FAQFAQ
SzukajSzukaj
UżytkownicyUżytkownicy
GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja

ProfilProfil
Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości
ZalogujZaloguj

Forum Forum.Queen.PL (tylko do odczytu) Strona Główna
Użytkownikami tego forum nie są wyłącznie (i w większości) członkowie Polskiego Fanklubu Queen, dlatego ogółu opinii prezentowanych na forum nie można traktować jako opinii Fanklubu, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru.
Polski Fanklub Queen

Czat.Queen.PL!
Ulubiony autor ...
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3
 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Forum.Queen.PL (tylko do odczytu) Strona Główna -> Queen - Ogólne
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  

Kto był najlepszym kompozytorem ?
Freddie Mercury
52%
 52%  [ 41 ]
Brian May
23%
 23%  [ 18 ]
Roger Taylor
11%
 11%  [ 9 ]
John Deacon
10%
 10%  [ 8 ]
Mike Moran
2%
 2%  [ 2 ]
Wszystkich Głosów : 78

Autor Wiadomość
Misiu



Dołączył: 21 Sty 2005
Posty: 3580
Skąd: Rybnik

PostWysłany: Pią Sie 04, 2006 1:50 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Jako wypowiedź, którą należy potraktować z przymrużeniem oka, co wydaje mi się oczywiste. Smile
_________________
Whatever happened to playing a hunch? The element of surprise, random acts of unpredictability? If we fail to anticipate the unforseen or expect the unexpected in a universe of infinite possibilities, we may find ourselves at the mercy of anyone or anything that cannot be programmed, categorized or easily referenced.

Moje zdjęcie
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Numer GG
Ashanti Taylor



Dołączył: 29 Maj 2006
Posty: 398
Skąd: Bydzia (sercem i duszą w Anglii)

PostWysłany: Pią Sie 04, 2006 1:53 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Misiu napisał:
Jako wypowiedź, którą należy potraktować z przymrużeniem oka, co wydaje mi się oczywiste. Smile


No jasne Wink
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora Numer GG
Just_A_Poor_Girl15



Dołączył: 01 Paź 2005
Posty: 657

PostWysłany: Pią Sie 11, 2006 1:24 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

mimo wczesniejszych watpliowsci,zanzaczylam Freddiego,glownie za fantazje.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Paulina_Mercury



Dołączył: 17 Cze 2006
Posty: 308

PostWysłany: Pią Sie 11, 2006 7:09 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ja już dawno zaznaczyłam Freddiego, ale teraz mam wątpliwości. Na pewno był najlepszy pod względem komponowania muzyki, zwłaszcza w latach 70. Teksty Freddiego w tychże latach też bardzo dobre, ale na równi z Brianem. Jednak ogólnie to lepszym autorem tekstów był Brian (Prophet's Song, White Queen, WWTLF). Podobają mi się też teksty Rogera z Innuendo. Ot, tyle miałam do dodania.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Britney



Dołączył: 22 Sie 2006
Posty: 31
Skąd: Berlin

PostWysłany: Sob Sie 26, 2006 9:14 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Freddie Mercury - "The Millionaire Waltz", "Bohemian Rhapsody" i wiele wiele innych... właściwie każdy kawałek przez niego skomponowany można rozpoznać z łatwością. Utwory Maya to był szlagierowy rock miejscami aż do bólu, a te napisane przez Mercurego miały w sobie to "coś" Wink Jeszcze Deacon pisał nieraz fajne rzeczy np "You're my best friend" czy "You and I".
_________________
Oops, I did it again!
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Het



Dołączył: 26 Lis 2006
Posty: 742
Skąd: Krapkowice-Otmęt

PostWysłany: Nie Lis 26, 2006 9:51 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

no coż to Freddie skomponowal Bohemian Rhapsody Laughing
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora Numer GG
Lecri



Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 159
Skąd: Pomorze

PostWysłany: Wto Lut 08, 2011 3:46 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Bardzo stary temat, który mam ochotę odkopać, bo akurat mam wenę na pisanie.
Zresztą nie rozumiem czemu taki fajny temat tak szybko umarł. Naiwnie liczę na to, że dzięki mojej zabawie w archeologa, ktoś inny też tu coś napisze.

To lecimy z koksem Cool


W moim odczuciu najlepszymi kompozytorami w zespole są bez dwóch zdań Freddie i Brian. Roger i John nie są źli, ale gdzie im tam do Freda i Bri?

Utwory Jaśka są dość proste i często mocno popowe. W latach siedemdziesiątych miały w sobie mnóstwo uroku, z tym że duża w tym zasługa aranżacji. Uwielbiam You're My Best Friend albo You And I, ale właśnie przez wspaniałe harmonie wokalne, fortepian i gitarkę (szczególnie w przypadku tego drugiego), gdyby te utwory doczekały się aranżu bardziej zbliżonego I Want To Break Free to by nie było tak fajnie. A w takiej wersji te coby nie mówić popowe kawałki mają sobie mnóstwo słodkiego uroku.
Jednak moim ulubionym utworem Johna jest Spread Your Wings, zwycięzca ostatniego survivora. Wersja studyjna jest jak najbardziej w porządku, ale zdecydowanie bardziej lubię ten utwór na żywo i (przede wszystkim) w wersji nagranej dla BBC. Zresztą wersja z sesji BBC jest brzmi jak zupełnie inny utwór. I wydaje mi się, że to bardziej zasługa Freddiego i\lub Briana, raczej John nie byłby do czegoś takiego zdolny.

Niestety wraz z nadejściem lat 80. moja sympatia do kawałków Johna maleje. Praktycznie nie ma na płytach po Jazzie utworu tegoż pana do jakiego pałałabym większą sympatią. No może z wyjątkiem Back Chat, ale na żywo (szczególnie absolutnie fantastyczna wersja z Milton, to kopie dupsko równo Cool ). Szczególnie solo gitarowe jest świetne. Pomyśleć co by było, gdyby Brian nie wygrał kłótni o tą solówkę, bo Pan Jan jej nie chciał Confused Chociaż nawet wersja studyjna nie jest najgorsza jak na możliwości Hot Space. W sumie Back Chat i Under Pressure (choć ten drugi trochę znudził się już dawno) to jedyne utwory hotspejsowe jakie jeszcze posłucham z jakąś tam przyjemnością w wersji płytowej. Reszta raczej odstrasza.
Niedawno w temacie o The Works przyznałam się do swojej daleko idącej niechęci do I Want To Break Free, największego przeboju autorstwa pana J.D. Głownie to zasługa beznadziejnej aranżacji (solo na syntezatorze Confused ) i wszechobecny plastik.
No i Jasio ma na swoim koncie jeden jeszcze utworek działający mi na nerwy - One Year Of Love. Jest to zdecydowanie najbardziej znienawidzona przeze mnie ballada Queen. Jest tak obrzydliwie słodka, że nie dobrze się robi i przy tym totalnie pozbawiona uroku jego dawnych piosenek. Niech o tym jak bardzo niego nie znoszę świadczy jeszcze fakt, że jest tak saksofon. Instrument, którego brzmienie darzę wielkim uczuciem (w ogóle uwielbiam instrumenty dęte, ale to właśnie saksofon ma u mnie miejsce szczególne), a tutaj ani trochę nie pomaga utworowi, pomimo całego uwielbienia do instrumentu.


Przechodzimy do Rogera. W latach 70. jego utwory to był prawdziwy rock, choć imo to nie jest te sam poziom co Brian i Freddie. Za to uwielbiam jego No More Of That Jazz albo Tenement Funster. Ten pierwszy ma niesamowity riff, drugi nieziemską solówkę (i jest częścią fantastycznej suity, co się chwali). Póżniej jest już różnie. Radio GaGa to nie jest jakoś strasznie złe czy ubogie, ale jak już wspominałam, ja nie po to słucham Queen by karmić uszy dźwiękami syntezatorów i automatu perkusyjnego, ja chcę żywe instrumenty! W ogóle przeraża mnie to rogerowe zainteresowanie imo przesadne syntezatorami i elektroniczną perkusją. Na Innuendo Roger napisał dwa dobre kawałki, ale żaden z nich nie należy do tych szczególnie uwielbianych. These Are The Days Of Our Lives to naprawdę śliczna balladka, ale nie rusza szczególnie, pomijając to solo (choć to z DTSH czy Bijou jako całość są jeszcze piękniejsze). Natomiadt Ride The Wild Wind kiedyś lubiłam bardzo, teraz to po prostu kolejny utwór z Innuendo.

