wpatrując się w spływającą po skałach krew, po czym wylał zawartość flakonu na głowę Sokkala. W mgnieniu oka znikła ona w obłoku białego dymu, przez który już po chwili przebiły płomienie – z początku niewielkie, po paru sekundach zaś buchające na wysokość człowieka. Powietrze wypełnił kolejny zapach – smród płonącego ciała.
- Sakr! – wykrzyknął brodacz wielkim głosem – kente akente! Orgolemeus! Antoctatus! Je’verla medu noy’mma valimaturma! Noe Akante!
Obaj – mistrz i uczeń cofnęli się o parę kroków i uklękli. W tej pozie, z twarzami skierowanymi ku ziemi i zamkniętymi oczyma zamarli. I trwali tak, a obok płonęło ciało granitowego górala, najdzielniejszego z myśliwych i przewodników, Sokkala syna Sokkala, syna pewnie też Sokkala, jak to było w tutejszym zwyczaju. Ogień w mgnieniu oka przeniósł się z głowy na korpus a potem na członki nieszczęśnika. Ktoś, kto patrzyłby z dołu na Durhen, pomyśleć mógł, że oto góra przebudziła się i znów plunie ogniem i lawą. A to po prostu fajczył się trup, ludzkie mięso, zjawisko z cudami przyrody nie mające absolutnie nic wspólnego.
Ktoś kto patrzyłby z oddali w tym kierunku zobaczyłby jeszcze coś innego. Jak z północy napływa nagle szara, powłóczysta chmura, jak w mgnieniu oka zakrywa ona szczyt Durhenu. Ktoś zaś, kto byłby wystarczająco blisko wierzchołka, usłyszałby dochodzące z niego przeraźliwe wołanie:
- Przyszedłeś! Przyszedłeś do swych wiernych sług! Sakr!
A w dole siedem diabłów kontynuowało swój powolny marsz. _________________ Pierwszy Pisarz Forum 2006, 2007, 2009; Podpis Roku 2010
Mój blogasek: http://obserwujacylemur.wordpress.com/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
KrzysiekP

Dołączył: 26 Lut 2006 Posty: 2115 Skąd: Wielkopolska
|
Wysłany: Sob Kwi 22, 2006 4:20 pm Temat postu: |
|
|
| Fenderek napisał: | | Ciagnie mnie troche w strone dziennikarstwa... |
mnie też, ale jak usłyszałem, że starsi ludzie w tym zawodzie niekiedy fałszują i pod Twoim tekstem podpisują swoje nazwisko.
Pisuję, ale komiksy (trzeba mieć umiejętności plastyczne) - ostatnio narysowałem jeden komiks
le_mmor, Twoje opowiadanie jest bardzo ostre "...fajczył się trup..." thriller |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Nie Cze 25, 2006 6:00 pm Temat postu: |
|
|
Taka niezobowiązująca bzdurka na wakacje. Napisane dość dawno temu - moja teoria nt. mechanizmu powstawania nałogu alkloholowego
-----------------------
PORWANIE
W sali panował półmrok, przełamywany nieśmiało przez zawieszone na ścianach stylowe lampki, które jednak dawały niewiele mętnego światła, przypominając lewitujące robaczki świętojańskie. Pod ścianą ustawiono równy rząd stolików, nieco dalej opasłe kolumny głośnikowe podpięte do odtwarzacza mp3, a w kącie niezgrabną sofę obitą imitacją skóry, która w żadnym wypadku nie pasowała do reszty wystroju. Dał się słyszeć gwar rozmów, brzęczenie wznoszonych w toaście kieliszków i leniwe dźwięki muzyki, sączące się z potężnej tuby basowej. Uczestnicy imprezy siedzieli w małych grupkach, rozrzuceni w alkoholowej diasporze i dyskutujący na wszystkie możliwe tematy. Z nieotynkowanych ścian osypywał się betonowy pył, w rytm najgłośniejszych uderzeń perkusji.
Sala znajdowała się na pierwszym piętrze remizy strażackiej, która z kolei stanowiła osobliwe centrum kulturalne niewielkiej wioski, jaką była Szklarnica – licząca w porywach pięćdziesiąt chłopa z rodzinami i kilkanaście wściekle ujadających psów. Remiza stanowiła wymarzone miejsce na organizację suto zakrapianych biesiad, które – choć urządzane z różnych okazji – gromadziły zwykle to samo grono przyjaciół, bo przecież w Szklarnicy wszyscy się przyjaźnili.
Paweł wstał od stołu i niezręcznie zasunął krzesełko, swoim chwiejnym krokiem udowadniając, że sporo już wypił, a nie należy do najtwardszych zawodników. Czuł w głowie zawirowania, mogące kojarzyć się z dziecięcą karuzelą, na której uśmiechnięte dzieci dosiadają drewnianych koników, leniwie obracających się wokół osi urządzenia. Takiej okazji nie mógł jednak przepuścić. Był parny, letni wieczór – dwudziestego szóstego lipca, jego osiemnaste urodziny.
W zamyśleniu rozgarnął dłonią włosy, które jak gąbka albo dojrzały owoc puściły obfite strumyki cieknącego, żelowego soku. Miał na sobie jasną, obcisłą koszulkę z czerwonymi wypustkami, fabrycznie wyblakłe dżinsy i śnieżnobiałe adidasy, kupione specjalnie na tę jedyną w swoim rodzaju okazję. Przeszedł przez salę – wymienił uściski dłoni z paroma kolejnymi osobami, wysłuchał zafałszowanego „Sto lat!”, wypił jedną kolejkę z grupką uroczych dziewcząt, które pierwszy raz widział, ominął szerokim łukiem tekturową postać strażaka, po czym wreszcie dotarł do przeciwległego stolika, będącego jego celem.
