| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| QUEEN II |
| 1 |
|
0% |
[ 0 ] |
| 2 |
|
0% |
[ 0 ] |
| 3 |
|
0% |
[ 0 ] |
| 4 |
|
0% |
[ 0 ] |
| 5 |
|
24% |
[ 9 ] |
| 6 |
|
75% |
[ 28 ] |
|
| Wszystkich Głosów : 37 |
|
| Autor |
Wiadomość |
Tkacz

Dołączył: 01 Mar 2009 Posty: 172 Skąd: Wołomin
|
Wysłany: Wto Mar 03, 2009 4:11 pm Temat postu: |
|
|
"Loser" może nie jest jakiś wybitny, ale mnie osobiście nie wkurza, brzmi przyzwoicie. Nie porównujmy z "dear friends"... _________________ Twoja stara nie umie zanucić zwrotki "Jest już ciemno". |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Antares

Dołączył: 17 Sie 2006 Posty: 537 Skąd: Sieradz/Lublin
|
Wysłany: Wto Mar 03, 2009 9:40 pm Temat postu: |
|
|
| Dear Friends to najgorsze... coś popełnione przez ten zespół. A propos. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
Wysłany: Sro Mar 04, 2009 12:09 am Temat postu: |
|
|
| Tkacz napisał: | | "Loser" może nie jest jakiś wybitny, ale mnie osobiście nie wkurza, brzmi przyzwoicie. Nie porównujmy z "dear friends"... |
Ale nie pasuje i psuje klimat. _________________
PORTFOLIO / 1 DZIEŃ 1 PŁYTA / QW OKŁADKI / KOPS / ZUPA |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Tkacz

Dołączył: 01 Mar 2009 Posty: 172 Skąd: Wołomin
|
Wysłany: Sro Mar 04, 2009 5:45 pm Temat postu: |
|
|
Jak dla mnie, to po prostu na chwilę rozluźnia atmosferę  _________________ Twoja stara nie umie zanucić zwrotki "Jest już ciemno". |
|
| Powrót do góry |
|
 |
AveQueen

Dołączył: 06 Lis 2008 Posty: 523 Skąd: xtr
|
Wysłany: Wto Kwi 21, 2009 2:25 pm Temat postu: |
|
|
Loser in The End- taki miły akcent
Ale TMOFBQ, WQ(IAB), OB i 7SOR to cuda. Marsz czarnej królowej jest najpiękniejszym co mógł stworzyć człowiek, wszystkie style Queen w jednym utworze -magia!
White Queen- tu też pięknie, ślicznie wręcz
Ogre Battle- Jak robili Kind Of Magic to powinni sobie wziąść to przesłuchać i przypomnieć sobie jak mają grać dalej
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Mefju

