| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Pink Floyd |
| Uwielbiam!!! |
|
49% |
[ 100 ] |
| Lubię |
|
40% |
[ 83 ] |
| Nie lubię |
|
7% |
[ 16 ] |
| Kim są 'różowe świnki'? |
|
2% |
[ 5 ] |
|
| Wszystkich Głosów : 204 |
|
| Autor |
Wiadomość |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Nie Lip 03, 2011 11:54 pm Temat postu: |
|
|
dobra jutro (albo dzisiaj jeżeli uznam, że chce mi się uczyć do egzaminu, który i tak uwalę) nadrobię całą dyskusję, ale na razie tak na szybko
1 Division Bell rox jak nie wiem i trzeba nie mieć serca by nie docenić.
2 padło słowo subtelność z tego co wychwyciłem. Jeżeli takie Cluster One nie jest subtelne to ja nie wiem co niby jest.
btw 3 wiecie że Wearing The Inside Out rox jak nie wiem? tak mnie olśniło jakiś czas temu. _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 12:04 am Temat postu: |
|
|
| NAR napisał: | dobra jutro (albo dzisiaj jeżeli uznam, że chce mi się uczyć do egzaminu, który i tak uwalę) nadrobię całą dyskusję, ale na razie tak na szybko
1 Division Bell rox jak nie wiem i trzeba nie mieć serca by nie docenić.
2 padło słowo subtelność z tego co wychwyciłem. Jeżeli takie Cluster One nie jest subtelne to ja nie wiem co niby jest. |
Ale to jedno z trzech niepatetycznych/banalnych rzeczy na tej płycie. Wog'le to zabawne, że jak jest dyskusja o jingle bells to obrońcy dysponują tylko dwoma instrumentalami i wysokimi hopsami jako rzekomo potężnym orężem.
| Cytat: | | btw 3 wiecie że Wearing The Inside Out rox jak nie wiem? tak mnie olśniło jakiś czas temu. |
o, NAR dojrzewa _________________
PORTFOLIO / 1 DZIEŃ 1 PŁYTA / QW OKŁADKI / KOPS / ZUPA |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 1:25 am Temat postu: |
|
|
Tak, wiem NAR, jest najlpesza ever. A następnym razem użyj Put out the Fire żeby udowodnić, ze Hot Space to jest tradycyjnie rockowy album. _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 1:33 am Temat postu: |
|
|
? _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 1:38 am Temat postu: |
|
|
To odnośnie subtelności całej płyty było. _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 1:40 am Temat postu: |
|
|
to udało mi się nawet zrozumieć. pytałem o najlepszość. _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 1:46 am Temat postu: |
|
|
NAR drzeć łacha z innych dobrze. Drzeć łacha z NARa niedobrze.
Przeciez ja serca nie mam, nie?  _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
NAR

Dołączył: 06 Lut 2008 Posty: 5778 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 1:51 am Temat postu: |
|
|
nie no, ależ proszę bardzo drzyj, drzyj. tylko z sensem. a jak bez sensu to chociaż by było zabawnie
no ale zrzucam to na fakt, że podobno masz jakiś ślub czy czymś tam innym próbujesz szpanować  _________________
oł je oł je oł je.
Powyższy post NIE jest oficjalną opinią Polskiego Fanklubu Queen, w tym jego Zarządu i innych organów nadzoru. Za obrazę uczuć religijnych i wszelkich innych proszę karać banem (na fejsie i innych portalach) jedynie owego użytkownika.
LOST: THE END - smutno mi
<smutno mu> |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
BeBe

Dołączył: 27 Gru 2006 Posty: 4252 Skąd: FAC 51
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 7:14 am Temat postu: |
|
|
Chce pokazać, że jeszcze młody jest i z młodymi może pić, a leży już pod stołem obrzygany. _________________ Sometimes the only sane answer to an insane world is insanity.