Na niebieskim krzesełku, które sprawiało wrażenie, jakby zaraz miało się rozlecieć pod byle pretekstem, siedział jeden z kuzynów Pawła – Marek. Ciekawa sprawa, że gatunek znany pod nazwą „mieszkaniec wioski” przetrwał tyle czasu i wciąż ma się dobrze. Powiązania i spowinowacenia jakie występują w tych mikrospołecznościach, kazałyby raczej wnioskować, że zastój genów spowoduje rychłe wyniszczenie gatunku, wskutek całej masy dziedzicznych chorób. By nie szukać daleko przykładu, wystarczy stwierdzić, że w Szklarnicy niemal każdy mógł się zwracać do niemal każdego per: „kuzyn”, „ciotka” czy (nie daj Boże) – „matka”.
Marek – jak to już zostało powiedziane – był kuzynem Pawła, starszym o ładne trzy lata, który studiował historię w pobliskim miasteczku. Wyglądał na dosyć znudzonego – w kąciku ust trzymał zaślinioną końcówkę papierosa i spoglądał z uporem maniaka na jakąś wyimaginowaną plamę znajdującą się rzekomo na powierzchni sufitu.
– Cześć! – rzucił Paweł, wyrywając starszego kuzyna z zamyślenia. Marek ocknął się, pokracznie wypluł peta na stolik i podrapał się po głowie, rozgrzebując brutalnie przerzedzone pasemka kruczoczarnych włosów.
– Cześć... – odpowiedział oschle i zamrugał powiekami, jakby chciał w ten sposób pozbyć się przepastnych worków pod oczami. Zawinięty krawat wyglądał zza połów pomiętej marynarki, jak jadowity, egzotyczny wąż. Paweł pomyślał, że jeśli na sesjach egzaminacyjnych jego kuzyn prezentuje się podobnie, to chyba tylko cud uratował go przed wywaleniem na zbity pysk.
– Stara ze mnie dupa – zagaił wesoło solenizant, próbując nieco ożywić senną atmosferę stolika. Był już mocno wstawiony, ale początek rozmowy poszedł mu całkiem składnie.
– Nie przesadzaj... – odpowiedział Marek. – Jak będziesz miał tyle lat co ja, to będziesz mógł gadać takie rzeczy – mówiąc to, przybrał wyraz twarzy nałogowego kokainisty, jednak Paweł nie do końca zrozumiał, co miałaby oznaczać ta mina.
– No wiesz... – zaczął, ale Marek machnął ręką i przerwał mu:
– Daj spokój! Napijmy się... Twoje zdrowie!
Przysunął do siebie dwie przybrudzone szklanki z rżniętego szkła i wlał do nich resztę wódki z jednej z otwartych butelek. Mimo nienajlepszego stanu, zachował w oczach tę miarkę, która cechuje najbardziej wytrawnych miłośników napojów z procentami. W obu szklankach znajdowała się identyczna ilość przezroczystego trunku, sięgająca mniej więcej do połowy każdej z nich. Paweł nieświadomie cmoknął z uznaniem, podczas gdy Marek jednym wielkim haustem wypił należną mu porcję, nie krzywiąc się ani trochę przy odstawaniu pustej szklaneczki.
Paweł wzdrygnął się, jednak poszedł w ślady kuzyna. Prawdę powiedziawszy nie miał do tej pory żadnego doświadczenia w kwestiach alkoholowych, więc gdy poczuł potworne pieczenie wódki wlewającej się do gardła, był prawie pewien, że lada moment zwymiotuje. Powstrzymał się jednak – postawił osuszone naczynie na stoliku i zapił niebotyczną ilością soku jabłkowego, prosto z kartonika.
Marek z namaszczeniem zapalił kolejnego winchestera, który służył mu najwyraźniej jako specyficzna zagrycha – tymczasem nażelowany, spocony i walczący z mdłościami solenizant podjął trapiącą go kwestię:
– Widzisz... Jeśli mam być szczery, to tak naprawdę dzisiaj pierwszy raz naprawdę piję. No, wcześniej zdarzały się jakieś piwka z kumplami czy z ojcem, ale prawdziwa inicjacja nastąpiła dziś, w moje osiemnaste urodziny – z dumą podkreślił ostatnią część zdania, tak jakby swoją dorosłością mógł zaimponować starszemu krewniakowi. Marek skinął głową, a Paweł ciągnął: – Miałem niepisaną umowę z moim ojcem... Wiesz jaki on jest?
Marek po raz kolejny przytaknął gestem, delektując się dymem, który jak balsam spływał na jego podniszczone płuca. Dobrze znał swojego wuja, który był typem konserwatysty, w wychowaniu dzieci wyznającym jednak zasadę partnerstwa.
– No więc zawarliśmy mały układ, który mówił, że nie tknę alkoholu do przekroczenia osiemnastki – kontynuował Paweł. – Czasem było ciężko, ale dałem radę i jestem z siebie dumny... Wiem już, że w życiu trzeba kierować się odpowiedzialnością...
– Historia jest nauczycielką życia – wydeklamował Marek z palcem wskazującym uniesionym na kaznodziejską modłę, tak jakby przypomniał sobie fragment jednego z nielicznych wykładów, na jakich był. Było powszechnie wiadomo, że nie przemęczał się na studiach, stawiając raczej na hulaszczy tryb życia, niż solidną naukę. Trudno określić, co miała na celu ta chybiona dygresja, ale niezrażony Paweł mówił dalej, bo poczuł, że musi się komuś zwierzyć.
– Prawdę mówiąc, dzisiaj pierwszy raz w życiu jestem naprawdę ululany! I wiesz co? Podoba mi się to! – zarechotał, a Marek uśmiechnął się słabo. Romantyczna melodia z głośników ucichła, a zastąpiły ją latynoskie rytmy jakiegoś tanecznego przeboju. Na prowizoryczny parkiet wypłynęły jak widma większe rzesze imprezowiczów, którzy łaknęli wrażeń.
W tym samym momencie Paweł poczuł potężne torsje i zrozumiał, że powinien natychmiast wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć świeżego powietrza. To nie była zwyczajna ochota na przewietrzenie przemęczonego organizmu – on po prostu MUSIAŁ opuścić salę, tak jakby jego ciało postawiło mu radykalne ultimatum. Dzieci w jego głowie wykrzywiły usta w smutne podkówki, a karuzela znacznie przekroczyła dozwoloną przez producenta prędkość.