Dołączył: 27 Cze 2008 Posty: 2871 Skąd: Piaseczno
|
Wysłany: Sro Maj 20, 2009 4:31 pm Temat postu: |
|
|
Temu albumowi stawiam 5-kę(6-tki nie bo aż takiego wrażenia to na mnie on jeszcze nie robi, a poza tym 6-tka w latach 70-tych została zarezerwowana już dla ANATO ).
Muszę przyznać, iż moja przygoda z tą płytą przebiegła podobnie jak u większości z Was. Też początkowo nie mogłem się do tej płyty za nic przekonać. Strasznie trudna była dla mnie w odbiorze, utwory brzmiały początkowo mało charakterystycznie, nie wiedziałem gdzie się jeden kończy a drugi zaczyna no i wogóle miałem problemy z ich rozpoznawaniem. Z tego powodu płyta ta na długi czas została przeze mnie porzucona i kurzyła się na półce. Gdy postanowiłem ją po kilku tygodniach odkopać to z początku miałem o niej podobne zdanie i odczucie co za pierwszym razem, ale za jeszcze kolejnymi przesłuchaniami już zaczynało coś świtać, aż w końcu... udało mi się ten album pokochać! Swojego czasu słuchałem go po prostu na okrągło i wręcz nie mogłem przestać, chociaż teraz już mi to trochę zelżało i już nieco rzadziej go słucham niż kiedyś. No ale w każdym razie - uznałem ten album za wybitny, a taki Marsz Czarnej Królowej to już wogóle arcydzieło które śmiało może konkurować z Bohemian Rhapsody! Jak już doceniłem wielkość tej piosenki jak i całej płyty to tak się poważnie zaczynałem zastanawiać jak to możliwe, że nie dostrzegłem tego wszystkiego wcześniej? I mówiłem sam do siebie "Rany, ale ja byłem głupi".
Dzieło jest rezczywiście wybitne, ale na szóstkę w moim odczuciu jeszcze nie zasługuje, ale na 5 z dwoma plusami(wiem, że takich ocen się nie stawia, no ale tak mi się po prostu powiedziało ) to już jak najbardziej tak!
Szczególnie czarnej strony albumu słucha mnie się wspaniale i to głównie tych piosenek słuchałem kiedyś na okrągło. Biała jest znacznie spokojniejsza i mniej mnie porywa ale też słucha mi się jej kawałków bardzo przyjemnie.
I muszę też powiedzieć iż mam podobne skojarzenia co Wy odnośnie tych piosenek. Dużo osób tutaj pisało iż utwory te mają w sobie coś z klimatów średniowiecza, czy też baroku... moje skojarzenia są dość bliskie ale ja nie przypisywałbym ich do którejś z konkretnych epok. Mnie się niemal cała muzyka z tej płyty po prostu tak jakoś kościelnie/religijnie kojarzy - zwłaszcza z kościołem Św. Dominika na warszawskim Służewiu do którego co niedziela chodzę na msze(choć to nie moja parafia ) no i z moimi dwiema pielgrzymkami do Częstochowy.
No ale co jak co czuć bardzo mocno jakąś magię w tej muzyce no i jeszcze tyle mistycznych, transcendentnych(no tych to może mniej ) i fantastycznych motywów tam się pojawia, że normalnie można było z tego właśnie względu nazwać ten album wówczas... "A Kind Of Magic"! No co? Przynajmniej nazwa by się fanom zespołu mniej pejoratywnie wówczas kojarzyła.
Ale to co teraz napisałem to był taki raczej pół-żart z mojej strony.
Zgodzę się z Wami również w kwestii iż tego albumu nie da się słuchać wyrywkowo. Ja też jak go słucham to raczej w całości a i jak na mp3-jkę sobie te piosenki zgrywam to też ustawiam je tam w taki sposób by leciały po kolei. Dla mnie każdy z tych oto ciągów - 'Procession-Father To Son-White Queen(As It Began)', 'Ogre Battle-Fairy Feller's-Master Stroke-Nevermore' oraz 'The March Of The Black Queen-Funny How Love Is' - to jedna piosenka! Tak ładnie zostały ze sobą ich początki i końcówki nałożone, że wyrywkowo słuchać się tego po prostu nie da.
No to teraz czas na zrecenzowanie poszczególnych utworów:
1.Procession - już sam tytuł - Procesja - kojarzy mi się kościelnie/religijnie. Bardzo fajne wstawki gitarowe. Dobry utwór otwierający album, no i ładnie później przechodzi w 'Father To Son'
2.Father To Son - ballada nic dodać nic ująć. Po wielokrotnym przesłuchaniu wpada w ucho. Najlepsze są w niej partie chóralne oraz solówka Briana. Utwór ładnie później przechodzi w następny.
3.White Queen(As It Began) - utwór w którym jest coś magicznego i wogóle... no i mamy tu też sitarowe brzmienie gitary(takie samo jak w utworze 'Jealousy' z płyty Jazz)
4.Some Day One Day - pierwszy raz w historii zespołu Brian udzielił się wokalnie. Jak na pierwszy raz to wypadł całkiem nieźle. Całej ballady słucha się całkiem przyjemnie.