Z solowej twórczości Rogera póki co poznałam tylko Happiness i uważam, że tam też jest trochę za dużo synthów, choć już brzmiących w sumie całkiem dobrze, na szczęście dobra gitarka i fortepian też się znajdą. No i dość niemiło zaskoczył mnie brak na tej płycie jakiegokolwiek mocniejszego rockera, przez co płyta jako całość brzmi dla mnie za bardzo monotonnie.


Teraz zostali mi Brian i Freddie. Nie potrafię wskazać kogo jako kompozytora lubię bardziej, zastanawiałam się nad tym trochę, ale i tak nic z tego. Ale jednego jestem pewna. Moje To10 utworów Queen (a może i nawet top20) składałoby się tylko z utworów tych dwóch panów, ewentualnie wspólnych dzieł.

Muszę przyznać, że Freddie jako autor był zdecydowanie najbardziej otwarty ze wszystkich w zespole, żeby wymienić choćby Ogre Battle, Seaside Randezvous, The Millionaire Waltz, My Melancholy Blues czy Don't Stop Me Now. Każdy z tych utworów jest zupełnie inny, a każdy ma tego tego samego autora. Ale ta otwartość choć niewątpliwie jest ogromną zaletą Freddiego, nie zawsze w moim odczuciu wychodziła na dobre. Wystarczy, że wymienię disco Body Language. OK, są osoby, które to uwielbiają, mnie tylko i wyłącznie obrzydza. Znienawidziłam to już od pierwszych dźwięków syntezatorowego basu.
Przejdźmy dalej. Może jeszcze zanim ponarzekam na Fredka jeszcze go trochę pochwalę. Freddie ma tą przewagę nad Brianem, że to on jest autorem tych wszystkich fantastycznych, pełnych humoru pastiszy (z wyjątkiem Good Company), które uwielbiam i które dodają oryginalności zespołowi i sprawiają, że Queen się wyróżnia. Druga sprawa to jego cudowne fortepianowe miniaturki: Nevermore czy Lily Of The Valey (brianowe Dear Friends jest nudne, dobrze, że choć krótkie).
Aha i jeszcze jedno, o czym bym prawie zapomniała. Riffy gitarowe, do tego Freddie miał niesamowity talent, aż ciężko w to uwierzyć. Czy to Ogre Battle czy to Stone Cold Crazy czy to Was It All Worth It (jeśli to jego riff). Wszystkie te riffy są nieziemskie.
Moją ulubioną kompozycją Freddiego jest zdecydowanie The Millionaire Waltz, utwór ten spowodował moje uwielbienie to rytmu walca, zawsze jestem bardzo zadowolona jak trafię na jakiegoś ciekawego walczyka.

Teraz trochę ponarzekam. Fredek w latach 70. był wielkim kompozytorem (nie boje się użyć takiego słowa), ale w latach 80, chłopina się opuścił i to bardzo. Cokolwiek było tego przyczyną ani trochę mi się to nie podoba :/ Gdzieś tam na tych płytach znajdą się takie rzeczy It's A Hard Life albo Princess Of The Universe, ale to są wyjątki potwierdzające regułę.
A najlepszym przykładem tego co w Fredzie niedobrego jest jego solowa płyta. Rozumiem, że Freddie chciał by Zły Chłopiec to była płyta popowa, będąca czymś czego z Queen nie mógł nagrać. Ale żeby ten pop trzymał poziom, a imo właśnie nie trzyma (z wyjątkami). Jest tam trochę dobrych (choć niezachwycających) melodii, ale też trochę kurewsko irytujących (Man Made Paradise, My Life Is Dangerous). No i te nieszczęsne aranże i produkcja Confused Ostatnio poznaną Barcelonę tez nie uważam za jakieś szczególnie wielkie dzieło.

Na szczęście gdzieś w okresie innuendowskim Freddie przypomniał sobie jak się porządnie komponuje, w końcu genialny sam utwór tytułowy to muzycznie głównie jego dzieło, to on wymyślił hiszpańskie solo. Don't Try So Hard to piękno skończone niemalże tak samo jak You Take My Breath Away. Nie wspominając o I'm Going Slighty Mad. Na nieszczęście jest tam też piosenka o kotku :/ To znaczy nie chodzi mi o to by nie pisał utworu o swoim ukochanym kocie, ale żeby nie był on tak słodko-banalny.


No i na koniec został mi gitarzysta Queen Smile
Briana jako kompozytor kojarzy mi się głównie jako autor zajebistych, odpowiednio kopiących dupsko rockerów (ale zdarzyło mu się takie Tear It Up Evil or Very Mad ) i wspaniałych ballad, z przepięknymi doskonale do mnie przemawiającymi melodiami (ale zdarzyło mu się takie Las Palabras De Amor Evil or Very Mad). Nie urządzał takich wycieczek w muzykę przedwojenną jak Freddie i jego utwory nie miały w sobie takiego szaleństwa, nie są tak zakręcone, jak Marsz Czarnej Królowej, ale to co robił robił dobrze (z wyjątkami).
W tym miejscu wspomnę, że moje nieśmiertelne top3 Queen składa się w 2/3 z jego kawałków i są to dwa pierwsze miejsca. Utwór Freddiego to "dopiero" numer trzy.
Wspominałam też o balladach. Muszę to rozwinąć mówiąc, że to właśnie Brian skomponował najwięcej ballad, które mnie całkowicie łapią. White Queen (to nie tylko ulubiona ballada Briana\Queen, tylko ulubiona ballada w ogóle!), Save Me, Sail Away Sweet Sister, Who Wants To Live Forever czy nawet The Night Comes Down.
Zresztą to właśnie jego utwory stanowią dla mnie to co najlepsze na The Game. Niezbyt lubię tą płytę, próbowałam się do niej przekonać wielokrotnie, bez skutku. Ale dwie wymienione wyżej ballady uwielbiam, jak mam odpowiedni nastrój to i Dragon Attack słucham z niekłamaną przyjemnością (szczególnie live), ale już cała reszta gejma mogłaby dla mnie nie istnieć. Nie znaczy, że reszta to same totalne badziewia (pomijając katastrofalne Comming Soon), ale nie przekonują za bardzo. Ale już jako przeciwwagę dla The Game, wymienię Hot Space. Tam żaden jego utwór mi się nie podoba. No i tam jest jego najgorsza ballada i drugi najgorszy rocker, straszne Confused

Jak tak sobie myślę to Brian też się trochę opuścił w latach 80. (na płytach z lat 70. nie ma czegoś tak katastrofalnie słabego jak Tear It Up albo Put Out The Fire) ale na pewno nie aż tak jak Freddie. Choć uwielbiam takie Hammer To Fall tudzież I Want It All to muszę przyznać, że nie są to utwory hardrockowe na poziomie Dead On Time, White Mana czy It's Late.

Również twórczość solowa Briana do mnie najbardziej przemawia. Dobra z Rogera znam jedną płytę póki co, ale jestem pewna, że to się nie zmieni.
Bardzo lubię Back To The Light (ma tylko jeden\dwa momenty nie do końca przekonywujące, ale też nie jakieś szczególnie słabe) Another World mniej, ale takie rzeczy jak Cyborg tudzież Wilderness uważam za utwory naprawdę klasowe. Freddie solo nie ma czegoś tak do mnie przemawiającego. Roger też.

----------

Nie spodziewałam się tego, że aż tak się rozpiszę, ale jak widać wena czyni cuda. Trzeba kuć żelazo póki gorące Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
krs



Dołączył: 02 Sty 2007
Posty: 1677

PostWysłany: Wto Lut 08, 2011 4:45 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ładnie się rozpisałaś, zdanie masz określone i dobrze. Chciałbym tylko od siebie powiedzieć, że są tacy co mają zdanie inne. Dla mnie Brian nie zrobił w latach 80-tych - poza paroma wyjątkami - nic specjalnie wielkiego. Pisał mało i średnio. W całej dekadzie światło dzienne ujrzało raptem parę utworów Briana w Queen, podczas gdy Freddie z Rogerem pisząc więcej dla Queen potrafili wydać po dwie płyty solowe, a sam Roger w międzyczasie rozkręcić kapele, z którą dołożył kolejne dwie. Epka Starfleet to raczej żart, zabawa w wolnym czasie, nie projekt muzyczny (choć sam albumik lubię, mimo fatalnego brzmienia). Podsumowując Brian niespecjalnie przykładał się w latach 80-tych do tworzenia, delikatnie rzecz ujmując i porównując z ambicjami, jakie nosił w sobie w dekadzie poprzedniej. Freddie poza napisaniem kilku niezłych rzeczy dla Queen nagrał jedną bardzo dobrą (Bad Guy) i jedną wybitną (Barcelona) płytę oraz dołożył pare naprawdę świetnych rzeczy z Davem Clarkiem. Podsumowując, dalej był najlepszym kompozytorem wśród członków Queen, z tą różnicą że Briana w latach 80-tych wyprzedził także Roger, tworząc dużo i ciekawie.