– Przepraszam na chwilę – wymamrotał i wstał niepewnie, po czym udał się w stronę wyjścia na schody, pozostawiając znudzonego kuzyna w dokładnie takim samym stanie, w jakim go zastał. Z trudem wykonał chocholi slalom pomiędzy tańczącymi i dotarł na półpiętro. Przez krótką chwilę kusiło go, żeby w karkołomny sposób zjechać po zachęcającej, błyszczącej strażackiej rurze, jednak uprzytomnił sobie, że jest złamana w kilku miejscach i wybrał jednak schody. Po krótkiej chwili znalazł się na zewnątrz, mijając w drzwiach remizy jakąś zakochaną parę, wracającą z intymnego spaceru.
Przed budynkiem mieścił się niewielkich rozmiarów podjazd wyłożony brukową kostką, na którym teraz stały dwa samochody – błękitny opel i rozsypujący się polonez, z pewnością starszy od niejednego z urodzinowych gości. Za tym prowizorycznym parkingiem, niemal bezpośrednio rozpoczynały się wielkie połacie pól kukurydzy, która w tych ciemnościach wyglądała jak czarne, groźne fale szumiącego morza. Gdzieś na horyzoncie połyskiwały światła domków jednorodzinnych, a nad widnokręgiem wisiał księżyc, kojarzący się z obgryzionym kawałkiem żółtego sera. Ziemia z ulgą pozbywała się żaru nagromadzonego podczas upałów dnia, zatem panowała przyjemna, lecz parna atmosfera.
Paweł spodziewał się zastać na zewnątrz jakieś pojedyncze osoby, które wyskoczyły na papieroska, jednak nikogo tam nie było. Zapewne wszyscy palili bez skrępowania na górze, dzięki czemu mógł teraz przez chwilę pobyć sam.
Zaskakujące, że gdy tylko przekroczył próg remizy i znalazł się na podjeździe, jego mdłości minęły jak ręką odjął. Poczuł się dużo lepiej – nie był jeszcze rześki jak po porannym prysznicu, ale zdawał się odzyskiwać przytomność umysłu i spokój żołądka. Jednocześnie poczuł nieodpartą chęć przespacerowania się pośród kołysanej wiatrem kukurydzy – chciał powrócić na górę, ale jakiś cichy, choć nachalny głos w jego głowie, dyskretnie zmuszał go do zanurzenia się w morze liści i kolb.
Zrobił kilka kroków, rozgarnął dłońmi zdrewniałe łodygi i wszedł pomiędzy dwa rzędy rosnących roślin. Czuł pod stopami omszoną ziemią, splątane korzenie kukurydzy, a miejscami twarde kamienie. Szedł przed siebie, smagany po twarzy suchymi liśćmi, jakby zazdrośnie strzegącymi jakiejś wielkiej tajemnicy. Nie miał pojęcia gdzie i po co zmierza, ale szedł prawie kwadrans, coraz bardziej zagłębiając się w kukurydziany labirynt. Przedramiona piekły go od ukłuć i otarć, ale wciąż szedł. Zwisające gałązki przypominały poskręcane ramiona koszmarnych potworów rodem ze snu.
Wreszcie dotarł do miejsca, w którym poczuł, że może się zatrzymać. Na okręgu o obwodzie może trzech metrów, kukurydza trochę się przerzedziła, ukazując jego oczom coś na kształt groteskowej polanki. Zatrzymał się w środku kręgu i kierowany jakimś niepojętym instynktem wzniósł oczy ku niebu. To, co ujrzał, mocno go przeraziło, powodując drżenie na całym ciele, poczucie paniki i przyspieszone tętno. Dość powiedzieć, że wytrzeźwiał niemal natychmiast.
Z góry nadpłynął owalny, jasno świecący obiekt, w kształcie położonej na boku elipsy, czy może dysku. Był połyskliwy, jakby został odlany z kryształu lub szkła, a mierzył może trzydzieści metrów długości. Osunął się niżej, umiejscawiając się kilka metrów nad głową Pawła. Poruszał się przy tym bezgłośnie, co sprawiało, że chłopcu jeszcze trudniej było uwierzyć w realność całej sytuacji. Postanowił jednak działać – odwrócił się na pięcie i ruszył w miejsce, z którego wyszedł na polankę. Chciał dać nura w zarośla kukurydzy, myśląc że w ten sposób ukryje swoją obecność przed tajemniczym talerzem lub jego pasażerami.
Kiedy zrobił pierwsze nieporadne kroki, odwrócony plecami do obiektu, zobaczył kątem oka jaskrawy strumień światła wydobywający się z dysku, a następnie poczuł uderzenie w grzbiet, tak jakby jeden z tych skośnookich herosów, których czasem widywał na szklanym ekranie, właśnie wypróbował na nim nową kombinację ciosów.
Padł na ziemię, uderzając niegroźnie głową w twardy, wystający z ziemi korzeń. Ostatnie, co poczuł, to ogromne zdziwienie i jeszcze większy strach.
* * *
Znalazł się w pomieszczeniu, przypominającym futurystyczną poczekalnię gabinetu lekarskiego. Nigdzie nie było widać jaskrawo żarzących się świetlówek, a jednak blade światło rozlewające się po pokoju, przywodziło na myśl kostnicę. Ścisnął dłonie w pięści i przetarł zmęczone oczy, tak jakby chciał się w ten sposób wyrwać się z koszmaru, który właśnie stawał się udziałem jego świadomości. Nie krzyknął jednak, ocknąwszy się w swoim wygodnym łóżku – co najwyżej poprawił ostrość widzenia, co pozwoliło mu lepiej przyjrzeć się temu obcemu miejscu.
Ściany lunatycznej poczekalni były wyłożone białymi, sterylnymi kafelkami, jakie spotyka się czasem w łazienkach lub na izbach przyjęć. Umeblowanie można było określić jako szczątkowe – kilka jasnych, metalowych krzeseł ustawionych w kątach, trudno nazwać jakimś szczególnym wyposażeniem. Poza tym w pokoju nie znajdowało się zupełnie nic – brakowało umoralniających plakatów, relaksujących czasopism i rozłożystych rododendronów, pnących się po drewnianych tyczkach.