5.Loser In The End - no ten kawałek to tak średnio mi się podoba. To zdecydowanie za spokojny utwór jak na Rogera. W tym utworze szczególnie mi się podoba krótki dźwięk cymbałków na samym początku. Jak dla mnie jest on bardzo charakterystyczny i od razu przyciągnął moją uwagę.
6.Ogre Battle - no i zaczyna się wreszcie ta lepsza i mocniejsza strona płyty! Już ten narastający szum budzi pewien niepokój w słuchaczu - tworzy mocne napięcie i aż ciary po plecach przechodzą, a później mamy wycie Freddi'ego i zaczyna się fragment piosenki który dziwacznie dla mnie na początku brzmiał - słyszałem jakieś plaskania i plumkania podczas solówki gitarowej, a odgłosy chórków jakby nagle się urywał, ale później sprawdziłem w programie WavePad Sound Editor, że jest to tak naprawdę fragment utworu puszczony od tyłu! Zaraz po jego zakończeniu leci już normalnie, tj. do przodu a i występuje też na końcu całego utworu, no i ten narastający szum na wstępie to tak naprawdę dźwięk gongu puszczony od tyłu. Dodam jeszcze iż podczas całego omawianego przeze mnie fragmentu słychać riff, który do złudzenia przypomina mi Metallicę.
Co więcej o utworze? No więc tak - ze względu na tytuł i treść piosenki pierwsze skojarzenia jakie mi się nasuwają to oczywiście Shrek i Gumisie. :] Shrek - bo sam jest ogrem, a Gumisie - bo w tej bajce też występują ogry. A to wycie w środku utworu to świetne muzyczne zilustrowanie tekstów i motywu przewodniego tego utworu.
7.Fairy Feller's Master Stroke - piękny wstęp na klawesynie, jak i zresztą jego gra w całym utworze. Świetne baśniowe motywy. Słuchając utworu ma się wrażenie, że jest z innej epoki. No i partie chóralne + fortepianowe zakończenie(będące jednocześnie otwarciem następnej piosenki) również są wielkimi atutami tego utworu.
8.Nevermore - ta piosenka kojarzy mi się najbardziej religijnie ze wszystkich, ale są to wyłącznie moje osobiste odczucie, bo de facto to nic religijnego tam nie ma. Tylko ja po prostu wsłuchując się tu w chórki mam wrażenie jakbym normalnie słyszał scholę ze swojego kościoła(tzn. nie mojego, ale tego o którym już w tym poście tu wspomniałem. ) - może nie brzmi co prawda stricte identycznie, no ale jak już mówiłem - takie mam subiektywne odczucuia.
Jedyną wadą tego utworu jak dla mnie jest to, że jest on ciutkę za krótki. :/
9.The March Of The Black Queen - no tutaj wyjątkowo nie mieliśmy "pomostu" pomiędzy tą piosenką, a poprzednią, ale mimo to zwykle lubię słuchać TMBOTBQ tuż zaraz po 'Nevermore'.
Cóż... nie będę oryginalny - ten utwór to prawdziwy majstersztyk! Kwintesencja tego co najlepsze w Królowej(to samo pisałem również o Bohemian Rhapsody w temacie z recenzją ANATO, ale myślę, że TMOTBQ również zasługuje na takowe określenie )! Jeden z najbardziej zróżnicowanych utworów w karierze zespołu, chyba nawet bardziej od Bohemian Rhapsody(choć osobiście wolę jednak ciutkę bardziej ten drugi utworek ). Szczególnie mi się podoba ta piosenka w momencie gdy słychać dzwonki - normalnie mam wtedy uczucie jakby było już Boże Narodzenie!
10.Funny How Love Is - piękne przejście do tego utworu z poprzedniego. Bardzo fajny i skoczny utwór. Wokal Freddiego wywołuje tu we mnie nieziemskie emocje.
11.Seven Seas Of Rhye - jedyny utwór z płyty który znałem już dużo wcześniej(jako iż był na płycie Greatest Hits I, którą dużo wcześniej już nabyłem). Moim zdaniem trochę odstaje od reszty. Mam z nim trochę inne skojarzenia niż z pozostałymi piosenkami z płyty. Ten kawałek kojarzy mi się przede wszystkim bardzo wakacyjnie, szczególnie z morzem(ze względu na tytuł ). Początkowo bardzo go lubiłem, później mi się przejadł, ale teraz znów go lubię. Podobają mi się szczególnie te śpiewy personelu w studio na końcu tak trochę kabaretowo stylizowane.
No i to tyle.
Jeszcze tylko napiszę iż zgadzam się z tymi którzy uważają, iż nie jest to najlepsza płyta na rozpoczęcie swojej przygody z zespołem dla nowych fanów. Po prostu jest dość trudna w odbiorze, zwłaszcza za pierwszym razem. Ja osobiście proponowałbym SHA lub ANATO, może być też INNUENDO, albo po prostu GREATEST HITS I. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Dundersztyc19