Briana solowego nie cierpię, bo facet najnormalniej w świecie nie potrafi i nie powinien śpiewać. Z jego warunkami wokalnymi szczyt na co powinien sobie pozwalać to przyśpiewki przy imieninach i chórki, gdzie jego ciepła barwa doskonale łączyła głosy Freddiego i Rogera. Back To The Light jest niezłe, ale moim zdaniem gorsze od Happiness Taylora, nie mówiąc o Barcelonie Freddiego, która jest rzeczą wybitną. Another World to porażka na całej linii - zbiór piosenek napisanych na zlecenie przez lata - tak się nie robi albumu. W tym samym roku Roger wydał o niebo lepsze Electric Fire, z którego polecam na szybko co następuje, skoro płyty nie znasz:

http://w526.wrzuta.pl/audio/7LjBVa7JTjo/roger_taylor_-_london_town-c_mon_down

tyle takich tam szybkich refleksji...


Ostatnio zmieniony przez krs dnia Wto Lut 08, 2011 9:01 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Gnietek



Dołączył: 04 Sie 2006
Posty: 936
Skąd: z pięknej planety zwanej Ziemią :)

PostWysłany: Wto Lut 08, 2011 5:21 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Co prawda lubię inne utwory (kwestia gustu, co innego cenię, co innego mi przeszkadza), ale co do tego, że Brian i Freddie byli lepszymi kompozytorami od pozostałej dwójki, trudno się nie zgodzić.

Cytat:
Z solowej twórczości Rogera póki co poznałam tylko Happiness i uważam, że tam też jest trochę za dużo synthów

Skoro uważasz, że tam ich jest za dużo, to zdecydowanie nie polecałbym innych płyt Rogera. Wink Na "Fun In Space" i "Strange Frontier" Taylor chyba dostał bzika na punkcie syntezatorów (we wkładce do "Fun In Space" perkusista Queen chwali się: "157 synthesizers"). One tam zastępują prawie wszystkie instrumenty. W dodatku brzmią nieciekawie, a produkcja jest typowa dla lat 80. Z kolei jego dokonania z The Cross nie są już takie "zdehumanizowane", jak mówił się w czasach, kiedy powstawały, ale jeśli przywiązujesz taką wagę do produkcji, też pewnie cię mocną odrzucą.

Cytat:
[Brian] nie urządzał takich wycieczek w muzykę przedwojenną jak Freddie


A "Good Company" i "Dreamer's Ball"? Wiadomo, że Freddie był najbardziej szalony i miał najoryginalniejsze pomysły, ale właściwie wszyscy członkowie Queen pisali utwory nawiązujące do różnych stylów. Roger miał swoje funkowe "Fun It", a John hawajskie "Who Needs You". Brian też miał na koncie utwory, które sprawiają, że trudno go zaszufladkować jako twórcę ostrych rockerów i lekkich balladek: psychodeliczne "The Prophet's Song" czy blues "Sleeping On A Sidewalk". Ale trzeba przyznać, że największą różnorodność stylistyczną prezentował zdecydowanie Freddie. Gdybyśmy oceniali tylko lata 70., to bez zastanowienia powiedziałbym, że dla mnie on był najlepszym kompozytorem z całej czwórki. Ale mam wrażenie, że w latach 80., to on "opuścił" się najbardziej. Nie dość, że mniej pisał (na pierwsze płyty stworzył połowę materiału, w przypadku "The Works" ok. 1/4), to już jak coś napisał, to często takie koszmarki jak "Body Language" czy "Don't Try Suicide". W tym czasie najlepszym kompozytorem uznałbym Briana. Ale znowu jeśli chodzi o trzy ostatnie płyty ("The Miracle", "Innuendo" i "Made In Heaven" wydaje mi się być oddzielnym okresem - po przerwie w latach 1987-8 sporo się zmieniło w zespole - już nie kłócono się o to, kto ile piosenek umieści na płycie, pozostały popowe naleciałości z lat 80., ale też wrócił solidny rock, muzyka jest poważniejsza) to sytuacja znów skomplikowała się. Znowu zarówno Brian jak i Freddie pisali prawdziwe dzieła ("Scandal", "Was It All Worth It", "Bijou" i "The Show Must Go On" z jednej strony, "Was It All Worth It", "Mother Love", "A Winter's Tale", "Don't Try So Hard" z drugiej), ale też obaj pisali rzeczy, które uważam za przeciętne ("I Can't Live With You" i "Headlong" z jednej strony, współudział w "Party", "Rain Must Fall" i "My Baby Does Me" z drugiej).
_________________
Wszyscy jesteśmy jak worki kartofli: czy chcemy, czy nie, i tak nas wrzucą do piwnicy. Sad
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Lecri



Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 159
Skąd: Pomorze

PostWysłany: Wto Lut 08, 2011 5:34 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

krs napisał:
Chciałbym tylko od siebie powiedzieć, że są tacy co mają zdanie inne.

A ja myślę, że każdy powinien mieć takie zdanie jak ja? Oczywiście, że nie. Gdyby wszyscy mieli takie samo zdanie to byłoby nudno.

krs napisał:
Podsumowując Brian niespecjalnie przykładał się w latach 80-tych do tworzenia

Ja to samo mogę powiedzieć o Freddiem.
Przecież sama wspomniałam, że utwory Briana z lat 70. i 80. to nie ten sam poziom (pomijając rzeczy pokroju WWTLF).


Twoim zdaniem Bad Guy jest świetny, moim wręcz przeciwnie. Barcelony nie uważam za coś wybitnego, ale złego też nie.

krs napisał:
Podsumowując, dalej był najlepszym kompozytorem wśród członków Queen, z tą różnicą że Briana w latach 80-tych wyprzedził także Roger, tworząc dużo i ciekawie.

Dla mnie liczy się jakość, nie ilość. Nie znam tych dwóch płyt Roga z lat 80. i nie za bardzo mam teraz ochotę, ale sama ich obecność dla mnie nie świadczy o tym, że Roger jest lepszy. Musiałaby one coś sobą reprezentować.
A jeśli idzie o samo Queen to dla mnie nic specjalnie ciekawego Roger nie stworzył dla Queen w tej dekadzie (może pomijając Miracla, Breakthru gdyby mi się nie znudziło, byłoby wyżej w mojej klasyfikacji).

krs napisał:
Briana solowego nie cierpię, bo facet najnormalniej w świecie nie potrafi i nie powinien śpiewać.

I tylko przez wokal tego nie cierpisz? A gitara? A kompozycje same w sobie?
Moim zdaniem wokal Briana na płytach nie jest taki zły, oczywiście jest dużo gorszy od Freddiego i Rogera, ale mnie to nie przeszkadza. Bo dla mnie wokal nie jest najważniejszy w muzyce. Brian swoją gitarą dla mnie wszystko nadrabia.

krs napisał:
Another World to porażka na całej linii - zbiór piosenek napisanych na zlecenie przez lata - tak się nie robi albumu.

Tylko dlatego to porażka? Bo to zbiór piosenek na zamówienie, bo płyta jest niespójna? The Works to też tylko zbiór piosenek. Dla mnie oba albumy są tak samo spójne, a raczej nie spójne.
Ale mi to tak nie przeszkadza. Nie zwracam takiej wielkiej uwagi na spójność. Fajnie jak jest, ale jak jej nie ma to nie płaczę i nie zgrzytam zębami.
mam pełną świadomość tego, że Another World to tylko zbiór utworów, które się zebrały przez lata. Ale czy ten fakt powoduje, że Buisness to słaby utwór? Bo został napisany do jakiegoś serialu. Albo Cyborg, bo został napisany do gry komputerowej?
Ta płyta jest niespójna, ale poszczególne utwory (nie wszystkie oczywiście) uważam za dobre. To mi wystarczy. Wolę taki meganiespójny album z dobrymi utworami niż najspójniejszy album wszech czasów z badziewiem.


Dzięki za link, ale i tak tego tu nie posłucham. Korzystam z komputera nieswojego, który nie ma dźwięku. Ale mam zamiar poznać płytę w najbliższej przyszłości, w całości.



Gnietek napisał:
A "Good Company" i "Dreamer's Ball"?