Na krześle w przeciwległym kącie siedział Marek, paląc papierosa – normalność tego widoku w tak oczywisty sposób nie pasowała do odrealnionego pomieszczenia, że Paweł uspokoił się nieco, nabierając pewności, że śni.
– Co to za miejsce? – rzucił w próżnię, nie spodziewając się konkretnej odpowiedzi.
– Bo ja wiem...? – odpowiedział Marek, wiercąc się na krzesełku. – Nazwij to poczekalnią, jeśli chcesz.
Paweł popatrzył na niego pytająco. Jego kuzyn wciąż był ubrany w pomięty garnitur, jednak spod jego oczy zniknęły czerniejące zmarszczki zmęczenia. Sprawiał wrażenie, jakby poddano go sesji w profesjonalnym zakładzie makijażu. Ponadto, wysławiał się swobodnie i zupełnie sensownie.
– Zostaliśmy uprowadzeni – powiedział z takim spokojem, jakby zapraszał kuzyna na sobotnie spotkanie przy herbatce. Paweł zatrzepotał nerwowo powiekami, nie rozumiejąc o co chodzi, po czym wyartykułował swoje wątpliwości.
– Co masz na myśli?
– No tak... – uśmiechnął się Marek. – Jesteś tutaj pierwszy raz... Nie oglądałeś nigdy „Z Archiwum X”? Obcy, kosmici, UFO... Oto cała filozofia.
– Jak to się mogło stać? – zapytał nienaturalnie wysokim głosem Paweł, a jego pytanie rozległo się po pokoju metalicznym echem. Dopiero teraz spostrzegł szklany prostokąt na jednej ze ścian, który mógł być oknem lub nietypowego rodzaju drzwiami.
– Ech, chętnie ci to wszystko wytłumaczę... Prawdę mówiąc mam na ten temat swoją własną teorię – odparł Marek, wypuszczając z ust potężne kłęby mlecznego dymu. – Byłeś nieźle wypity, prawda?
Paweł skinął głową, przypominając sobie wszystko jak przez mgłę – urodzinową imprezę, mdłości i somnambuliczny spacer przez pole kukurydzy.
– To wszystko wyjaśnia. Widzisz... To już moje kolejne uprowadzenie. Dwudzieste? Trzydzieste? Nie mam pojęcia. W każdym razie sedno tkwi w... alkoholu.
Paweł nie zrozumiał znaczenia tych słów, ale natychmiast pożałował, że w ogóle tknął pierwszą butelkę wódki w swoim życiu. Marek ciągnął swój zadziwiający wykład:
– Studiuję historię, więc pomogło mi to zrozumieć mechanizm działania tych porwań. Nie będę ukrywał, że czekają cię bardzo nieprzyjemne badania, przy których pobieranie krwi, a nawet trepanacja czaszki, wyglądają jak dziecinna zabawa.
Paweł poczuł dreszcz, przelatujący mu po plecach, który jak elektryczny impuls doprowadził do zjeżenia się włosów na całym ciele i pojawienia się gęsiej skórki w okolicach podbrzusza.
– Jak to?
– Zwyczajnie! – zniecierpliwił się starszy kuzyn. – Nie słyszałeś nigdy o eksperymentach, jakie obcy przeprowadzają na ludziach? Wkrótce przyjdzie twoja kolej. Ale wróćmy do rzeczy... Przeglądałem kiedyś album przedstawiający osiągnięcia cywilizacyjne starożytnych Egipcjan. Natknąłem się wówczas na płaskorzeźbę, ukazującą hołd składany przez miejscową ludność jakimś monstrualnym istotom, przybywającym z gwiazd. Wtedy jeszcze nie skojarzyłem faktów, ale kiedy przeczytałem grecki mit o Dionizosie, a potem zostałem uprowadzony, elementy układanki dopasowały się idealnie, ustawiając poszczególne puzzle na swoich miejscach. Gdybym mógł, usłyszałbym wtedy ciche szczęknięcie dopasowujących się klocków!
– Co to za mit? – spytał Paweł, a Marek przez chwilę zadumał się nad odpowiedzią, pocierając kciukiem o kanciastą brodę.
– Historia opowiada o bogu Dionizosie, który przybył z Olimpu na ziemię, aby pomóc ludzkości. He-he... Nie wiem, czy „pomóc” to odpowiednie słowo... Ale nieważne. Sedno tkwi w tym, że podstawową umiejętnością, jaką Dionizos przekazał Grekom, było uprawianie winorośli i wytwarzanie silnie alkoholowego trunku, dużo mocniejszego od dzisiejszego wina, jakie możemy kupić w sklepach monopolowych. Rozumiesz?
Paweł pokręcił przecząco głową, bo oczywiście nic nie rozumiał. Pojął tylko, że Marek na studiach zajmował się również czymś innym, niż picie wódy, dawanie sobie w żyłę i chodzenie na panienki.
Marek pstryknął w kąt żarzący się niedopałek papierosa, a następnie z głośnym świstem wciągnął powietrze kącikiem ust, co miało wyrażać politowanie dla niewiedzy młodszego kuzyna.
– W każdej religii i w każdej mitologii występuje podobny schemat! Połącz mit o Dionizosie z egipskimi płaskorzeźbami, Azteckimi legendami o przybyszach z gwiazd, a nawet chrześcijańskim rytuałem używania wina w liturgii! Nie rozumiesz, że już starożytni Sumerowie warzyli w swych warsztatach mocne piwo z jęczmienia, budując jednocześnie świątynie ku czci solarnego boga? Ku czci boga Słońca?
Paweł poczuł dzwoniący gdzieś z tyłu głowy koncept, który pomógłby mu uporządkować mgliste rozumowanie kuzyna, jednak wciąż nie potrafił pojąć, do czego zmierza Marek. Ten z kolei, uderzył się otwartą dłonią w czoło, dając w ten sposób upust swojemu zniecierpliwieniu.