Dołączył: 25 Sie 2009 Posty: 1356 Skąd: Kuala Lumpur
|
Wysłany: Wto Wrz 15, 2009 11:08 am Temat postu: |
|
|
Album "Queen II" należy do albumów, które nabyłem najpóźniej. I obok "Flasha Gordona" była dla mnie najmniej znanym dziełem grupy. I zgadzam się z tym, że ta płyta należy do najtrudniejszych w odbiorze. Nie mogłem jej sobie przyswoić od razu. Dlatego musiałem jej jeszcze dodatkowo posłuchać, by móc napisać ten komentarz. Myślę, że już wreszcie ogarnąłem ogólnikowo wszystkie utwory. I muszę wam przyznać rację w wielu sprawach
Jest to mocno spójny album, piosenki są dobrze ze sobą połączone. Fajny mieli pomysł z podziałem na strony Białą i Czarną. Widać nawet po autorach kompozycji pewien zamysł. To jest jedna z najwybitniejszych płyt Królowej. Daję jej takie 5 naciągnięte jeszcze do plusika. Do 6 czegoś mi brakuje jednak Momentami mnie nieco nużył Napisałem niedawno, że to "Sheer heart attack" jest najlepszym albumem z pierwszej piątki, ale ten album zdołał go raczej dogonić, może nawet przegonić Mając taki album, jak "Queen II", nie potrzebuję "A night at the Opera". Sądzę, że ten album jest lepszy pod względem spójności, produkcji i chyba nawet ambicji (choć tu mogę się mylić)
I w porównaniu do debiutu jest taka bardziej przemyślana.
Czyli ogólnie muszę wam przyznać rację, że to zacna płytka
1.Procession - doskonały wstęp do tej płyty. Od razu mnie chwycił i spodobał mi się. Urzekł mnie tu cichy rytm i gitara Maya Pięknie przechodzi w następny utwór.
2.Father to son - zacny utwór. Właściwie nie ma się do czego przyczepić. Piękny motyw, instrumentarium, wszystko. Aczkolwiek jeszcze nie nazwałbym go najlepszym na albumie. Podobają mi się końcowe przyśpiewki, które cichną i przechodzą w następny utwór.
3.White Queen (As It Began) - przeczytałem jakiś post, w którym było napisane, o czym jest każdy tekst z tego albumu. Dowiedziałem się, że to jest o miłości jakiegoś faceta do zjawy Interesuje mnie temat duchów. To musiało wpłynąć na jego odbiór, bo mnie po prostu zauroczył Piękna tematyka, melodia. Pojawia się też sitar. Pisząc ten komentarz przypomniało mi się, jak dokładnie brzmi utwór Możliwe, że to jedna z najzacniejszych ballad Queenu.
4.Some Day One Day - pierwszy utwór śpiewany przez Maya. Całkiem niezły, ale gdybym to nazwał rewelacją, byłaby to drobna przesada. Ale do zarzucenia też nic nie mam. Jednak to jeden z tych utworów, które znam najmniej z albumu. Teraz pisząc ten post nie pamiętam go, jak brzmiał. Jednak odczucia z ostatniego słuchania zapamiętałem.
5.Loser in the end - czego wy chcecie od tej piosenki Według mnie nie wpływa wcale destruktywnie na ten album. Jest miłym dodatkiem, który nie narusza spójności. Niezły lekki czadzik i świetny wokal. Sądzę, że to jeden z najlepszych utworów Rogera Taylora. Ostatnimi dnami ciągle go sobie nucę. Jest naprawdę melodyjny. To jedna z pierwszych piosenek, która wpadła mi ucho na tym albumie.
6.Ogre Battle - w przeciwieństwie do mojego poprzednika utwór kojarzy mi się bardziej z "Warcraftem" czy z jakimiś innymi grami strategicznymi Wejście jest piorunujące. Uwielbiam takie wydziwienia z cofaniem taśmy i innymi tego typu efektami Sam utwór jest mocny, aczkolwiek będę go musiał jeszcze przesłuchać, bo nie całkiem wszedł mi krew. Momentami mnie przynudzał. I jakoś w sumie w słowach nie mogę się dosłuchać tej bitwy ogrów (przynajmniej przy ostatnim przesłuchaniu tak było).
7.Fairy Feller's Master Stroke - po raz kolejny najlepsze wrażenie zrobiło na mnie wejście do utworu. Piosenka brzmi tak barokowo lub średniowiecznie. Krótko mówiąc, staroświecko. Oczywiście mówię o jego stylistyce, a nie produkcji, że niby taka kiepska. Nic z tych rzeczy
8.Nevermore - począwszy od "Ogre battle" utwory są ciekawie połączone. Uwielbiam, gdy utwory są ciągiem Dla mnie, to chyba jedna z lepszych pozycji na albumie. Piękne i jakże dopracowane. Po prostu cudo! A to, że jest krótki, jest właśnie jego zaletą. Nie dłuży się przynajmniej. Jest w sam raz.
9.The March Of The Black Queen - widzę bardzo dużo pochwał w stronę tego utworu. Powiem tyle, że one mnie wcale nie dziwią. Ja, słuchając tego różnorodnego stylistycznie utworu, odczuwam bardziej taką ciekawość, niźli jakiś orgazm muzyczny To jest jeden z tych utworów, który jakoś miałem okazję poznać przed nabyciem tego albumu. Naprawdę jest to zacne. Mi te dzwony w pewnej części utworu też skojarzyły mi się z Bożym Narodzeniem. I znów przytaczając pewien post, dowiedziałem się, że tematyka jego również jest ciekawa. Nie jest to utwór, który budzi we mnie jakieś podniecenie. Są utwory, które budzą we mnie większe emocje. Ale nie da się odmówić, że jest ciekawy i z zainteresowaniem się go słucha. Słuchając tego, miałem wrażenie, iż mimo swej długości strasznie szybko minął Dla mnie to jest sporo lepsze od "Bohemian Rhapsody", a z kolei do "Liar" wolałbym tego nie przystawiać, bo ten drugi utwór uwielbiam.
10.Funny how love is - piękny ciąg. Na początku się jednak w nim pogubiłem, bo sądziłem, że się nieco wcześniej ten utwór zaczyna. Co do samej piosenki... To też jest jeden z tych utworów, które wcześniej wpadły mi w ucho. Aczkolwiek z tym utworem miałem strasznie durne skojarzenia, co odrzucało mnie lekko od niego. Mam do niego mały uraz, aczkolwiek nieszkodliwy Sam w sobie jest niezły. Podoba mi się jego szeleszcząca rytmika i melodyjność.
11.Seven seas of Rhye - nie da się ukryć, że to utwór najbardziej odstający od reszty albumu. Razem z "The March of The Black Queen" znałem go najwcześniej. To z kolei jest bardzo dobry przebój. Piosenka jest fajna, melodyjna, rockowa. Niczego jej nie brakuje. Podobają mi się nawet te przyśpiewki na końcu
W zasadzie album bez minusów, aczkolwiek znalazłbym albumy, które są lepsze według mnie. Były momenty, który mnie przynudzały, ale tylko momenty. Myślę jednak, że "Sheer heart attack" bardziej mi odpowiada stylistycznie. Ale ogólnie i tak wychodzi na to, że to jedna z najlepszych płyt Królowej. Skoczyła do mojej ulubionej piątki
W sumie się dziwię, że zdążyłem się aż tak mocno przekonać, ale cóż, ma coś w sobie ... "A night at the Opera" może się schować  _________________ - Odnoszę wrażenie, że niektórzy powinni dostać dożywotni zakaz słuchania Kazika Staszewskiego. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
mustapha91