Auć, nie do konca dobrze się wyraziłam. Chodziło mi o to, że u Briana było tego zdecydowanie mniej niż u Fredka.
I fakt, całkiem zapomniałam o rzeczach pokroju Who Needs You u Johna czy jakiegoś Fun It u Roga. W takim razie muszę przyznać, że każdy z panów był w jakimś tam stopniu otwarty, ale żaden w takim stopniu jak Freddie.


Gnietek napisał:
Ale znowu jeśli chodzi o trzy ostatnie płyty ("The Miracle", "Innuendo" i "Made In Heaven" wydaje mi się być oddzielnym okresem - po przerwie w latach 1987-8 sporo się zmieniło w zespole - już nie kłócono się o to, kto ile piosenek umieści na płycie, pozostały popowe naleciałości z lat 80., ale też wrócił solidny rock, muzyka jest poważniejsza) to sytuacja znów skomplikowała się. Znowu zarówno Brian jak i Freddie pisali prawdziwe dzieła ("Scandal", "Was It All Worth It", "Bijou" i "The Show Must Go On" z jednej strony, "Was It All Worth It", "Mother Love", "A Winter's Tale", "Don't Try So Hard" z drugiej), ale też obaj pisali rzeczy, które uważam za przeciętne ("I Can't Live With You" i "Headlong" z jednej strony, współudział w "Party", "Rain Must Fall" i "My Baby Does Me" z drugiej).

Jak tak sobie to czytam, to myślę, że mam dość podobne zdanie.
Ale czy Rain Must Fall nie jest Johna? Wydawało mi się, że ten utwór jest mu przypisywany.

Gnietek napisał:
Brian też miał na koncie utwory, które sprawiają, że trudno go zaszufladkować jako twórcę ostrych rockerów i lekkich balladek

Pisząc głównie, nie napisałam, że tylko takie rzeczy Bri tworzył. Ale chyba przyznasz rację, że te rockery i ballady dominują?

Gnietek napisał:
Gdybyśmy oceniali tylko lata 70., to bez zastanowienia powiedziałbym, że dla mnie on [Freddie]był najlepszym kompozytorem z całej czwórki.

Ja nie jestem do tego taka przekonana. Między innymi dlatego, bo moje dwa ulubione utwory Queen to Prorok i Biała Królowa.
Może i Freddie był wtedy najlepszy, jak mam spojrzeć na to bardziej obiektywnie. Ale jak patrzę na swój subiektywny gust, to nie jestem niczego pewna. W tamtym okresie lubię ich kompozycje na równi.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
krs



Dołączył: 02 Sty 2007
Posty: 1677

PostWysłany: Wto Lut 08, 2011 8:54 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Jak nie znasz płyt, to nie oceniaj solowej twórczości Taylora - wypada to deczko poza sens i jakąkolwiek logikę Wink

Co do syntezatorów - na innuendo jest ich cała masa i jest ok jak rozumiem? Syntezatory generują dźwięk - same w sobie nie są złem - a kwestią aranżu i produkcji jest kwestia brzmień, które stara się muzyk osiągnąć. Co do Fun In Space - brzmienie tej płyty jest bardzo ciekawe, kilka rzeczy brzmi naprawdę zacnie:

świetna, bardzo ezoteryczna rzecz:

http://www.youtube.com/watch?v=5EMrkPbB6mQ

strange frontier też brzmi ciekawie, przykładem niech będzie dylanowskie masters of war:

http://www.youtube.com/watch?v=okoGiyktvEw

uwielbiam ten rodzaj brzmienia... po prostu uwielbiam. żadnego żywego instrumentu... a brzmi tak cudownie...

Inaczej mówiąc, droga Lecri - poznaj, potem oceń. Temat dotyczy wprawdzie samego komponowania, niemniej wiemy, że strony producenckiej muzycy także nie zaniedbywali, więc tu także temat jak najbardziej może być kąsany.

Gnietek - wybacz, pisanie że w latach 80-tych Brian komponował najlepiej jest delikatnie mówiąc dziwne. Piszesz, że Freddie się opuścił i pisał mniej. Czy mniej - może mniej dla Queen. Pisał dużo więcej od Briana, który zresztą stworzył najgorsze rzeczy z całej czwórki na Hot Space i The Works (Hot Space uwielbiam, ale akurat jego Dancer czy Put Out The Fire to koszmarki mojego ulubionego albumu Queen lat 80-tych). Freddiego za samą Barcelonę winno się ozłocić... May zrobił jedną dobrą ckliwą kompozycję, czyli WWTLF, nie wybitną, ale faktycznie na tle A Kind wybijającą się. Freddie zrobił rok później Barcelonę, która jako album kładzie na łopatki - obie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Gnietek



Dołączył: 04 Sie 2006
Posty: 936
Skąd: z pięknej planety zwanej Ziemią :)

PostWysłany: Sro Lut 09, 2011 2:11 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

krs napisał:
Gnietek - wybacz, pisanie że w latach 80-tych Brian komponował najlepiej jest delikatnie mówiąc dziwne. Piszesz, że Freddie się opuścił i pisał mniej. Czy mniej - może mniej dla Queen. Pisał dużo więcej od Briana, który zresztą stworzył najgorsze rzeczy z całej czwórki na Hot Space i The Works (Hot Space uwielbiam, ale akurat jego Dancer czy Put Out The Fire to koszmarki mojego ulubionego albumu Queen lat 80-tych). Freddiego za samą Barcelonę winno się ozłocić... May zrobił jedną dobrą ckliwą kompozycję, czyli WWTLF, nie wybitną, ale faktycznie na tle A Kind wybijającą się. Freddie zrobił rok później Barcelonę, która jako album kładzie na łopatki - obie.