– Powiem wprost! – krzyknął. – Pozyskiwanie alkoholu to dorobek cywilizacyjny człowieka... Ale pozostaje pytanie: od kogo nauczyliśmy się tej umiejętności? Już u zarania dziejów, obcy odwiedzali naszą planetę i nauczyli starożytnych wykorzystywania fermentacji w celach, hmmm... monopolowych. To pozaziemskie cywilizacje sprawiły, że dzisiaj na każdym rogu możesz kupić flaszkę!
W jasno oświetlonym pokoju na kilkanaście sekund zapanowała złowroga cisza.
– Po co obcy mieliby to robić? – spytał cicho Paweł.
– To proste – odpowiedział Marek z triumfującym uśmieszkiem wędrującym u dołu twarzy. – Alkohol osłabia ludzkie zdolności postrzegania. Pozwala przejść człowiekowi w inne stany świadomości, a tym samym umożliwia zniewolenie jednostki przez obcych! Podczas gdy twoja zastępcza powłoka cielesna leży gdzieś bez czucia pod stołem, w polu kukurydzy, albo na tylnym siedzeniu samochodu starych, twój prawdziwy organizm może być poddany niezliczonej ilości eksperymentów i badań paramedycznych! Jak myślisz, dlaczego alkohol uzależnia? Po prostu tak działa mechanizm uprowadzeń! Musisz chcieć po raz kolejny zakosztować alkoholu, żeby obcy mogli kontynuować swoje doświadczenia. Ostatecznie prowadzi to do degradacji, objawiającej się na przykład marskością wątroby, ale to nie alkohol powoduje szkody w twoim organizmie... To ICH badania!
Pawłowi zakręciło się w głowie. Chciał wybuchnąć głośnym, obłąkańczym śmiechem, który wyrwałby go raz na zawsze z tego surrealistycznego koszmaru. Skończyło się jednak na głośnym przełknięciu śliny, zakasłaniu i zadaniu kolejnego pytania:
– Dlaczego nigdy mi o tym nie mówiłeś?
Paradoksalnie, to Marek zaniósł się głośnym rechotem.
– Bo nie miałem okazji! – wybełkotał, krztusząc się i próbując powstrzymać narastającą falę niegrzecznego chichotu. – Zrozum! Jutro nie będziesz pamiętał, co się z tobą działo dziś w nocy! Po każdym uprowadzeniu otrzymujesz bolesny zastrzyk, którego celem jest wymazanie kompromitujących wspomnień! Gdybyś pamiętał, co cię TUTAJ spotkało, nigdy w życiu nie tknąłbyś już alkoholu, a co za tym idzie – udaremniłbyś ICH starania. Jutro spotkamy się jak gdyby nigdy nic i wspólnie przedyskutujemy metody leczenia kaca! – Po tych słowach Marek rozejrzał się badawczo i mówił dalej, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. – Kilka razy próbowałem ICH oszukać... Wyrwać się z kleszczowego uścisku ICH obłych paluchów i uniknąć tego strasznego zastrzyku... Ale zawsze bez powodzenia. Zresztą, wiesz jak to jest na studiach. Jestem ich stałym klientem – uśmiechnął się słabo.
W tym samym momencie szklany prostokąt na ścianie zamigotał niepokojąco, zwracając uwagę obu oczekujących. Marek potarł dłonią o czoło i wystękał:
– To po ciebie... Współczuję ci. Mogłeś nigdy nie zaczynać.
Paweł z kolei poczuł uciążliwy ból głowy i zarejestrował w umyśle „telepatyczny” rozkaz, który kazał mu wstać i podejść do „wzywających” go drzwi. Dosłownie usłyszał wewnątrz świadomości nie znoszący sprzeciwu głos, a przecież jednocześnie zdawał sobie sprawę, że oprócz ich dwójki, w pokoju nie ma nikogo. Uniósł się z krzesełka i pogrążył w zatraceniu. Zdążył jeszcze usłyszeć wyszeptane przez Marka słowa otuchy:
– Powodzenia...
* * *
Gdyby jakiś czas później kazano zrelacjonować Pawłowi w jaki sposób znalazł się na sali operacyjnej, albo ile czasu mu to zajęło, nie potrafiłby udzielić konkretnej odpowiedzi – miałby z tym problemy, nawet jeśli nie wstrzyknięto by mu po wszystkim pamięciożernego zastrzyku.
Tak czy inaczej, został ułożony na szerokim stole, przypominającym hybrydę łóżka, trzydrzwiowej szafy i deski do prasowania. Sala, w której się znajdował, a którą ochrzcił na własne potrzeby mianem „operacyjnej” była przestronna i wyłożona ze wszystkich stron jasnoniebieskim materiałem, łudząco podobnym do znanego nam plastiku. Jeżeli „poczekalnia” była tak sterylna, jakby wyszła spod ręki wyjątkowo sumiennej sprzątaczki, to „sala operacyjna” sprawiała wrażenie szorowanej przez tydzień przez stuosobowy zastęp wykwalifikowanych specjalistów od deratyzacji.
Dużo bardziej przerażające od atmosfery wyobcowania, były jednak istoty, które towarzyszyły Pawłowi w jego koszmarze, stanowiąc jednocześnie grupę lekarzy, katów i eksperymentatorów w jednym. Obcy, bo tak chyba należałoby o nich mówić, byli niskiego wzrostu, ich skóra przypominała łuszczącą się powłokę wigilijnego karpia, a głęboko osadzone w wielkich czaszkach oczy, miały barwę ciemnego szkła, w jakim najczęściej sprzedaje się piwo w wiejskich sklepikach.
Paweł został przypięty przez jednego z oprawców do łóżka za pomocą skórzanych pasów z błyszczącymi klamerkami, tak że nie mógł wykonać żadnego ruchu bez zgody i pomocy obcych. Było ich kilku – około pięciu, ale należy zaznaczyć, że czasami któryś z nich znikał gdzieś na chwilę, co do złudzenia przypominało zwykłą krzątaninę na szpitalnej sali.