Dołączył: 07 Lis 2009 Posty: 493 Skąd: Szczecin
|
Wysłany: Wto Lis 10, 2009 11:04 pm Temat postu: |
|
|
Wspaniały! 6!  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
mumin_king

Dołączył: 14 Cze 2006 Posty: 6343 Skąd: Rzekuń
|
Wysłany: Nie Cze 27, 2010 2:23 am Temat postu: |
|
|
Idziemy chronologicznie. Jak mi się naprawdę będzie chciało to może dojdę do ADATR. Ale dobra, dobra.
Kiedyś dałem 6, a bo to takie cudowne i w ogóle (tak na marginesie patrzę, że w 2006 wypowiadałem się jak skrzyżowanie mefju z nevadą w czasach radomskiej mafii na forum, nie wiem jak ze mną wytrzymaliście, ale wyrobiłem się, nie gadajcie - a wtedy sam bym dał sobie bana).
Po płycie z cyklu "ujdzie" nadszedł czas na album z cyklu "zróbmy im dzieło i niech się odpierdolą". No faktycznie o dzieło się otarł album, ba jego część jest takowym, ale czy całość jest na takim poziomie jak nieprzymierzając II Zepów? Dobra, dwa inne style tamtego okresu, ale jednak Queen II oprócz swej niezaprzeczalnej genialności jest też strasznie nierówna, ale dlaczego.
Chłopaki mają mózgi, nie ma co. Wiedzieli co robią dając Czarną Stronę jaką tą drugą, dzięki tamtej punkt tego albumu skacze o jakieś jedną ocenę w górę, gdyby nie posiadał już w ogóle jakiś pozytwów to było by straszne zaciemnienie.
No, tak Biała Strona. Zaczyna się instrumentalem, ot byśmy zdawali sobie sprawę obcowania z absolutem. Troszkę nie podoba mi się ten pomysł z Processionem, ba wolałbym żeby album zaczął się od pierwszych słów Father to Son, ale widać Brian miał nie od dziś ciągąty do przedłużania wstępów. W każdym bądź razie FTS ma dla mnie większe ciągoty do rozpoczęcia albumu (wkładasz sobię płytkę i od razu taki baśniowy klimat) po za tym song jest jednym z dwóch pozytywów White Side. Może jeszcze nie w całej okazałości, jak to jest w przypadku wielkiej perły tego albumu, tak White Queen. Po tamtej stronie Mississippi wołają na to Biała Szmata, ale po tamtej stronie mieszkają czarnuchy. Abstolutnie przepiękna rzecz, płynąca od pierwszych dźwięków swoim tempem, nie nachalnie, a jednak wymusza nam te uczucie straty. A ten wybuch gitary pod koniec to rzecz tak cudowna, że do tej pory jestetm dumny, iż wybrałem sobie Maya na najlepszego gitarzystę tej Ziemii. Niestety plusy się końcą i mamy problem z Białą Stroną. Some Day One Day o i tutaj Brian chce być zbyt beztroski , tak to jest pisać coś byleby tylko było.
I ten "smrodek" czyli Loser in the End widać Rog też się musiał rozkręcić by coś napisać. Myślę, że Roger to poczuł, bo kto poczuł ten wytoczył.
No i Czarna Strona mistrza Mercuryego. Jak dla mnie powinna być sprzedawana razem z Boską Komedią, Dante Algeriego czy Dekameronem, Boccacciego. Jest równie świetne! Dla tej strony można się dać pokroić i mimo, że końcówka bazuje tylko na tym jak to było zajebiście wcześniej (coś na zasadzie, rozśmieszyło Cię zdjęcie na demotach, potem każdy kolejny Cię śmieszy z coraz większą częstotliwością). Zaczynamy perłą tej strony. Ponad 20 sekund czekania na pierwszy riff ale opłaca się, oj opłaca się. Ogre Battle jest tym czego brakowało na debiucie. Tak wrzynający się w mózg hula-hop gitary jest tym co lubię najbardziej. Od końca tej piosenki nie wiemy już gdzie jesteśmy, czy mamy doczynienia z kolejną pieśnią czy to nadal pieprzenie o walce trolli. Fairy Feller's Master-Stroke jest kolejnym przykładem wielkości Freddiego, bo to posrane jest jak dobry SOAD. Tutaj coś gwiżdże tam ponapierdalają w klawisze tutaj znów coś przyśpieszy. Wszystko to by przejść potem w śliczną miniaturkę. Nevermore może nie jest od razu drugim White Queen tej płyty. Szczególnie, że odpowiedniczka Białej Szmaty jest o wile potężniejsza niż można się spodziewać. March of the Black Queen , bo o tym mowa jest piosenką specyficzną. Z jednej strony zaczynającą ten etap kombinacji w stylu Cygańskiej Rapsodii z drugiej powielaniem sprawdzonych rzeczy z debutu (GKR). Przyznam, że wcześniej nie łapałem wielkości, ale w zasadzie jeden fragment (tak, tak ten z rulem in mojej left ręki) sprawia, że mogę słuchać bez końca.
No i w tym momencie zaczynają się schody. Mimo, że Funny How Love is fajnie przeobraża się z poprzedniczki to jednak nie jest klasa na czarną stronę, baa na płytkę nie jest klasa. Mdłe, za bardzo starające się wejść w rejony psychodeli, tutaj cienko jednak zawsze było u Królowej.
Koniec to ograny hit, ni przypiął ni przyłatał. Mogli dać na singlu tylko, bo niszczy tą bryłę jaką jest Czarna Strona, wali w nią jak nastolatek na darmowym koncie Red Tube, roztrzaskując na kawałeczki. Dobra, przesadnie, ale Seven Seas of Rhye mimo pasujące stylem i historią do Black Side to jednak powinno być bardziej w to wkomponowane.
Wcześniej szóstka teraz będzie 5. Też fajna, na 6 to umie tylko pan Bóg. _________________

GGP - na spotkanie ze świeżoscią
Bój się bloga NOWOŚĆ BLOG MUMINA
wg Matteya - bardzo sprytne ALTER EGO.
Zwycięzca Queenwizji - grudzień 2012 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Bri
Dołączył: 12 Cze 2010 Posty: 14 Skąd: 53°02'N 18°37'E
|
Wysłany: Nie Cze 27, 2010 6:00 pm Temat postu: |
|
|
W tej płycie zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ma niesamowity klimat, wszystkie utwory perfekcyjnie dopracowane, niesamowicie przyciągają. Moim ulubionym utworem z tej płyty jest chyba The March of the Black Queen, ale i tak płyta przez cały czas trzyma równie wysoki poziom i nie znalazłam na niej żadnych słabych punktów. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
OberstPrymas

Dołączył: 24 Kwi 2010 Posty: 2830 Skąd: Świebodzice
|
Wysłany: Sob Paź 23, 2010 9:42 pm Temat postu: |
|
|
Genialne:
White Queen
Nevermore
Bardzo dobre:
Procession
Father to Son
Some Day One Day
Ogre Battle
TFFMS
TMOTBQ
Seven Seas Of Rhye
Dobro-średnie:
The Loser In The End
Funny How Love Is
Moja ulubiona płyta. Geniusz w czystej postaci. _________________ FAN KOBIAŁEK
GOŁA KASIA |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Aia