Owszem, mam na myśli tylko to, co nasza czwórka pisała dla Queen. Tak się składa, że też uważam "Barcelonę" za świetny album (właściwie to lepszy od wszystkich stworzonych przez Queen w latach 80., oprócz "The Miracle"). Też lubię "Mr Bad Guya", choć akurat za dzieło wybitne go nie uważam. Na pewno nie może się równać z twórczością Queen z lat 70., natomiast "The Works" czy "A Kind Of Magic" pokonuje. Wspomniałeś to, co robił Freddie do musicalu "Time". No ba, pod względem wokalnym to ja żadnego innego utworu solowego członka Queen nie lubię bardziej niż "In My Defence". A do tego dochodzi jeszcze "The Great Pretender" (cover sto razy bardziej pomysłowy od oryginału, co rzadko się zdarza, do tego zaśpiewany z większym uczuciem i ciekawiej zaaranżowany) i "Love Kills" (tutaj aranżacja jest paskudna, nie mogę znieść tego automatu perkusyjnego siekającego piosenkę jak tasak... ale nie zmienia to faktu, że w tle jest zagrana na klawiszach cudowna melodia, a wokal świetnie się do niej dostosował). Na pewno jeszcze o czymś zapomniałem. To, co stworzył May poza Queen w tym samym czasie też bardzo lubię, ale jest tego nieporównywanie mniej. W tej chwili przypominam sobie tylko "Star Fleet Project" i solówkę w "When Death Calls" Black Sabbath". Więc TAK, poza Queen Freddie był w tamtej dekadzie o wiele płodniejszym twórcą niż Brian.
Natomiast jeśli chodzi o to, co robili dla zespołu, to o ile w przypadku takiego "Queen II" Freddie stworzył całą stronę B longplaya (i to była w dodatku mistrzowska suita, prawdziwe arcydzieło muzyki rockowej), to na "The Works" ten sam człowiek napisał 3 piosenki na 9 zamieszczonych, a w przypadku kolejnego albumu jego nazwisko jako wyłącznego autora widnieje pod 1 (!) utworem, mianowicie "Princes Of The Universe". Był też oczywiście współautorem "Pain Is So Close To Pleasure" i "Friends Will Be Friends", ale, powiedzmy sobie szczerze, w przypadku tych piosenek nie ma czym się chwalić. Wink No, zapewne miał też jakiś wkład w "One Vision", ale trudno ustalić jaki. Wiemy natomiast, że przerobił "A Kind Of Magic" z pięknie płynącej wersji, jaką znamy z "Nieśmiertelnego" na radiowy hit, który może i coś w sobie ma, ale ewidentnie jest gorszym utworem niż był pierwotnie. Na "The Works" Brian napisał mniej więcej tyle samo (trudno powiedzieć, jak liczyć te utwory, pod którymi podpisało się 2 autorów), ale trzeba doliczyć do tego jeszcze "I Go Crazy" (osobiście nie przepadam za utworem, ale przynajmniej jest tam sporo fajnych motywów gitarowych; to samo dotyczy zresztą "Hammer To Fall"). Z kolei dla "A Kind Of Magic Brian napisał 2 piosenki, moim zdaniem, najlepsze nie tylko na tej płycie, ale w ogóle w twórczości Queen w latach 80. ("Gimme The Prize" może się nie podobać ze względu na chaotyczną kompozycję, ale przecież tam jest mnóstwo świetnych pomysłów, np. porażające doskonałe pod względem technicznym wejście gitary na wstępie czy naśladowanie dud przez gitarę). Wiem, że na "Hot Space" patrzysz w inny sposób niż większość Wink , ale dla mnie osobiście nie ma nic gorszego niż "Body Language", gdzie na pierwszy plan wybija się syntezatorowy bas (w ogóle nie za bardzo lubię głośny bas, a co dopiero jeśli brzmi w ten sposób), a Freddie śpiewa nienaturalnym głosem lub krzyczy tak, że tylko czekam, aż mu się głos załamie. Wink "Staying Power" i "Dancer" stawiam na równi - oba brzmią dla mnie strasznie... zresztą, brzmią nawet dość podobnie. Z kolei ballady napisane przez obu autorów ("Life Is Real" i "Las Palabras De Amor") na równi lubię. "Put Out The Fire" mnie śmieszy (szczególnie ta pijacka solówka Laughing ), ale wywołuje we mnie bardzo pozytywne wrażenia, to jest po prostu wesoły utwór. Przeciwnie jest z "Cool Cat" - wprawdzie Freddie pokazał tam naprawdę swoje możliwości wokalne, ale nie mogę słuchać tego falsetu (nawet nie wiem dlaczego, w innych utworach lubię falset). Jeżeli zaś chodzi o ilość napisanych piosenek, to znowu jest porównywalna (trudno powiedzieć dokładnie, jaki był wkład członków Queen w "Under Pressure"). Ale przewagę w ilości kompozycji Briana widać wyraźnie w przypadku "Flasha Gordona" - Mercury napisał 5 utworów, a May 7 i znowu te nieszczęsne pół (wliczając aranżację "Marszu weselnego"), w dodatku wyprodukował całą płytę. Co więcej, nie miał na koncie takich świdrujących czaszkę kawałków jak "Ming's Theme" czy "The Ring". Zresztą, utwory Maya w ogóle wybijają się na plus na tym nieszczęsnym soundtracku: "The Hero", "Battle Theme", różne wersje "Flash's Theme" czy wspomniana aranżacja "Marszu weselnego". Z kolei Freddie popisał się chyba tylko w "The Kiss" i "Football Fight". Wreszcie na "The Game" obaj napisali po 3 piosenki, ale... no tak, kwestia gustu, ale dla mnie 2 ballady Briana są cudowne, bo przepełniają je uczucia, a "Dragon Attack" jest solidnym rockerem, natomiast "Crazy Little Thing Called Love" brzmi, jak dla mnie, blado przy wcześniejszych wycieczkach Freddiego w inne style, "Play The Game" jest miłe i przyjemne, ale tylko tyle, zaś "Don't Try Suicide" to jeden z największych koszmarów, jakie Queen stworzyło.
Podsumowując, w twórczości dla zespołu May był płodniejszym kompozytorem w latach 80. (choć, przyznaję, nie jest to jakaś ogromna przewaga, raczej chodzi o to, że Brian nie "opuścił się" tak jak Freddie w porównaniu do wcześniejszego okresu), natomiast jeśli chodzi o jakość, to dla mnie różnica między tymi dwoma kompozytorami nagle stała się ogromna, i to na korzyść gitarzysty.
_________________
Wszyscy jesteśmy jak worki kartofli: czy chcemy, czy nie, i tak nas wrzucą do piwnicy. Sad
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Fenderek



Dołączył: 14 Lis 2003
Posty: 13423

PostWysłany: Sro Lut 09, 2011 2:55 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

To że Roger nagrał w latach 80-tych te płyty solowe które nagrał i do tego jeszcze Cross z Shove It na czele to raczej działa na jego niekorzyśc a nie jest jakimś atutem jak dla mnie Wink . Another World jest niespójne (bo jest)? To mnie brak epitetów na określenie sporej większości solowej "twórczości" Taylora. Tam ewidentnie ilość nie przeszła w jakość. To są dopiero niespójne albumy... Bardzo cenię HAPPINESS? (choć nie całe, ale chyba najbardziej właśnie spójne i faktycznie płyta w pełnym znaczeniu tego słowa) ale już na Electric Fire jest wiele banału. Choć akurat C'mon Down-London Town to takie moje top5 chyba solowych utworów członków Queen- a może nawet i top3, wielka rzecz... zresztą, Whisperers z tej samej płyty niewiele gorsza. No ale to nie lata 80-te Wink

Nie wiem, dla mnie wybieranie kto lepiej z członków Queen pisał w latach 80-tych (tak w Queen jak i solo) jest jak wybieranie czy wolę jak mi wyrywają szóstkę, siódemkę czy ósemkę... Razz
_________________


Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.

A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Lecri



Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 159
Skąd: Pomorze

PostWysłany: Sro Lut 09, 2011 11:11 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

krs napisał:
Jak nie znasz płyt, to nie oceniaj solowej twórczości Taylora - wypada to deczko poza sens i jakąkolwiek logikę

W którym momencie ja oceniałam solową twórczość Taylora (poza Happiness, bo to znam i to mogę ocenić)? Pisałam tylko, że nie znam jego płyt z lat 80., ale sama ich obecność nie musi wcale (choć może) o tym, że Taylor był wtedy lepszym kompozytorem od Briana. Te płyty musiałyby być jeszcze dobre żebym zapisała je Rogerowi na plus.

Ja bardziej patrzałam na Roga przez przyzmat tego co tworzył w latach 80. dla Queen (bo to znam), nie solo (bo tego nie znam). Ale dobra, napisze to jeszcze raz. Moim cholernie subiektywnym zdaniem, z którym nikt się nie musi zgadzać, Roger na płyty od The Game do A Kind Of Magic (Miracla pomijam, bo przyznaję, że kiedyś miałam fazę na Breakthru i w dużo mniejszym stopniu na Invisible Mana, choć zdążyły się trochę znudzić) nie napisał nic wyjątkowo dobrego. Podkreślam znów - moim zdaniem! Jak masz inne to bardzo dobrze, ja piszę tylko w swoim imieniu.


krs napisał:
Co do syntezatorów - na innuendo jest ich cała masa i jest ok jak rozumiem? Syntezatory generują dźwięk - same w sobie nie są złem - a kwestią aranżu i produkcji jest kwestia brzmień, które stara się muzyk osiągnąć.

Do syntezatorów samych w sobie nic nie mam. Lubię dobrą muzykę elektroniczną. Dobry synthpop też.
Dobra, przyznaję może i za bardzo się czepiłam syntezatorów na Happiness, nie brzmią źle. Ale ja osobiście wolę żywe instrumenty. I nie lubię jak artyści rockowy przesadzają z elektroniką.
Na Innuendo jest ich sporo, prawda i nie do końca mi się to podoba (np. dla mnie Deliaha jest za bardzo syntezatorowa i nie brzmią one jakoś super), ale jakoś z tym żyję. Poza tym dla mnie Innuendo to nie jest genialny album. Moim zdaniem w porównaniu z ANATO nie ma szans. I wszystkie pozostałe albumy z lat 70. też wolę od Innuendo. Nieważne czy to debiut czy NOTW, podobają się bardziej. Co nie znaczy, że te albumy są doskonałe. Nie lubię za bardzo Sheer Heart Attack (utworu).

Queen to jest dla mnie taki zespół specyficzny, oni na swoich pierwszych siedmiu płytach pokazali, że elektronika nie jest im do niczego potrzebna, że sami za pomocą swoich własnych instrumentów a nawet głosów ("dęciaki" w Seaside Randezvous!) potrafią zagrać masę ciekawych dźwięków i jeszcze się tym chwalili.
A potem nagle wprowadzają syntezatory, na początku niewiele (The Game), ale później zaczynają z nimi imo grubo przesadzać (Hot Space), są nie tylko "wspomagaczami", lecz zaczynają wręcz zastępować żywe instrumenty i mi to nie odpowiada. Nie wspominając o tym, że moim zdaniem nie brzmią one dobrze. I chyba ma prawo mi się taki stan rzeczy nie podobać. Za bardzo polubiłam to co robili bez pomocy elektroniki, bym zaakceptowała to, że w latach osiemdziesiątych zbyt czesto ta elektronika, której wcześniej unikali, zastępowała żywe instrumenty.