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 9:00 am Temat postu: |
|
|
| BeBe napisał: | | Chce pokazać, że jeszcze młody jest i z młodymi może pić, a leży już pod stołem obrzygany. |
Trening czyni mistrzem. Zawsze mnie bawią młodzieńcy myślący, ze to dopiero oni wymyślili szaleństwo, dopiero od nich zaczęło się poważne picie itd...
| NAR napisał: | nie no, ależ proszę bardzo drzyj, drzyj. tylko z sensem. a jak bez sensu to chociaż by było zabawnie
|
W sumie ten tekst faktycznie moge stosować do pary z tym "najlepsze ever", równie przewidywalny  _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 1:52 pm Temat postu: |
|
|
| Fenderek napisał: | | BeBe napisał: | | Chce pokazać, że jeszcze młody jest i z młodymi może pić, a leży już pod stołem obrzygany. |
Trening czyni mistrzem. Zawsze mnie bawią młodzieńcy myślący, ze to dopiero oni wymyślili szaleństwo, dopiero od nich zaczęło się poważne picie itd...  |
Najśmieszniejsze jest to, że napisał to Bebe, który wiadomo czym zasłynął. _________________
PORTFOLIO / 1 DZIEŃ 1 PŁYTA / QW OKŁADKI / KOPS / ZUPA |
|
| Powrót do góry |
|
 |
zinger menu

Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 396 Skąd: dzikie kraje
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 4:26 pm Temat postu: |
|
|
Ogólnie to dla mnie absurdalne, że 99% fanów Pink Floyd poczuwa się do obowiązku opowiadania się za jednym z liderów zespołu. Albo Waters, albo Gilmour. Ten podział obecnie wydaje mi się respektowany bardzo na siłę, jakby dla zachowania tradycji. Ja rozumiem, są jacyś fanatycy itd i się kłócą, ale jak taka Anet (z całą sympatią ), słuchając Pink Floyd od roku i będąc świeżą fascynatką zespołu, może być już zagorzałym "łotersowcem"?
Trzeba cieszyć się magicznym połączeniem dwóch wielkich muzyków, a nie koniecznie ich rozdzielać i oceniać z osobna. Ok, można porównywać dokonania solowe Watersa i Gilmoura, stawiać jedne nad drugimi, ale jeśli mówimy o zespole Pink Floyd i jego dziełach, to obaj byli niezbędni, aby zespół ten brzmiał właśnie tak, jak brzmiał, i ciężko jest to stopniować. Zarówno bez Watersa, jak i bez Gilmoura, byłby to całkiem inny zespół.
I prawda to - Final Cut straciłoby bardzo wiele na braku Gilmoura. Gilmoura jest mało, ale jego udział stanowi taką esencję albumu, jego solówki, a nawet i moment, w którym głos jego się pojawia, są momentami kulminacyjnymi. To wtedy czuć, że mamy do czynienia z Pink Floyd. Reszta utworów buduje tę specyficzną, niezwykłą atmosferę, ale dla mnie jest to w pewnym sensie atmosfera oczekiwania na chwile, w których słyszymy Pink Floyd w czystej postaci, właśnie dzięki wtrąceniom Davida.
Ja chyba rozumiem, co miał na myśli w-7. To trochę jak w dobrym filmie - mamy do czynienia ze stopniowaniem napięcia, a nie bez przerwy z akcją na najwyższych obrotach. Tak samo w Final Cut - przez parę minut jest dobrze, ciekawie, przyjemnie, magicznie, by w pewnym momencie coś nas olśniło i porwało. W takiej strukturze albumu może czasem tkwić jego urok. Tak jest w przypadku Final Cut.
Ogólnie lubię, gdy między dwoma wybitnymi utworami znajdują się trzy fajne, dobre i niezłe, bo ten układ pozwala mi mocniej przeżywać te spektakularne momenty. Nawet na Dark Side of the Moon "Time" jest poprzedzone przez "Speak to me", "Breath" i "On the run" - kawałki bardzo klimatyczne, ale nie brawurowe, nie fenomenalne i nie wybitne. Dopiero potem pojawia się "Time" i jest ekstaza. A jakbyśmy jeszcze rozważyli Meddle - "Echoes" na samym końcu, podczas gdy wcześniejsze utwory budują napięcie i nastrój oczekiwania na ten wielki deser.