Dołączył: 02 Gru 2010 Posty: 200 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Gru 06, 2010 10:41 am Temat postu: |
|
|
Queen II jest moim najukochańszym albumem. Z pełną świadomością użyłam mocno emocjonalnego określenia "ukochany" bowiem najlepiej oddaje mój stosunek do niego . To dzięki niemu wróciłam po latach do Queen (niczym syn marnotrawny ), w zasadzie można powiedzieć, że odkryłam go całkiem na nowo.
Jestem bowiem dzieckiem swoich queenowych rodziców, rosłam z Freddiem w uszach, bardzo długo była to "moja" muzyka z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, z którą łączyła mnie silna więź uczuciowa (siłą rzeczy), ale większych rozkoszy czysto muzycznych we mnie nie wzbudzała. Przypuszczam, że w dużej mierze dlatego, że rodzice lubowali się raczej w późnej twórczości zespołu, gro wczesnych dokonań było mi całkiem nieznanych. Wcale nie tak dawno temu postanowiłam "odkopać" Queen i przyjrzeć się mu na nowo, co traktowałam jak swoiste "zdziadzienie", rodzaj "powrotu do korzeni" po wygaśnięciu ostatnich drgań młodzieńczego buntu .
Owo "ponowne odkrycie" było jak grom z jasnego nieba. Do tej pory ciarki mnie przechodzą na wspomnienie pierwszego odsłuchu QII, tego wstrząsu, który wywołało i narodzin dojmującego, gryzącego pytania jak mogłam żyć tyle z taką perłą pod nosem i nie chłonąć jej piękna wszystkimi zmysłami Teraz nadrabiam zaległości...Mogę słuchać tego albumu na okrągło. Ma w sobie moc, ma w sobie magię, a co chyba najważniejsze ma jakiś rodzaj mistycznej niemal energii, która pobudza mnie do życia jak naprawdę mało co Ta muzyka naprawdę daje mi niesamowitego kopa, nurzając się w niej czuję się autentycznie "naprana" Ostatni raz czułam się tak przy Doorsach, Floydach i Zeppelinach w czasach licealnych...Obłęd.
Ale do rzeczy. W związku z tym co wysmarowałam powyżej, autentycznie nie jestem w stanie wskazać słabych stron, gorszych momentów. Jak słusznie napisali niektórzy moi przedmówcy/czynie album zyskuje siłę odsłuchiwany jako całość. Kiedy można się dać "chwycić za rękę" przy pierwszych taktach i "popłynąć". Wszystkie utwory układają się w harmonijną całość, album jest bardzo spójny, wyważony, moim zdaniem świetnie dopracowany. Czuć w nim lekkość, radość płynącą z grania, siłę nowych brzmień, frajdę z poszukiwania i odkrywania, to one się tak udzielają słuchającym przekazując swoje siły witalne ;D.
Nadmienię tylko moje naj, zaznaczając, że reszta naprawdę niewiele ustępuje
Najsilniej działają na mnie: Ogre Battle, The March Of The Black Queen pomimo, że są niesamowicie rozbudowane muzycznie, można by nawet powiedzieć, że przeładowane mnogością dźwięków, czasem "od czapy" wszystko idealnie ze sobą harmonizuje i gra, gra aż ciarki przechodzą. Naprawdę dla mnie mistrzostwo. Pełna ekstaza
Delikatne, króciutkie Nevermore ma też swój niesamowity urok, jest takie oniryczne, jak nocny chlip w poduszkę
Seven Seas Of Rhye też uwielbiam, jest nieco "lżejsze", skoczniejsze w potocznym rozumieniu, o klarowniejszych rytmach, naprawdę mega energetyczne. To mój niezawodny poprawiacz humoru
Pisząc o QII nie mogę nie wspomnieć o wokalu Freda, który moim zdaniem na tym albumie brzmi totalnie odjazdowo i chyba najbardziej go lubię właśnie z tego czasu. _________________ Errare humanum est...
SERDUCHA SERDUCHOM |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Pon Gru 06, 2010 2:43 pm Temat postu: |
|
|
No!!!!!!!
Dawno nie było tu nowego użytkownika, którego bym czytał z takim zaciekawieniem.
Prosimy więcej recenzji  _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
Wysłany: Pon Gru 06, 2010 2:56 pm Temat postu: |
|
|
I który pisze z sensem! Szczególnie o tym poprawianiu humoru przez Seven Seas of Rhye, które na tym forum jest potwornie niedocenione przez grono progresywnych buców. _________________
PORTFOLIO / 1 DZIEŃ 1 PŁYTA / QW OKŁADKI / KOPS / ZUPA |
|
| Powrót do góry |
|
 |
wasdfg7

Dołączył: 16 Paź 2005 Posty: 4279 Skąd: Dębica/Wrocław
|
Wysłany: Pon Gru 06, 2010 5:19 pm Temat postu: |
|
|
| kater napisał: | | I który pisze z sensem! |
To przede wszystkim! Dziwne że o tym nie napisałem  _________________

MARILLION - BRAVE
The true soul of Queen band is lost...
______________________________
I've Been Blessed By God
Yet I Feel Forsaken
All To Me Was Given
Now It's Finally Taken |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Aia