Fenderek napisał:
Nie wiem, dla mnie wybieranie kto lepiej z członków Queen pisał w latach 80-tych (tak w Queen jak i solo) jest jak wybieranie czy wolę jak mi wyrywają szóstkę, siódemkę czy ósemkę...

Aż tak źle oceniasz twórczość panów z Queen z lat 80.? Czy po prostu źle zinterpretowałam Twoje słowa?
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Aia



Dołączył: 02 Gru 2010
Posty: 200
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Sro Lut 09, 2011 11:29 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Zacny temat odkopałaś droga Lecri, co ciekawsze pierwszy raz go wertowałam dopiero teraz, jakoś zupełnie mi umknął O.o

Postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze (BTW zauważyłam, że działam w działach Q. na zasadzie "uderz w stół"... Laughing).

Podeszłam do tematu analitycznie, żeby znowu się nie kopsnąć i nie nasadzić bobków. Zależało mi też, aby oprzeć się fanatyzmowi (do którego w muzyce mam skłonności niestety) i zachować choćby krztynę obiektywizmu. W tym celu pieczołowicie spisałam wszystkie moje naj (podróżując środkami transportu miejskiego, więc w sprzyjających kontemplacji warunkach Razz), a dopiero potem posprawdzałam autorów (tak, przyznaję się, nie znam na pamięć, kto i co, gdzie, kiedy, jakoś nie jest to dla mnie zbyt istotne [zgroza!]).
Wynik nie był zaskoczeniem Wink. Nie będzie też dla tej części z Was, która choć pobieżnie przerzuca wzrokiem moje posty.
Zdecydowanie na czoło wysunął się Freddie i to niemal przez nokaut Wink.

Na około 30 wytypowanych przeze mnie utworów Freddie jest autorem 24 Laughing. Taki stan rzeczy, pomimo, że spodziewany, samą mnie po trosze zadziwił, bo nie spodziewałam się aż takiej dysproporcji. Jej wynikiem jest jednak w dużej mierze moja miłość do pierwszych albumów i ich kawałków.

Niniejszym z czystym sumieniem mogę napisać, że jak na moje ucho i serducho, Freddie był "najpłodniejszym w jakość" kompozytorem (choć upadki miał równie "genialne" jak wzloty Laughing, to już na inny temat jednak). Szczególnie za młodu (o młodości, iskro bogów! Laughing).

Lata '70 biją wszystkie późniejsze na głowę (może poza Barceloną i Innuendo, ale o tym za chwilę). To, co Fred spłodził w tamtym czasie jest ni mniej ni więcej genialne. I zdaję sobie w pełni sprawę z wagi tego słowa, używam go z pełną roztropnością. Wg mnie tych kilkanaście numerów z Q, Q2, SHA, ANATO i reszty to absolutna klasyka rocka i najwyższych lotów awangarda swojego czasu. Nie dość, że twórcze, świeże i odkrywcze, to jeszcze wyrafinowane z jednej strony i rozrywkowe, pełne energii i meldyjności z drugiej. Kawałki takie jak: Great King Rat, My Fairy King, The March Of The Black, Flick of the Wrist, Lily of the Valley, Bohemian Rhapsody, Somebody To Love, Bicycle Race, Don't Stop Me Now to absolutne mistrzostwo, dzieła totalne. Doskonałe w brzmieniu, przestrzenne, wielowątkowe, melodyjne, ze świetną, niepospolitą i niebanalną warstwą liryczną, do tego wybitnie zaśpiewane. Moim zdaniem niekwestionowane arcydzieła muzyki rozrywkowej.

Kompozytorsko w tamtym czasie wybijał się także Brian. Napisał kilka numerów, które naprawdę uwielbiam, z KYA, Brighton Rock i The Prophet's Song na czele. Brighton Rock jest moim ulubionym instrumentalnym popisem w całym repertuarze Królowej, należy mu się wielki hołd. Czoło chylę, włosiem zamiatając. Miód malyna i zachwyt totalny!

Lata '80 mniej są zasobne w dzieła genialne - ogólnie. Faktem jest jednak, że te kawałki, które najbardziej lubię, w przeważającej liczbie wyszły spod pióra Freda, że wspomnę chociażby: Play The Game, Cool Cat, Was It All Worth It, It' a Hard Life, Princes Of The Universe. To są numery, które naprawdę wybijają się na korzyść. Inna sprawa, że w tych latach dysproporcja między trafiającymi prosto w nos utworami Freda a Maya się zmniejsza. Bri popełnił kilka naprawdę świetnych kompozycji, wśród których też mam ulubione ejtisty: I Want It All, Hammer To Fall, Dragon Attack.

Solowej twórczości Maya i Taylora nie znam, nie jestem w stanie więc czegokolwiek w tej materii oceniać. Znam natomiast twórczość Freda i ją bardzo cenię. Mr Bad Guy uważam za udany album. W zupełnie innym duchu od twórczości Q., ale "w rytmie disco" naprawdę jest mocny. Są na nim kawałki takie jak Living On My Own, I Was Born To Love You, Mr Bad Guy czy My Love Is Dangerous (!owszem bardzo lubię Cool)) do których po latach z przyjemnością wracam i pomimo, że zapyziałe i wg niektórych mocno zblakłe, na mnie nieustannie działają orzeźwiająco. Do tego obłędne Love Kills, które wprost uwielbiam Razz.
Aktywność pod sztandarem Time, też uważam za bardzo owocną. In My Defence wchodzi z przytupem w szeregi moich niekwestionowanych faworytów. Kapitalnie zaśpiewane, świetnie skomponowane.
Barcelona zaś to dla mnie kolejny po latach '70 prawdziwy przebłysk geniuszu. Płyta obłędna i piękna, co tu dużo pisać. Kompozycje są wysmakowane, dopieszczone, wszystko tworzy harmonijną całość, a wokalnie Freddie przechodzi sam siebie. Dla mnie słuchanie Barcelony jest zawsze przyjemnością najwyższej klasy. Normalnie płynę na linii melodyczne, frunę na wokalu. To album skrzydlaty, unosi.

Lata '90, Innuendo, znowu Freddie z I'm Going Slighty Mad kosi wszystko. Nie będę Was kolejny raz zamęczać wyrazami i powodami mojego najwyższego uwielbienia dla tego utworu, tym niemniej zaznaczam, że ze schyłkowego okresu twórczości dzierży niestrudzenie, od pierwszego usłyszenia w 92 roku pierwsze miejsce w moim sercu, w mojej duszy. Do tego wspaniałe lirycznie i wokalnie Don't Try So Hard, delikatne A Winter's Tale i urocza Delilah.

Pozostając jeszcze przy latach '90 muszę jednak uczciwie przyznać, że okres to płodny nie tylko dla Freda. Pierwszy raz, na przestrzeni działalności Królowej na równi w tej materii postawiłabym Maya i Taylora, ze szczególnym naciskiem na tego drugiego. Już w latach '80 mają u mnie olbrzymiego plusa za Breakthru, które jest w moich "rankingach" ukochania niekwestionowanym liderem tego czasu. Na Innuendo jednak przechodzą samych siebie. Innuendo i TSMGO to kompozycje mistrzowskie. Utwory Taylora : Ride The Wild Wind i These Are The Days Of Our Lives należą do moich wiecznie ukochanych. W szczególności tą pierwszą darzę wielką estymą i uważam za jeden z najwybitniejszych i najoryginalniejszych utworów Queen w całym ostatnim 15 leciu ('80-'95).

Reasumując. Freddie pociąga mnie jako artysta niezmiernie i nieodmiennie, czego dowodem tu na forum kolejne peany. (wybaczcie!) Pociąga mnie nie tylko jako muzyk, kompozytor, autor tekstów, wokalista, ale jako artysta totalny, człowiek, który świadomie i bardzo skutecznie żył sztuką, w sztuce i dla sztuki. Artystycznej kreacji poświęcił niemal całe swoje życie. Stworzył unikaty skazane na nieśmiertelność, w tym największy - siebie samego jako "gwiazdę estrady". Był geniuszem, obdarzony rozlicznymi talentami i potrafiącym je przemienić w złoto i radość milionów. Jego kompozycje są odbiciem jego samego - osobowości niezwykłej, wielowymiarowej, iście artystycznego ducha, wiecznie głodnego, nieustannie poszukującego, nieraz błądzącego, ale zawsze oryginalnego i całościowo niebanalnego. W jego utworach słychać i czuć bezkompromisowość nonkonformizm, twórczy polot, natchnienie, frajdę, jaką dawało mu tworzenie. To mnie kręci chyba najbardziej - ten energetyczny przekaz na linii "tworzę z siebie dla Ciebie", to po prostu u niego czuć.