No, ja to tak odczuwam. _________________ 2009 edo bentley continental gt speed 2006 edo volkswagen touareg red black |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 6:53 pm Temat postu: |
|
|
+1
Może, teraz Fenderek zrozumie o co mi chodziło ....  _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Incubus

Dołączył: 11 Sie 2009 Posty: 1386 Skąd: Poznań
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 8:02 pm Temat postu: |
|
|
+1
Bo przecież każdy Brave ma swoje Paper Lies.
Ja np. po stokroć wolę czysty, ciepły wokal Gilmoura od patetycznego skrzeczenia Watersa, lecz z drugiej strony - bez jego ekspresji i zaangażowania nie mielibyśmy tych kilku najbardziej cenionych albumów w dorobku PF. Z kolei ciągłe utarczki pozostałych muzyków z tak... "trudnym" typem, jak Waters dawały nam najlepsze rezultaty muzyczne - gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, right? Zresztą czy w Queen było inaczej? I co takiego osiągnął taki Freddie, Brian czy Roger pod własnym nazwiskiem? No właśnie. Pink Floyd to kolektyw talentów - nawet, jeśli panu Watersowi cały czas wydaje się, że PF to tylko i wyłącznie on. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Pon Lip 04, 2011 9:37 pm Temat postu: |
|
|
Ja tam nawet się zgadzam z tym, ze te momenty w których słychać Floydów a nie solowego Watersa na Fional Cut "robią" tą płytę, ale... kurcze, jak mam mieć do wyboru płytę na której są 2 z 10 świetne a reszta choćby dobre- a obok leży taka, na której jest 5/5- to którą wybiorę, którą będę bardziej cenił., której będę częściej cenił? Tą pierwszą bo ta druga mi się przeje? Bez jaj...
I powtarzam- mnie opcje "tylko waters"/"tylko Gilmour" tylko śmieszą. Bliżej jest mi do Watersa, uważam że ma więcej do powiedzenia (tu pewnie działą fakt, że takie rzeczy jak grafika czy teksty pociągają mnie strasznie mocno, moze nie siedzę w nich tak głęboko jak w muzyce, ale odczuwam je momentami równie mocno), momentami rzeczy o których mówi sa mi bliskie czy to dosłownie czy w przenośni, ale... bez Gilmoura nie byłoby Pink Floyd. Bez Watersa nie byłoby Pink Floyd. I koniec tematu jak dla mnie. To że pźóniej było jak było... ich zespół, chcieli go rozpirzyć to go rozpirzyli. Ale najpierw go stworzyli, przy okazji twoarząc nieprawdopodobne dzieła, które słuchane są do dziś z zapartym tchem.
Więc po stokroć wolę Animals na której chyba po raz ostatni ma cały zespół i jedną kompozycję lepszą od drugiej niż Final Cut- gdzie więcej jest braków niż tego czym mnie ten zespół uwiódł. Lubię czasem posłuchać Final Cut- ale stwierdzenie że to jest płyta dla "Gilmourowca" jest dla mnie nie do pojęcia... Równie dobrze Hot Space moze być płytą dla oddanego fana dźwięku gitary Maya- bo przecież Back Chat... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 12:00 am Temat postu: |
|
|
Matko co Ty czytasz Fenderku?
Chyba pomieszały Ci się posty. Tak... Final Cut jest moją ulubioną płytą, ale nie twierdziłem, że to jest coś idealnego dla "Gilmourowca"... chyba Ci się pomieszało z tym co pisałą Anet, że to jest paradoks biorąc pod uwagę moje uwielbienie dla Gilmoura, i że moją ulubioną płytą jest TFC.
I nie... znów zaznaczę tę różnicę... moja ulubiona płyta... nie najlepsza...