Dołączył: 02 Gru 2010 Posty: 200 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Gru 06, 2010 9:31 pm Temat postu: |
|
|
Dzięki za dobre słowo Nigdy nie pisałam o muzyce, to dla mnie całkiem nowe doświadczenie, więc tym bardziej mnie cieszy, że ktoś w ogóle przebrnął przez moje wypociny
Pewnie od czasu do czasu coś jeszcze nasmaruję. Pochłania to jednak póki co dużo energii, więc muszę sobie racjonalnie "dozować" pisanie Choć w zasadzie teraz powinno być już łatwiej, bo z żadnym innym albumem nie jestem aż tak związana (może poza Innuendo, ale to z zupełnie innych powodów), więc i słowa łatwiej będzie znaleźć
Seven Seas of Rhye niedoceniane ? Aż się wierzyć nie chce jak można przejść obojętnie obok takiego skocznego, optymistycznego grania. Na blade zimowe świty jak znalazł Od razu banan na twarz i trzeźwieję w podrygach nakładając mazidła przed lustrem
 _________________ Errare humanum est...
SERDUCHA SERDUCHOM |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
Bizon

Dołączył: 24 Sty 2004 Posty: 13394 Skąd: Radomsko/Łódź
|
Wysłany: Pon Gru 06, 2010 9:44 pm Temat postu: |
|
|
ale jak ja pisze, ze to jedna z moich 10 plyt wszech czasów, to zaden nie pochwali... naprawde, pojawi sie nowa dostawa płci przeciwnej na forum i katery juz glupieją...  _________________
if you don't like oral sex, keep your mouth shut...
http://issuu.com/rockaxxess/docs/rock_axxess_15-16 - nowy numer ROCK AXXESS
you never had it so good, the yoghurt pushers are here |
|
| Powrót do góry |
|
 |
goat

Dołączył: 17 Sie 2010 Posty: 141 Skąd: sławno
|
Wysłany: Wto Gru 07, 2010 12:04 am Temat postu: |
|
|
cos jest na rzeczy, bo tez tak pomyślałem...  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
Wysłany: Wto Gru 07, 2010 12:18 am Temat postu: |
|
|
Ty Bizon akurat, o ile się nie mylę, a nie mylę się, co do SSOR pierdolisz zazwyczaj od rzeczy  _________________
PORTFOLIO / 1 DZIEŃ 1 PŁYTA / QW OKŁADKI / KOPS / ZUPA |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Bizon

Dołączył: 24 Sty 2004 Posty: 13394 Skąd: Radomsko/Łódź
|
Wysłany: Wto Gru 07, 2010 12:21 am Temat postu: |
|
|
e? przecie ja lubie ten kawalek i to bardzo  _________________
if you don't like oral sex, keep your mouth shut...
http://issuu.com/rockaxxess/docs/rock_axxess_15-16 - nowy numer ROCK AXXESS
you never had it so good, the yoghurt pushers are here |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fenderek

Dołączył: 14 Lis 2003 Posty: 13423
|
Wysłany: Wto Gru 07, 2010 8:27 am Temat postu: |
|
|
| Aia napisał: | Od razu banan na twarz i trzeźwieję w podrygach nakładając mazidła przed lustrem
|
Po prostu kater też uwielbia nakładać mazidła przed lustrem przy SSOR... _________________

Be who you are and say what you feel, because those who mind don't matter and those who matter- don't mind.
A teraz, drogie dzieci ... pocałujcie misia w dupę
http://fenderek.blogspot.co.uk/ |
|
| Powrót do góry |
|
 |
kater

Dołączył: 24 Maj 2006 Posty: 6820 Skąd: Góry Samotne
|
Wysłany: Wto Gru 07, 2010 9:26 am Temat postu: |
|
|
| Bizon napisał: | e? przecie ja lubie ten kawalek i to bardzo  |
Fak, musiałem Cię pomylić z jakimś bizonoidem. No to chodź na seks. _________________
PORTFOLIO / 1 DZIEŃ 1 PŁYTA / QW OKŁADKI / KOPS / ZUPA |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Bizon

Dołączył: 24 Sty 2004 Posty: 13394 Skąd: Radomsko/Łódź
|
Wysłany: Wto Gru 07, 2010 12:19 pm Temat postu: |
|
|
niestety, jestes pelnoletni... _________________
if you don't like oral sex, keep your mouth shut...
http://issuu.com/rockaxxess/docs/rock_axxess_15-16 - nowy numer ROCK AXXESS
you never had it so good, the yoghurt pushers are here |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Lesheq