Gnietek napisał:
Podsumowując, w twórczości dla zespołu May był płodniejszym kompozytorem w latach 80. (choć, przyznaję, nie jest to jakaś ogromna przewaga, raczej chodzi o to, że Brian nie "opuścił się" tak jak Freddie w porównaniu do wcześniejszego okresu), natomiast jeśli chodzi o jakość, to dla mnie różnica między tymi dwoma kompozytorami nagle stała się ogromna, i to na korzyść gitarzysty.


Fenderek napisał:
Nie wiem, dla mnie wybieranie kto lepiej z członków Queen pisał w latach 80-tych (tak w Queen jak i solo) jest jak wybieranie czy wolę jak mi wyrywają szóstkę, siódemkę czy ósemkę...


Coś w tym jest, tyle, że nie wciągałabym w powyższe stwierdzenie twórczości solowej, bowiem ta była przynajmniej dla jednego z członków nader płodna i z pewnością nie do przecenienia.

Gnietek strasznie dużo u Ciebie liczbowych zestawień Wink. Strasznie gryzą mi się z jakąkolwiek miarą jakości. Dla mnie np. jeden genialny numer waży znacznie więcej niż kilka "znośnych", czy nawet "fajnych". Oczywiście nie kwestionuję Twojego zdania o poszczególnych kawałkach, choć jest z moim znacząco rozbieżne, tylko zwróciły moją uwagę te liczbowe kompilacje, które szczerze mówiąc nawet mi przez głowę nie przemknęły. To tylko luźna refleksja...

Na koniec mały off, za którego z góry przepraszam, ale mi się skojarzyło...W innym wątku Lecri, ubolewałaś nad zbyt częstym utożsamianiem Queen z Freddiem. Powiem Ci szczerze, że ja też tak mam. To silniejsze ode mnie. Nie twierdzę, że pozostali członkowie grupy byli li tylko przystawką, skąd. Cenię ich twórczość niezmiernie.Uważam jednak, że bez Freddiego to już nie to samo. Był bardzo silną osobowością, innowatorem, kopalnią pomysłów, czasem absurdalnych, ale jakże ożywczych. Tak, jestem zdania, że był nierozerwalną częścią tej grupy. Nie był jej silnikiem, nie był komputerem pokładowym, ale niezbędnym katalizatorem innowacyjności i szaleństwa. Brain np. komponował świetnie, bardzo rockowo, klasycznie, ale brakowało mu trochę szaleństwa, innowacyjności, takiego queenowego shota, który zapodawał zwykle Fred. Czego najbardziej brakowało w Q+PR - moim zdaniem najbardziej szaleństwa, zdrowej dozy absurdu, polotu, co tu dużo mówić - Freda. Przepraszam jeżeli kogoś urażam, to tylko moje zdanie.
_________________
Errare humanum est...

SERDUCHA SERDUCHOM
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
krs



Dołączył: 02 Sty 2007
Posty: 1677

PostWysłany: Sro Lut 09, 2011 12:47 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Aia... jeszcze parę postów i się Tobie oświadczę Cool
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
Fenderek



Dołączył: 14 Lis 2003
Posty: 13423

PostWysłany: Sro Lut 09, 2011 6:12 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Lecri napisał:

Aż tak źle oceniasz twórczość panów z Queen z lat 80.?

Jeszcze gorzej Wink
I to tak solową jak i w zespole. Są pojedyncze utwory które lubię, podczas gdy dekadę wcześniej na wielkich płytach znajdowały się pojedyncze kawałki które niekoniecznie ceniłem... Ot. Za dużo innych genialnych zespołów do poznania i słuchania żebym się zmuszał do lubienia czegoś, co mi się po prostu nie podoba Wink
_________________


Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.

A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Lecri



Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 159
Skąd: Pomorze

PostWysłany: Pią Lut 11, 2011 2:53 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Fenderek napisał:
Jeszcze gorzej
I to tak solową jak i w zespole. Są pojedyncze utwory które lubię, podczas gdy dekadę wcześniej na wielkich płytach znajdowały się pojedyncze kawałki które niekoniecznie ceniłem... Ot. Za dużo innych genialnych zespołów do poznania i słuchania żebym się zmuszał do lubienia czegoś, co mi się po prostu nie podoba

Dobrze, rozumiem. I nie widzę powodu, by zmuszać się do lubienia czegoś czego się nie lubi. Fakt, milion razy bardziej wolę posłuchać Perfect Strangers Deep Purple (chodzi o cały album) niż The Works, które jest z tego samego roku, obie płyty dzieli przepaść (zresztą wolę ten album od wszystkich płyt Queen z lat 80., co chyba niczym dziwnym nie jest).
Wiedziałam, że nie lubisz za bardzo twórczości Queen z tej dekady, ale nie myślałam, że ta niechęć jest to aż tak daleko posunięta, stąd moje pytanie.


Aia, świetny post! Aż zachciało mi się na co nieco odpowiedzieć Smile

Aia napisał:
Zacny temat odkopałaś droga Lecri, co ciekawsze pierwszy raz go wertowałam dopiero teraz, jakoś zupełnie mi umknął O.o

Też uważam, że temat jest taki fajny, że aż trzeba go odkopać. I trochę czasu zajęło mi znalezienie go (nie wiedziałam w jakiej dokładnie kategorii w spisie treści został umieszczony), ale wiedziałam, że istniał, kiedyś go czytałam.


Cytat:
Na około 30 wytypowanych przeze mnie utworów Freddie jest autorem 24

U mnie te proporcje byłby mniej więcej na równi jeśli chodzi o Fredka i Bri Smile


Aia napisał:
W zupełnie innym duchu od twórczości Q., ale "w rytmie disco" naprawdę jest mocny.

Może i jako muzyka disco jest dobry, ale ja bardzo nie lubię takiej muzyki i raczej nawet najlepsza płyta w takim gatunku mnie do siebie nie przekona. Stąd pewnie moja niechęć do tego albumu. Nie znosze też plastikowego brzmienia tej płyty, takie coś powoduje, że nawet najlepszy utwór jest dla mnie nie do zniesienia.
Ale lubię ze dwa utwory (choć nie jest to jakieś szczególnie wielkie uwielbienie, ot fajne utwory, nic więcej), kilka ma jakieś ciekawsze momenty (fajne gitarki), ale jako całość mnie to totalnie nie przekonuje.
I Was Born To Love w wersji Freddiego bardzo lubiłam za dzieciaka (bodajże w Zetce to było dość często puszczane, dopiero będąc fanką Queen dowiedziałam się, że tu Freddie śpiewa, zaskoczyło mnie to O_O), ale teraz uważam że jest to banał, szczególnie tekstowy (choć akurat na tekst jestem w stanie przymknąć oko), utwór przestał ruszać.

Aia napisał:
Do tego obłędne Love Kills, które wprost uwielbiam .

Może Cię zaskoczę, ale mogę się pod tym zdaniem podpisać! To znaczy wersja oryginalna brzmi strasznie (Gnietek wspominał o tragicznym automacie perkusyjnym), ale jestem zakochana w melodii tego utworu, szczególnie w refrenie. Na szczęście powstało coś takiego jak Wolf Euro Mix.
Poza tym ponoć ten utwór został nagrany przez cały zespół, bardzo bym chciała to usłyszeć (o ile jeszcze istnieje). Nie mamy żadnej pewności, że ta wersja brzmi dobrze (w końcu pochodzi z sesji słabo wyprodukowanego The Works), ale usłyszeć ten taki uroczy utwór z Red Special, to by było coś! Ta gitarka z tamtego wilczego miksu jest fajna, ale Brian to Brian Cool


Co do "tajmowej" działalności Freddiego, jest ok, ale mnie niespecjalnie to rusza. Z Barcelony darzę większą estymą ze dwa utwory. Ale to akurat może się zmienić z czasem, bo płyty nie znam zbyt długo. Lecz na pewno do niczego nie będę się zmuszać na siłę.