I tak.. Pink Floyd to tylko Gilmour i Waters... nic osobnego. Ich ogniste charaktery, które ze sobą wojowały i się nawzajem "niszczyły" - to jest definicja PF. Nie żadne Divisiony Belle i Final Cuty _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
zinger menu

Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 396 Skąd: dzikie kraje
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 12:38 am Temat postu: |
|
|
| Fenderek napisał: | | kurcze, jak mam mieć do wyboru płytę na której są 2 z 10 świetne a reszta choćby dobre- a obok leży taka, na której jest 5/5- to którą wybiorę, którą będę bardziej cenił., której będę częściej cenił? Tą pierwszą bo ta druga mi się przeje? |
Myślę, Fenderku, że jeszcze nie do końca nas rozumiesz Ja nie mówiłem nic o "przejadaniu się". Ale różne albumy mają różną konstrukcję, różny zamysł. Jest mnóstwo albumów, na których nie wszystkie piosenki da się mierzyć w kategoriach słaba/średnia/dobra/genialna. Np. na albumie koncepcyjnym zazwyczaj muszą być utwory, które są jakby etapem przejściowym między jednym GENIALNYM kawałkiem, a drugą GENIALNĄ piosenką. A te pośrednie numery są takim momentem emocjonalnego wyciszenia, uspokojenia, by przygotować nas na uderzenie potęgi muzyki.
No patrz, na Dark Side of the Moon jest takie "On the run", czy też "Any colour you like", które nie są dziełami wielce genialnymi, ale jako puzzel w tej całej układance są chyba niezastąpione. Zamieniłbyś "On the run" na "Echoes"? Przecież "Echoes" jest genialniejsze Ale należy odróżnić album będący składanką utworów od albumu mającego ogólny koncept. Jeśli robimy "the best of", to rzeczywiście - tam wypada wrzucić same spektakularne genialności. Ale albumy typu The Dark Side of the Moon mają trochę inny sens - budują opowieść, balansując między atmosferą wielkiego podniecenia a ukojeniem, wyciszeniem. "Speak to me/Breath" nie jest wielce wybitne, ale jest... potrzebne. "Summer '68" jest jednym z moich ulubionych kawałków Pink Floyd (może to i zboczenie), ale nie chciałbym go usłyszeć na Dark Side of the Moon. Tam wolę słyszeć "On the run".
Final Cut działa podobnie. To subtelność, powolna wędrówka od jednego świetnego akcentu do następnego, i tak dalej. I to ma wielki urok i klimat. _________________ 2009 edo bentley continental gt speed 2006 edo volkswagen touareg red black |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 9:54 am Temat postu: |
|
|
Wy też mnie do końca nie rozumiecie...
Po pierwsze- o Division Bell mówiłem że tam Gilmour cytuje Gilmoura w dodatku kopiując namolnie styl Gilmoura. Otóż Final Cut nie może być Watersowskie. Tam jest więcej Watersa niż na części jego solowych płyt. Ba- na niektórych jego solowych płytach słychać więcej ducha Floydów niż na Final Cut. Stąd moje zdziwienie, ze osoba, która twierdzi że Waters musiał zapozyczać a Gilmour to cudo cytuje Final Cut jako swoją ulubioną. Powtarzam- tak samo zdziwiłoby mnie, gdyby maniakalny fan dźwięku gitary Maya najbardziej lubił Hot Space. Nie rozumiem tego. Po prostu. I ta cała dyskusja o przejadaniu się... nie trafia do mnie ta argumentacja. Po prostu... słucham czegoś innego. Ja też nie siedzę nad Animalsami czy DSOTM 24/7.
Po drugie- tak, na genialnych płytach sa pojedyncze gorsze (?) rzeczy, które budują strukturę. Tak, spoko. Tylko że tych momentów genialnych jest trochę więcej niż trzy solówki na krzyż- nie uważasz? To właśnie sprawia że jedna płyta jest genialna a druga tylko dobra. Bo jedna buduje długo, długo, długo.... zzzzzzzz..... długo, długo- o fajne solo- a inna zaskakuje cię na co drugim kroku. To zmienia rytm, to zmienia nasrój, buduje napięcie w sposób mniej lub bardziej wyrafinowany, itd. Ja o tym mówię- że tak, ja uwielbiam tych kilka solówek które słychać na TFC ale... to nie tak miało być... ta płyta mogłaby być dużo, dużo, DUŻO lepsza gdyby została nagrana przez zespół. Mówimy tutaj, ze najlepsze rzeczy powstały kiedy Gilmour ścinał się z Watersem- i to jest prawda. Tu już tego nie było. Ten zespół już praktycznie nie istniał nagrywając TFC. I IMO to słychać. Bardzo.