Najciekawsza była komunikacja, jaka odbywała się między Pawłem, a obcymi. Żadne z nich nie wymówiło ani słowa, a jednak przybysze potrafili wydawać swojej ofierze jasne polecenia lub przekazywać konkretne informacje. Całość rozgrywała się na jakimś niepojętym dla zwykłych śmiertelników poziomie niewerbalnej telepatii.
Był zupełnie nagi, jednak temperatura, czy raczej atmosfera panująca na sali, nie sprawiała jakichś większych kłopotów – nie czuł przeraźliwego zimna, ani nie oblewał go pot spowodowany nadmiernym ciepłem. Trząsł się jednak i był mokry – wszystko to było powodowane ogromnym strachem i paniką, jaka stała się jego udziałem.
(Nie ruszać się) – przekazał jeden z obcych, zupełnie jakby Paweł był nieskrępowany, a ewentualna próba ucieczki zależała tylko od jego złej woli.
Ten sam, który przekazał mu polecenie, nachylił się teraz nad torsem nieszczęśnika i zlustrował go przenikliwie swoimi błyszczącymi oczami. Wreszcie dobył wielką strzykawkę, na widok której Paweł mimowolnie zazgrzytał zębami, i zbliżył do skóry, tuż powyżej linii sutek, tak jakby chciał wbić się w samą komorę serca i pobrać pokaźną próbkę świeżej krwi.
Igła wbiła się bezgłośnie w mięsień piersiowy, jednak dosyć płytko, tak więc obawy o uszkodzenie serca okazały się zupełnie nieuzasadnione. Pomimo tego, że ból był raczej symboliczny, Paweł wydobył z siebie cichy jęk. Obcy, zamiast pobrać krew, wstrzyknął mu jakiś przezroczysty płyn – zapewne w celu znieczulenia pacjenta, a może z jakiegoś innego powodu.
(Bądź spokojny)
„Łatwo ci mówić” – mógłby pomyśleć Paweł, gdyby nie był tak potwornie przerażony i zachował jeszcze choć drobną resztkę bystrości umysłu.
Drugi z eksperymentatorów przytrzymał głowę niedawnego szczęśliwego solenizanta, podczas gdy ten pierwszy odłożył strzykawkę i wziął do trójpalczastej dłoni pokaźne narzędzie, kształtem przypominające młotek do tłuczenia kotletów. Końcówka była metalowa i złowieszczo połyskiwała w świetle nieistniejących jarzeniówek, więc Paweł głośno przełknął ślinę, czując że jego gardło nabiera właściwości papieru ściernego. Obcy z młotkiem podszedł do niego od strony głowy, tak że Paweł mógł z trudem obserwować jego działania, wywracając gałkami ocznymi w niemal ekwilibrystyczny sposób.
Tamten z kamiennym wyrazem zielonkawej twarzy uniósł narzędzie w górę i z głośnym świstem opuścił na czoło nieszczęśnika. To, co wyglądało jak metal, okazało się być dużo bardziej miękkie – raczej w rodzaju gumy kauczukowej, jakiej używa się do produkcji opon samochodowych, ale mimo wszystko, cios był bardzo bolesny, a skóra na czole Pawła piekła go jeszcze przez jakiś czas, jakby płonęła żywym ogniem.
Wreszcie nastąpił kolejny zabieg.
(Otwórz usta)
Paweł posłusznie rozwarł szczęki, jak dziecko poproszone przez lekarza o głośne zawycie: „A-aaaaaaaa”. Jeden z obcych przyłożył do języka pacjenta jakiś papier, który przykleił się natychmiast, jakby był posmarowany supermocnym klejem. Umysł Pawła natychmiast przywołał odpowiednią wizję. Wyobraził sobie listek papieru pokryty woskiem, przylepiony do nóg modelki z reklamy, która wreszcie zrywa go razem z niepożądanymi kłaczkami włosów, jęcząc jednocześnie i wykrzywiając uroczą buzię w grymasie bólu.
Rzeczywiście, mechanizm miał być podobny. Po kilkunastu sekundach (a może to było kilka godzin?), papier został gwałtownie zdjęty jednym szybkim ruchem. Paweł zmrużył oczy w potwornym cierpieniu, czując jak delikatna powłoka błon pokrywająca jego język, zostaje zdarta w bezceremonialnym akcie brutalności. Był pewien, że gdyby wziął teraz do ust łyżkę kremu czekoladowego, skołowaciały język nie poczułby ani słodyczy, ani żadnego innego smaku.
Chciał zapłakać, ale nawet na to nie było go stać.
Kolejne zabiegi odbywały się w coraz szybszym tempie, ale wcale nie umniejszało to przykrości związanej z ich wykonywaniem, ani poczucia upodlenia, jakiego doświadczył Paweł.
Podczas gdy robiono mu nakłucia przedramion, wykonywano obrzydliwą lewatywę i zmuszano do łykania gorzkich kapsułek, ofiara postękiwała, zastanawiając się jednocześnie nad setką kwestii na minutę.
Przede wszystkim trapiło go pytanie, jakie chyba każdy zadałby sobie na jego miejscu: Dlaczego? Nie potrafił zrozumieć, czemu znalazł się w tym okropnym miejscu, w jakimś innym wymiarze czasu i przestrzeni. Nie miał pojęcia, czy alkoholowa teoria Marka była słuszna, ale i tak poprzysiągł sobie, że nigdy już nie tknie żadnego wyskokowego trunku. Chciał wyć, drapać i krzyczeć z rozpaczy, ale mógł sobie tylko pozwolić na nieruchome leżenie pod kleszczowym uściskiem żelaznego pasa.
Przypomniał sobie, jak Marek wspominał, że każda ofiara otrzymuje zastrzyk, który wymazuje z jej pamięci przykre wspomnienia gehenny. Z jednej strony pragnął tego dobrodziejstwa – już, teraz, zaraz... Zapomnieć i żyć dalej jak wcześniej! Jednocześnie jednak pragnął pamiętać wszystko to, do czego był zmuszany. Opis okrutnych tortur mógłby stać się przestrogą dla innych, tam na Ziemi. O ile jeszcze kiedykolwiek będzie mógł tam wrócić...