Aia napisał:
Na koniec mały off, za którego z góry przepraszam, ale mi się skojarzyło...W innym wątku Lecri, ubolewałaś nad zbyt częstym utożsamianiem Queen z Freddiem. Powiem Ci szczerze, że ja też tak mam. To silniejsze ode mnie. Nie twierdzę, że pozostali członkowie grupy byli li tylko przystawką, skąd. Cenię ich twórczość niezmiernie.Uważam jednak, że bez Freddiego to już nie to samo. Był bardzo silną osobowością, innowatorem, kopalnią pomysłów, czasem absurdalnych, ale jakże ożywczych. Tak, jestem zdania, że był nierozerwalną częścią tej grupy. Nie był jej silnikiem, nie był komputerem pokładowym, ale niezbędnym katalizatorem innowacyjności i szaleństwa. Brain np. komponował świetnie, bardzo rockowo, klasycznie, ale brakowało mu trochę szaleństwa, innowacyjności, takiego queenowego shota, który zapodawał zwykle Fred. Czego najbardziej brakowało w Q+PR - moim zdaniem najbardziej szaleństwa, zdrowej dozy absurdu, polotu, co tu dużo mówić - Freda. Przepraszam jeżeli kogoś urażam, to tylko moje zdanie.

A ja sobie ten offtop pogłębię Smile Ale myślę, że to nic złego. Zawsze to jakaś dyskusja na temat Queen, a na ich nadmiar to forum narzekać nie może.

Ano racja, bardzo ubolewam nad tym, że Queen jest utożsamiane z Freddiem, że to jemu się zawsze przypisuje największe zasługi, albo się wręcz stwierdza, że gdyby nie Freddie to nikt by dziś nie słyszał o Brianie albo Rogerze (że o Johnie nie wspominając), że często nie docenia się wkładu innych członków zespołu (czasem Briana gdzieś tam docenią, ale Rogera i Johna już niekoniecznie, przynajmniej ja się nigdzie z tym nie spotkałam). Wkurza mnie jak w radiu jakiś utwór Queen jest zapowiadany jako "Freddie Mercury i Queen" (z takim czymś spotkałam się w Radiu Gdańsk, stacji radiowej, którą lubię, co tym bardziej "boli").

I nie żebym miała do Ciebie Aia jakieś pretensje, że dla Ciebie najważniejszy jest Freddie, masz do tego prawo Smile Mnie raczej wkurzają wszelkiej maści fanatycy Freddiego, którzy wielbią bezkrytycznie wszystko co ten pan stworzył, nie chcą widzieć wspływu innych członków na zespół, tylko Freddie i Freddie.


Mnie to irytuje po części dlatego, że bardziej uwielbiam brzmienie Red Special niż barwę głosu Freddiego (żeby nie było wątpliwości, uwielbiam głos Freddiego, szczególnie wielbię jego barwę w początkach kariery Queen), to właśnie gitara Briana mnie do Queen przyciągnęła. Czego bym dziś słuchała gdyby nie Królowa? Pewnie dalej byle czego, choć pewnie i bardziej gitarowego, jak wtedy zanim poznałam zespół.

Ale nie tylko dlatego. Ja traktuję Queen jako coś więcej jako czterech muzyków grającyh pod ta samą nazwą , traktuję ich jako jedną nierozerwalną całość, doskonale pasujące do siebie elementy układanki. Tak, Brian jest moim ulubionym członkiem zespołu, ale nigdy nie powiem, że jest najważniejszy. Nie powiem też, że najważniejszy jest Freddie. Nikt tu dla mnie nie jest najważniejszy, wszyscy równie ważni.

Tak, bez Freddiego to nie to, bez niego ten zespół byłby inny (pewnie mniej wielki), ale to samo sądzę o Brianie. To znaczy bez niego też zespół bardzo wiele by stracił. Tak samo nie wyobrażam sobie Queen bez Rogera i bez Johna, ich wkład w Queen może nie był tak wielki jak w przypadku pozostałej dwójki, ale dla mnie równie ważny. Imo Walczyk sporo by stracił (pomimo mojego uwielbienia do fortepianu czy gitarowej orkiestracji albo harmonii wokalnych w tym utworze) gdyby nie fantastyczna (genialna wręcz) linia basu Johna. Nie mówiąc o tym, że ważne są też osobowości tych muzyków, jak one się uzupełniały.

Brian, gdzieś powiedział coś ważnego, wiem że jest gdzieś na tym forum przetłumaczony wywiad, aż go poszukam i zacytuję.

Brian w wywiadzie dla VH1 w 1997 roku napisał:
Naprawdę nigdy się nie zmienił [Freddie - dopisek by Lecri], nie stał się osobą, z którą nie można porozmawiać, zawsze byliśmy ze sobą bardzo blisko jako zespół, byliśmy bardzo demokratyczną grupą, wspólnie się naprowadzaliśmy i w studio wydobywaliśmy z siebie nawzajem wszystko, co najlepsze, i zawsze grałem lepsze solo, jeśli Freddie powiedział: "nie, nie, nie, nie, możesz to zrobić” albo zachowywał coś, co miałem właśnie wyrzucić.

O właśnie o coś takiego mi chodzi. Myślę, że Queen to był taki zespół, że oni siebie nawzajem potrzebowali, bo stworzyć coś naprawdę wielkiego. Bardzo lubię brianowe Back To The Light, ale brakuje tu tego, czego królewscy panowie mogli by osiągnąć pracując nad tymi utworami razem (mam tu na myśli raczej lata siedemdziesiąte, w ejtisowej dekadzie mogliby zniszczyć Ressurection automatem perkusyjnym, a tego bym nie przeżyła Confused ).
Wiadomo, że oni pisali poszczególnie utwory głównie sami (zdaję się, że w latach 70. jedynym utworem podpisanym jako kawałek Queen jest Stone Cold Crazy), ale to jaki był ich finalny wygląd było często zasługą całego zespołu (tak przynajmniej myślę, na podstawie tego co o zespole udało mi się po dziś dzień dowiedzieć). Choćby Killer Queen. Fantastyczna kompozycja Freddiego, utwór bardzo uroczy i wspaniały, ale gadanie, że swoją wspaniałość zawdzięcza tylko Freddiemu jest nieprawdą. Zdaje się, że za solo (i chyba też wszystkie zagrywki gitarowe) odpowiada Brian, to on je wymyślił i oczywiście zagrał. A nie ukrywam, że właśnie to solo jest moim ulubionym fragmentem utworu (choć kocham chórki czy wokal Fredka, szczególnie od kiedy miałam okazję posłuchać samego wokalu dzięki taśmie tego utworu) i jest to też jedna z moich ulubionych solówek gitarowych, nie tylko Briana - w ogóle. Solo gitarowe w Bohemiam Rhapsody też wymyślił Brian, choć riff z części hardrockowej jest już Freddiego (świetny riff, ale dla mnie Freddie stworzył trochę o wiele lepszych riffów). No i można by było podać jakiś przykład, gdzie Freddie (albo ktoś inny) dodaje od siebie coś ciekawego do utworu Briana, ale teraz nic mi do głowy nie przychodzi.

W ogóle podziwiam też to, że im się udało przetrwać razem aż dwadzieścia lat bez zmiany składu. Od wtedy, gdy John do nich dołączył w 1971 roku (mam na blachę wbite datę ich pierwszego koncertu zagranego z Johnem - 2 lipiec 1971) do śmierci Freddiego. Byli jak "małżeństwo", razem dopóki śmierć ich nie rozłączyła. Pomimo tego, że zespół momentami mógłby się rozpaść (a to Brian zastanawiał się nad odejściem, a to John), były momenty, w których się ze sobą niesamowicie żarli. Ale jakoś przetrwali.
Jest to jedna z tych rzeczy jaka mnie w Queen niezmiernie fascynuje, to jak udało im się przetrwać tyle lat razem. Dla mnie coś wspaniałego Smile

Podsumowując, tak mnie to irytuje to całe gadanie Queen=Freddie (jest nawet taki temat na forum, pamiętam go Smile), bo uważam, że oni nawzajem siebie potrzebowali. Freddie potrzebował Briana, Brian potrzebował Freddiego i tak dalej. Swój geniusz pokazywali najbardziej tworząc razem, nie osobno.
Słuchając (albo i oglądając) koncert Queen nie czuję, że słyszę (i widzę) czterech indywidualistów. Słyszę zespół, jedną całość. Uwielbiam ten moment w Liar jak John śpiewa (albo udaje, że to robi) do mikrofonu Freddiego, zdaje się, że to była taka tradycja i Jasiek robił to zawsze jak grali Kłamcę w całości Smile
Tak Freddie na scenie bym największą gwiazdą, najbardziej się wyróżniał, to on porywał tłumy, ale czym by był on bez pozostałych muzyków? No właśnie Cool



To tyle. Aż nieskromnie przyznam, że bardzo mi się podoba to co tutaj napisałam, uwielbiam pisać takie posty.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum Forum.Queen.PL (tylko do odczytu) Strona Główna -> Queen - Ogólne Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3
Strona 3 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach



Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group. Dopracował: Piotr^ Kaczmarek