Ja LUBIĘ czasem Final Cut, choć uważam że jest koszmarnie przegadana.
Swoją drogą- tu jest dobrze użyte sowo "subtelne". Bo Final Cut ma momenty rzeczywiście subtelne- i nie mówie o wzniosłych solówkach, wręcz przeciwnie Subtelne to za cholerę nie jest synonim wzniosłe czy po prostu ładne... W zyciu nie nazwałbym Starless subtelnym- za to Islands jak najbardziej. _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Misiu

Dołączył: 21 Sty 2005 Posty: 3580 Skąd: Rybnik
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 1:03 pm Temat postu: |
|
|
Ktoś tam napisał, że Gilmour nagrywa swoje rzeczy sam, a Waters musiał się wspomagać... Proponuję spojrzeć na listę osób na A Momentary Lapse of Reason, proponuję sprawdzić, ilu muzyków było na scenie na koncertach Pink Floyd po odejściu Watersa. Gilmour wspomagał się multum różnych ludzi nawet gdy tworzył jeszcze Pink Floyd. O tekstach już nie wspominam. Sedno sprawy tkwi w tym, że jeśli Waters zaprosił na Amused To Death tylu muzyków, to uzyskał cholernie różnorodny efekt, zaś na Pink Floyd za przewodnictwem Gilmoura mamy kilku klawiszowców, dwóch perkusistów, a efekt był taki sam - zagrano kawałki Pink Floyd. Muzycznie dla mnie nawet gorszy, bo wolę koncerty z lat 70., na których nawet Mason udowadnia, że bynajmniej nie jest tym "automatem perkusyjnym", za który tak wielu lubi go brać.
Nie obraź się, wasdfg7, ale czasem mam wrażenie, że ciągniesz dyskusję zupełnie bez sensu tylko dlatego, że odbywa się ona z Fenderkiem. Nie chcę już do tego wracać, boście to sobie wyjaśnili, ale obrona Gilmoura poprzez The Final Cut jest totalnie absurdalna, a to wołanie o trzech solówkach woła o pomstę do nieba. Kochasz Gilmoura, a jednak Twoja ulubiona płyta to The Final Cut - przyznaj, że to paradoks i tyle, nikt Cię za to nie zje przecież. Po co tłumaczyć to trzema solówkami, serem na pizzy, wisienką na torcie?
Ja tam z kolei nie mam nic do tego podziału na "Gilmourowca" i "Watersowca", pod tym wszakże warunkiem, że faktycznie najlepszy efekt to połączenie obu tych Panów. Ale że oni sami podzielili swoją twórczość w ten sposób zarówno w zespole, jak i solowo, to czemu miałbym również się temu opierać? Zwłaszcza że różnica jest ewidentna. I tu wybieram Watersa, oczywiście, bo on ze swojej twórczości zrobił znacznie więcej niż album muzyczny, bo to u niego poza emocjami słyszę jeszcze tę prowokację do refleksji, bo to jego sztuka bardziej wpływa na świat, który nas otacza, do którego w aktualny i bezpośredni sposób się odnosi. Mam ochotę na odpłynięcie przy pięknych dźwiękach gitary? W porządku, Gilmour jest jak ulał. Posłucham, zachwycę się i... koniec. Posłucham Watersa i on mi spokoju nie da, tylko rozbudza jeszcze bardziej. Tak ja to czuję, tego przede wszystkim w sztuce szukam. _________________ Whatever happened to playing a hunch? The element of surprise, random acts of unpredictability? If we fail to anticipate the unforseen or expect the unexpected in a universe of infinite possibilities, we may find ourselves at the mercy of anyone or anything that cannot be programmed, categorized or easily referenced.