Rozmyślania pozwoliły mu nieco wyprzeć z umysłu ohydne zabiegi, jakim był poddawany, a przynajmniej złagodzić nieco ich uciążliwość. Ze stanu smutnej zadumy wyrwał go jednak rozkazujący ton telepatycznego polecenia:
(Połóż się na brzuchu)
Przez krótki moment chciał wybuchnąć gromkim śmiechem, zastanawiając się w jaki sposób może wykonać jakikolwiek ruch, ale dopiero wtedy poczuł, że pas został poluzowany, a on sam może niezdarnie wykonywać mniej wymagające ruchy. Obrócił się więc posłusznie, zdając sobie sprawę z pokraczności swoich działań, aż wreszcie znalazł się w wymaganej pozycji.
Po raz kolejny w ruch poszła gigantyczna strzykawka, którą już raz widział – napełniona tym razem dość gęstą substancją w kolorze zwietrzałego denaturatu. Przymknął oczy w wyrazie niemej bezsilności, karmiąc się tylko nadzieją, że wkrótce rzecz dobiegnie końca. Czuł się jak pacjent w fotelu dentystycznym, któremu każda minuta borowania wydaje się nieskończonością.
Poczuł dotknięcie czyjejś dłoni w okolicach lędźwi, nieco powyżej pośladków... Dłoń była ohydna? zimna? obślizgła?... Obła! Określenie Marka wydawało się wręcz idealnie trafione. Nie zdążył jednak zastanowić się nad obłością obmacującej go ręki, bo w tym samym miejscu poczuł potężne ukłucie bólu, który szybko rozprzestrzenił się na każdą komórkę jego ciała, zupełnie jakby tysiące szpilek wbijało się w jego skórę, kości i narządy... Zobaczył pod zmrużonymi powiekami mroczki, wirujące jak konfetti i pomyślał, że zemdleje – jednak nic takiego się nie zdarzyło, czego nawet żałował, bo lodowata igła zaczęła coraz bardziej zagłębiać się w dolną część jego pleców, aż dotarła do rdzenia kręgowego. Wydawało mu się, że słyszy zgrzytnięcie metalu o twardą powłokę kręgosłupa, jednak musiało to być tylko upiorne złudzenie, spowodowane nieludzkim bólem. Gęsty płyn przypominający denaturat, zapewne rozlewał się teraz wewnątrz jego ciała przynosząc to, czego Paweł najbardziej pragnął – zapomnienie. Wreszcie otrzymał utęskniony zastrzyk, o którym mówił jego kuzyn... A zatem jego udręka miała się wkrótce zakończyć?
Drażniący, ostry metal wysunął się z chirurgiczną precyzją z jego ciała, a trójpalczasta dłoń delikatnie pomasowała zranione miejsce, jakby któryś z obcych uniósł się gestem sumienia i chciał przynieść ulgę pacjentowi.
Paweł leżał na brzuchu nieruchomo jak kłoda drewna, nie czując zupełnie nic – pozwalał unosić się swoim myślom po powierzchni oceanu otumanienia.
Oglądał rozmaite wizje, które podsuwała mu jego przemęczona wyobraźnia – wszystkie obrazy wyglądały jak klatki z niemego filmu, w którym komedia przeplata się z tragizmem, a patos z ironią. Widział migawki z minionej imprezy – roześmiane twarze przyjaciół, częściowo opróżnione butelki z wódką, obłoczki dymu papierosowego i śmiesznie wydymające się usta gości, śpiewających „Sto lat!” – wyglądali jak ryby wyciągnięte na brzeg, próbujące rozpaczliwie złapać pyszczkiem każdy łyk powietrza.
W jednej z ciągnących się jak stare sznurowadło chwil, rzeczywiście zapomniał o przebytych doświadczeniach, które przypominały najgorsze halucynacje. Trudno określić, czy to jego umysł zaczął wymazywać z pamięci przykre wspomnienia, czy też specyfik obcych zaczął wreszcie działać.
Zdawało mu się nawet, że może swobodnie się poruszać, a pasy krępujące jego ciało rozmyły się gdzieś w sennej rzeczywistości. Czuł, że leży we własnym łóżku, przykryty lekkim kocem w tę ciepłą, sierpniową noc.
Zamlaskał jak but zanurzony w ruchomych piaskach i przewrócił się na bok, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że udało mu się dokonać tego, co kilka minut wcześniej zdawało się nawet nie do pomyślenia. A może cała ta historia była tylko złudzeniem? Alkoholową mrzonką? Paskudną halucynacją, pozostającą jednak w sferze wytworów wybujałej fantazji dojrzewającego chłopaka?
(Wszystkiego najlepszego)
* * *
Obudził się jak co dzień, leżąc w łóżku ustawionym w kącie jego pokoju na poddaszu. Przez skośne okno dachowe wpadały cieplutkie promienie słońca, a zegarek wskazywał jedenastą trzynaście. Była niedziela – dwudziestego siódmego sierpnia, pierwszy dzień dorosłości.
Uniósł się na łóżku, odrzucił koc i poczuł tępe pulsowanie w skroniach, które nie pozwoliło mu się skoncentrować nawet na chwilę, mimo że usilnie starał się przypomnieć sobie, co działo się wczorajszego wieczoru. Ziewnął przeciągle i zamrugał powiekami, odpędzając ze świadomości resztki snu. W głowie huczała mu taneczna muzyka i resztka wypitej wódki.
Nie pamiętał nic od momentu, kiedy wyszedł z remizy na podjazd dla samochodów. W jednym momencie nawiedził go złośliwy duch moralnego kaca, wytykający nieustannie wczorajszą chwilę słabości. „Ale się urżnąłem”, pomyślał Paweł. „Co za wstyd!”
Zwlókł się z posłania i spostrzegł, że spał w ubraniu – miał na sobie te same spodnie i jasną koszulkę, tyle że w odzież zaplątały się suche jak wiór liście kukurydzy. Nie miał pojęcia, skąd mogły się tam wziąć, ale był pewien, że wolałby nie wiedzieć. Zapewne znajomi albo rodzice musieli taszczyć go do domu, kiedy został znaleziony gdzieś w polu – pijany jak bela i bełkoczący coś niewyraźnie pod nosem.