Moje zdjęcie |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Incubus

Dołączył: 11 Sie 2009 Posty: 1386 Skąd: Poznań
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 3:39 pm Temat postu: |
|
|
Ja tylko dodam, że Waters nie jest żadnym pierdolonym Midasem, jak Misiu próbuje go tutaj przedstawić - bo przecież na takich Prosach pomimo Claptona i przetwarzania melodii z Mother na miliard obrzydliwych sposobów album okazał się niezmierną żałością, nie wspominając iloma gitarzystami pan Waters obstawiał się na scenie i jaką komedię potrafił robić z Comfortably Numb... tak więc każdy kij ma dwa końce. Koncerty z lat '70? A i owszem, bardzo cenię i swego czasu niemal religijnie kolekcjonowałem, lecz obecnie słucham tych pięciu-sześciu, których akurat Waters nie kładzie swoimi fałszami w co drugim utworze. Co chcę powiedzieć - Waters to wielki wizjoner... studyjny, dzielnie walczący o swoje w szeregach Pink Floyd. Solowo niestety kuleje na dwie łapy bo ani z niego porządny basista, ani tym bardziej wokalista. Do istnienia w świecie muzyki jest mu potrzebne ogromne halo wokół własnej osoby, co doskonale potwierdza jego ostatnia trasa z obwoźnym The Wallem. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anet

Dołączył: 20 Mar 2010 Posty: 762 Skąd: Leszno/ Wrocław
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 6:42 pm Temat postu: |
|
|
Cieszę się, że Misiu wkroczył do tej dyskusji i podpisuję się pod jego postem w 100%
To, że w-7 się nie potrafi przyznać, że nie ma racji i okręca wszystko naokoło też jest prawdą Strzelił gafę i wymyśla coraz dziwniejsze rzeczy, aby ją jakoś uargumentować
Incubus sorryyyyyy ale jesteś uprzedzony do Watersa ;p okej, śpiewać nie potrafi, ale nie wiem dlaczego uważasz go za kiepskiego basistę? Może nie jest wirtuozem, ale grać chyba umie. Poza tym jest zarąbistym tekściarzem, kreatorem i artystą ogólnie, co mnie w zupełności satysfakcjonuje. Jak już coś robi, to porządnie a nie jakieś pitu pitu...
Jaką komedię robił niby z Comfortably Numb? _________________ "O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki." |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 7:45 pm Temat postu: |
|
|
Jesteście ślepi :*
| Misiu napisał: |
Nie obraź się, wasdfg7, ale czasem mam wrażenie, że ciągniesz dyskusję zupełnie bez sensu tylko dlatego, że odbywa się ona z Fenderkiem. Nie chcę już do tego wracać, boście to sobie wyjaśnili, ale obrona Gilmoura poprzez The Final Cut jest totalnie absurdalna, a to wołanie o trzech solówkach woła o pomstę do nieba. Kochasz Gilmoura, a jednak Twoja ulubiona płyta to The Final Cut - przyznaj, że to paradoks i tyle, nikt Cię za to nie zje przecież. Po co tłumaczyć to trzema solówkami, serem na pizzy, wisienką na torcie? |
Nie powiem, uwielbiam dysputy z Fenderkiem.
Po drugie. Przyznałem już co najmniej z dwa razy, że jest paradoksem to, że kocham TFC jednocześnie wielbiąc Gilmoura... naprawdę tego nie wyczytaliście? _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Anet

Dołączył: 20 Mar 2010 Posty: 762 Skąd: Leszno/ Wrocław
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 7:55 pm Temat postu: |
|
|
| wasdfg7 napisał: |
Po drugie. Przyznałem już co najmniej z dwa razy, że jest paradoksem to, że kocham TFC jednocześnie wielbiąc Gilmoura... naprawdę tego nie wyczytaliście? |
Hmm nie będę się upierać, ale ciekawe gdzie...CONAJMNIEJ 2 razy?? No proszę Cię.
Kij nam w oko zapewne ;p _________________ "O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki." |
|
| Powrót do góry |
|
 |
zinger menu

Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 396 Skąd: dzikie kraje
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 8:00 pm Temat postu: |
|
|
| Misiu napisał: | | Ktoś tam napisał, że Gilmour nagrywa swoje rzeczy sam, a Waters musiał się wspomagać... Proponuję spojrzeć na listę osób na A Momentary Lapse of Reason, proponuję sprawdzić, ilu muzyków było na scenie na koncertach Pink Floyd po odejściu Watersa. Gilmour wspomagał się multum różnych ludzi nawet gdy tworzył jeszcze Pink Floyd. O tekstach już nie wspominam. |
Oj, ten argument w-7 o samotnym nagrywaniu przez Gilmoura raczej nie był trafiony. Mnie to w ogóle nie obchodzi, że jeden zatrudnił pięciu muzyków, a drugi trzydziestu. Cel uświęca środki. Gdyby Pink Floyd wszystko nagrywali sami, to nie mielibyśmy ani "Atom heart mother", ani "Great gig in the sky". Z takiej ambicji, że "nagram wszystko samemu!", nic nie wynika, a przecież Pink Floyd i King Crimson wręcz słynęły z częstego sprowadzania do studia rozmaitych muzyków spoza zespołu. A ja bardzo takie inicjatywy cenię, bo ich efekty były piorunujące. Dlatego dla mnie argument, że "Waters zatrudniał kogoś tam, a Gilmour nie", nie jest żadnym argumentem. Wizjoner po prostu wie, kogo zatrudnić i do czego. To tak, jakby reżysera krytykować za to, że nie odgrywa samodzielnie wszystkich ról w filmie.
| Misiu napisał: | | wolę koncerty z lat 70., na których nawet Mason udowadnia, że bynajmniej nie jest tym "automatem perkusyjnym", za który tak wielu lubi go brać. |
Wiesz, ja nie mam o Masonie jakiegoś wybitnego zdania jako instrumentaliście, czy jako kimś, kto wywarł jakiś wpływ na muzykę Pink Floyd. Ale zajebiście cenię go za to, co zrobił na Ummagummie. Powtarzam - moja ulubiona część studyjnego albumu.
| Misiu napisał: | | Ja tam z kolei nie mam nic do tego podziału na "Gilmourowca" i "Watersowca", pod tym wszakże warunkiem, że faktycznie najlepszy efekt to połączenie obu tych Panów. |
Jeśli najlepszym efektem jest połączenie obu panów, to znaczy, że zarówno Waters wzmacnia Gilmoura, jak i Gilmour wzmacnia Watersa. Tego najwspanialszego Pink Floyd nie byłoby ani z samym Watersem, ani z samym Gilmourem. Powiedziałem - solowe dokonania można porównywać, ale muzyka sprzed Wish You Were Here (czyli najlepsza ich autorstwa) nie powstałaby w takiej formie, ani w formie bardzo zbliżonej, bez udziału jednego z nich. _________________ 2009 edo bentley continental gt speed 2006 edo volkswagen touareg red black |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 8:13 pm Temat postu: |
|
|
| wasdfg7 napisał: | | Cytat: | | ale... ta płyta w życiu nie byłaby dla mnie argumentem, ze Gilmour jest lepszy/ważniejszy od Watersa |
To po jaką cholerę zaczęło się od porównań The Divison Bell i Amused to Death?
To, że zeszło na TFC to tylko kwestia, że każdy po kolei się tego czepiał. Tak, jest to paradoks ale nie przeszkadza mi to żyć ;p Moim głównym argumentem jest The Divison Bell który to : |
Jeden dowód ... drugiego nie chce mi się szukać... nie wiem czy przypadkiem nie jest na facebooku. _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
BeBe

Dołączył: 27 Gru 2006 Posty: 4252 Skąd: FAC 51
|
Wysłany: Wto Lip 05, 2011 10:04 pm Temat postu: |
|
|
| kater napisał: | | Fenderek napisał: | | BeBe napisał: | | Chce pokazać, że jeszcze młody jest i z młodymi może pić, a leży już pod stołem obrzygany. |
Trening czyni mistrzem. Zawsze mnie bawią młodzieńcy myślący, ze to dopiero oni wymyślili szaleństwo, dopiero od nich zaczęło się poważne picie itd...  |
Najśmieszniejsze jest to, że napisał to Bebe, który wiadomo czym zasłynął. |
Młody byłem, myślałem, że ze starymi mogę pić.