W domu nie było nikogo, najwyraźniej matka i ojciec udali się do kościoła, aby „odbębnić” niedzielną mszę.
Dobitnie odczuwał tragiczne skutki kaca – przyspieszony puls, ból głowy i zdrętwiały język, który usadowił się w ustach jak stary, znoszony kapeć.
Zszedł po schodach do kuchni i wyciągnął z lodówki butelkę niegazowanej wody mineralnej. Pociągnął kilka solidnych łyków – nie pomogło to w nabraniu sił witalnych, ale przynajmniej masochistyczny akt potraktowania swojego gardła lodowatym napojem sprawił mu ulgę psychiczną, stanowiąc jakąś formę pokuty za wczorajsze grzeszki. Odstawił butelkę z powrotem, ubrał buty (które, jak się okazało, wręcz ociekały brudem) i wyszedł na podwórko.
W powietrzu czuć było rześkość, a bezchmurne niebo i rażące promienie słoneczne pozwalały przypuszczać, że tej niedzieli można się będzie spodziewać prawdziwego upału.
Uświadomił sobie, że pobliski sklepik jest czynny również w dni świąteczne, a zatem w tę stronę skierował swoje chwiejne kroki zatrutego człowieka. Wymacał w kieszeni garść drobniaków i pomyślał, że kubek kefiru, dwie cytryny i słoik kiszonej kapusty, to najlepsze zakupy jakich może w tej chwili dokonać.
Wiejski sklepik mieścił się kilkaset metrów od domu Pawła, kusząc z daleka jaskrawym napisem „U Adama” i spadzistym dachem, przez cały okrągły rok przystrojonym świątecznymi lampkami.
Świeżo upieczony osiemnastolatek wszedł do środka przez otwarte na oścież drzwi i przywitał się niemrawo z korpulentną ekspedientką, która właśnie wycierała pulchne dłonie o fioletowy fartuch.
Paweł kupił wszystko to, co sobie założył, dorzucając do listy jeszcze lodowate piwko prosto z lodówki i wyszedł na zewnątrz. Otworzył puszkę ze złocistym trunkiem, oparł się o płot okalający sklepową posesję i zaczął sączyć chmielowy napój, który wydawał się teraz bardziej życiodajny niż wszystkie nektary Olimpu.
Postał ładnych kilka minut, a kiedy w puszce ukazało się dno, zgniótł ją w silnej dłoni i rzucił na trawnik, jak zawodowy koszykarz z pięcioletnim stażem. Poprawił ułożenie ręki na uchwycie foliowej reklamówki i chciał ruszyć do domu, kiedy niemal wpadł na niego Marek – jego kuzyn, który dzień wcześniej również balował na urodzinowym „party”.
Paweł przyjął jego widok z niemałą radością, miał bowiem nadzieję, że wyciągnie od Marka jakieś szczegóły dotyczące własnego zachowania, już po tym jak „urwał mu się film”. Kuzyn również wyszczerzył zęby i rzucił zdawkowe:
– Cześć! I jak tam po wczorajszym?
– Nieciekawie, cześć... – mruknął Paweł. – Posłuchaj, czy ja może wczoraj...?
Marek nie dał mu skończyć pytania.
– Słuchaj, wczoraj mi się udało! Naprawdę, udało mi się uniknąć ICH pieprzonego zastrzyku!
Paweł wybałuszył oczy, nie rozumiejąc, o co może chodzić. W remizie chyba naprawdę działy się dantejskie sceny.
– Nic nie rozumiesz? – zapytał Marek, a na jego twarz wypłynęło szczere rozczarowanie.
– Nie wiem o czym mówisz...
– Porwali mnie... Ciebie zresztą też! Udało mi się wymigać od zapomnienia! Naprawdę, pamiętam zupełnie wszystko ze szczegółami!
Paweł postukał się palcem w czoło i odwrócił na pięcie. Gdy odchodził, unosząc ze sobą siatkę z zakupami, usłyszał jeszcze zza pleców:
– Do zobaczenia wkrótce!
KONIEC _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Pon Cze 26, 2006 12:36 pm Temat postu: |
|
|
Bardzo fajny tekst. Masz super wyobraźnię. Pisz tak dalej a dostaniesz Nobla w dziedzinie literatury. _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Pon Cze 26, 2006 2:33 pm Temat postu: |
|
|
| wasdfg7 napisał: | | Bardzo fajny tekst. Masz super wyobraźnię. Pisz tak dalej a dostaniesz Nobla w dziedzinie literatury. |
Wow, dzięki!  _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Pon Cze 26, 2006 3:43 pm Temat postu: |
|
|
| szymek_dymek napisał: | | wasdfg7 napisał: | | Bardzo fajny tekst. Masz super wyobraźnię. Pisz tak dalej a dostaniesz Nobla w dziedzinie literatury. |
Wow, dzięki!  |
Tylko jedno coś mnie gryzie. Jak ten Marek gdy się pojawił w tym wysterylizowanym pomieszczeniu, to jakim cudem pamiętał, że on już tu był skoro ostatnim razem został "zastrzyknięty" niepamięcią???
A poza tym masz jakąś koncepcję na temat tego jak Markowi się udało uciec??? _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Pon Cze 26, 2006 3:46 pm Temat postu: |
|
|
Heh, może rzeczywiście w tekście nie jest to jasno ukazane, ale ja widzę to tak, że zastrzyk działa tylko w okresie trzeźwości, a kiedy ktoś "wraca na statek", znowu pamięa wszystko ze szczegółami
A co do ucieczki Marka - pozostawiam to wyobraźni Czytelnika  _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Pon Cze 26, 2006 9:52 pm Temat postu: |
|
|
Trzeba było jeszcze dać jakiś dokładny i wciągający tytuł. Np. "Dla studentów".
albo "Co się dzieje z studentami po imprezie". _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
szymek_dymek

Dołączył: 24 Lis 2004 Posty: 2079 Skąd: Racibórz
|
Wysłany: Wto Cze 27, 2006 8:53 am Temat postu: |
|
|
 _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|
|