Czekam na rewanż 24. lipca. Kurwo babilońska. _________________ Sometimes the only sane answer to an insane world is insanity.
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
Incubus

Dołączył: 11 Sie 2009 Posty: 1386 Skąd: Poznań
|
Wysłany: Czw Lip 07, 2011 3:45 pm Temat postu: |
|
|
| Anet napisał: | To, że w-7 się nie potrafi przyznać, że nie ma racji i okręca wszystko naokoło też jest prawdą |
Wiem coś o tym.
| Anet napisał: | Incubus sorryyyyyy ale jesteś uprzedzony do Watersa ;p okej, śpiewać nie potrafi, ale nie wiem dlaczego uważasz go za kiepskiego basistę? Może nie jest wirtuozem, ale grać chyba umie. Poza tym jest zarąbistym tekściarzem, kreatorem i artystą ogólnie, co mnie w zupełności satysfakcjonuje. Jak już coś robi, to porządnie a nie jakieś pitu pitu...
Jaką komedię robił niby z Comfortably Numb? |
Nie jestem uprzedzony, ale mam swoje zdanie i tak jak napisałem - cenię go ogromnie jako tekściarza i kompozytora, niewątpliwie był jednym z fundamentów PF, ale... znam setki lepszych basistów od Watersa, w jego grze nie ma za grosz polotu, jest strasznie toporna i rzemieślnicza. A że "Jak już coś robi, to porządnie"? Moim zdaniem nie. Jego pierwsze dwa solowe albumy są żenująco słabe - pierwszy jedzie na motywie Mother i stylu gry Claptona, a drugi to jakaś popowa sieka, za którą absolutnie nie powinien się brać gość bez dobrego głosu. Dopiero Amused To Death to dzieło wielkie, na miarę najlepszych lat z PF. No, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, co udowodniła później Ça Ira - kompletnie zignorowana przez środowisko artystyczne. A komedie w CN? Bardzo proszę - obejrzyj sobie The Wall z Berlina z gromadą zapitych dziadów, ew. podstawianie trzech (White-Bramhall-Low) gitarzystów aby zagrali solo, które David jedzie sam z zamkniętymi oczami... no cyrki, panie! Gość jest chory na własne nazwisko i kompletnie nie zauważa, że czasy jego świetności dawno już minęły. Kiedyś w swoistym orędziu dołączanym do książeczki wydawnictwa In The Flesh zarzucał "tamtemu innemu zespołowi" (wyjątkowo bezczelnie ujęte), że ośmiela się ogrywać ad infinitum JEGO kawałki z albumów, które ON NAPISAŁ - czyli The Wall i Dark Side. Przegięcie. Ale minęło 10 lat (przez które nie stworzył artystycznie NIC) i sam co robi? Rusza w trasę The Wall markując ją swoim nazwiskiem. Sam sobie stawia pomnik, pieprzony megaloman. I tak jak pisałem - artysta był z niego wielki, RAZEM z PF tworzył wspaniałe i niezapomniane dzieła, lecz prywatnie ręki bym mu nie podał. To jest człowiek chory - dość wspomnieć jego procesy z pozostałymi członkami PF o nazwę, blokowanie środków ze wspólnej puli, niszczenie i dyskryminowanie kolegów z zespołu - Rick był na skraju załamania nerwowego na etapie tworzenia The Final Cut, z kolei David musiał grać na Live Aid niejako incognito, w zespole Briana Ferry'ego, wszystko przez chorobliwą zawiść Watersa, który nie potrafił się pogodzić z tym, że Pink Floyd to nie jest kurwa on sam, a pozostali muzycy mają prawo grać dalej po jego odejściu. Zresztą Pink Floyd to nie jest jego jedyny wrzód - wystarczy wspomnieć jego nienawiść do Andrew Lloyd-Webbera, której dał upust w solowym It's A Miracle. Waters to jedyny przypadek artysty, którego podziwiam słuchając jego muzyki, a któremu prywatnie chętnie bym dał w mordę za to, co zniszczył swoim pieprzonym ego. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|
|