Dołączył: 17 Paź 2007 Posty: 785 Skąd: Przemyśl/Kraków
|
Wysłany: Pon Sty 31, 2011 2:57 pm Temat postu: |
|
|
| mumin_king napisał: | | jednak Queen II oprócz swej niezaprzeczalnej genialności jest też strasznie nierówna, Bóg. |
No właśnie i tu jest problem, który w mojej prywatnej ocenie dotyczy wszystkich płyt Queen, nawet tych najgenialniejszych. Pewien element nierówności czy wręcz umieszczenie czegos słabego pomiędzy arcydziełami. Q II to jedna z moich 3 ulubionych płyt (razem z Jazz i Races) ale zawiera słabsze i niepasujace tu rzeczy: Looser i Funny – zwłaszcza ten drugi kawałek jako zwieńczenie czarnej suity (która sama w sobie miażdży takie rozbuchane kompozycje jak Atom Heart Mother czy Echoes) wydaje się drastycznie słaby. Po cudownie połączonych 4 kawałkach (Ogre-Feller-Nevermore-March) taki irytujący gniot. Czemu ktoś Freda nie powstrzymał wtedy, gdy niszczył swoje arcydzieło takim shitem? Gdyby z QII wyrzucić Loosera i Funny, a w ich miejsce rozbudować pozostałe kompozycje, mielibysmy płytę taką jak „In The Court of The Crimson King”: doskonałą od początku do końca, bez ani jednej zbędnej nuty. Szkoda, choć nawet z tymi przywarami, Q II to jedna z najlepszych płyt w historii rocka.
Gdybym był wtedy z nimi w studiu, doradziłbym im zrezygnowanie z gniotów i nagranie płyty w tym kształcie. Wystarczyłoby, aby tylko troszkę powydłużali solówki, rozbudowali niektóre fragmenty i np. zrobili małe „zapętlenie” by suita kończyła się powrotem riffu z Ogre Battle.
"Procession" 1:32
"Father to Son" 8:14
"White Queen 6:33
"Some Day One Day" (May) – 4:21
Black Suite: 18.30
"Ogre Battle" (Mercury) – 5:08
"The Fairy Feller's Master-Stroke" (Mercury) – 2:41
"Nevermore" (Mercury) – 1:17
"The March of the Black Queen" (Mercury) – 9:08
"Seven Seas of Rhye" (Mercury) – 2:48 _________________ Lesheq |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Writer
Dołączył: 09 Sty 2011 Posty: 17
|
Wysłany: Pon Sty 31, 2011 3:52 pm Temat postu: |
|
|
A co Twoim zdaniem jest takiego złego w Funny? To, że nie jest to równie rozbudowana kompozycja jak inne na płycie? Że jest lekka, łatwa i przyjemna? Dla mnie wsadzenie jej w tym a nie innym miejscu było świetnym pomysłem - po niesamowicie rozbudowanym i ze wszech miar genialnym March mamy coś wręcz beatelsowsko lekkiego, dającego nawet okazję do pośpiewania. Wspaniałe jest samo przejście między tymi utworami - to wznoszenie March i wybuch w postaci Funny.
Zgodzę się natomiast, że niemal każda płyta Queen miała jakiś fragment, choćby niewielki, który psuł jej ogólny obraz - ANATO ma Sweet Lady, Innuendo Hitmana itd. Moim zdaniem pod tym względem II jest chlubnym wyjątkiem - nie pozbywałbym się z tej płyty ani jednego utworu. I między innymi dlatego jest najlepszą płytą zespołu  |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Aia

Dołączył: 02 Gru 2010 Posty: 200 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Pon Sty 31, 2011 8:26 pm Temat postu: |
|
|
| Lesheq napisał: | | zawiera słabsze i niepasujace tu rzeczy: Looser i Funny – zwłaszcza ten drugi kawałek jako zwieńczenie czarnej suity (która sama w sobie miażdży takie rozbuchane kompozycje jak Atom Heart Mother czy Echoes) wydaje się drastycznie słaby. Po cudownie połączonych 4 kawałkach (Ogre-Feller-Nevermore-March) taki irytujący gniot. Czemu ktoś Freda nie powstrzymał wtedy, gdy niszczył swoje arcydzieło takim shitem? |
Zgadzam się z Writerem, że chyba przesadzasz... Daleka jestem od uwielbienia tych kawałków, ale szitem bym ich jednak w żadnym razie nie nazwała. Szczególnie Funny, która jest leciutka jak piórko i moim zdaniem stanowi rodzaj otrzeźwiającego wdechu po obłędnie narkotycznej Black Queen. Taki przecinek, a nie irytujący gniot.
Fred wiedział co robi. Miał facet wyczucie i umiejętność wyważania nastrojów i rozładowywania napięcia. Był w tym świetny. Do tego był iście artystyczną duszą, po mistrzowsku bawił się nonsensem, grając na nosie naszej percepcji . Funny po Marszu Czarnej Królowej to właśnie jeden z nich!
Ten album jest inny niż wszystkie (za to go tak bardzo kocham). Chyba od początku nie miał być taki do końca "na poważnie", taki do końca wyważony i mocarny w każdym calu, bo jak, kiedy sam Queen taki nie był . Królowa to nie wirtuozerskie, wycyzelowane i jednak "bardzo poważne" King Crimson .
Queen (choć wirtuozerii nie można im ująć!) to przede wszystkim energia, radość, zabawa w najlepszym z możliwych wydaniu...I tak było od początku. Ta ich siła witalna jest niemal namacalna, a już na pewno odczuwalna. Stąd Funny, stąd Some Day One Day...Które go tonują i "napowietrzają", to są takie wentyle. Ostatecznie podobną rolę pełni Seven Seas of Rhye, choć tutaj radosna, energetyczna strona muzyczna równoważona jest przez cudownie irracjonalny, zupełnie odjazdowy i jednak dość mroczny tekst.
Loser to inna historia, rzeczywiście odstaje od reszty, ale nie irytuje ponad miarę...
Takie moje zdanie , ale tylko moje i to przez wielkie "M". Pozostając bowiem od pierwszego usłyszenia w objęciach szaleńczej miłości do tego albumu nie posiadłam nigdy zdolności jasnego nań wejrzenia. _________________ Errare humanum est...
SERDUCHA SERDUCHOM |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Oskar
Dołączył: 02 Lip 2011 Posty: 588 Skąd: Rumia
|
Wysłany: Pią Lip 08, 2011 5:52 pm Temat postu: |
|
|
Jest to jedna z tych płyt, które cenię sobie najbardziej w dorobku Queen. Jest świadectwem niezwykłych umiejętności zespołu w tym czasie.
Od glamrockowego "Father To Son" poprzez obsesyjne "The Loser In The End" aż po operowe "The March of The Black Queen" zespół pokazuje na co go stać, a stać na wiele.
Ale po kolei.
Procession to idealne rozpoczęcie albumu.
Niejako zapowiada go, bowiem jest oparty na nakładkach partii gitarowych, a na tym opiera się chyba większość utworów na Queen II. Fajnie wprowadza słuchacza w te klimaty.
Father To Son to glamrockowy utwór zdominowany przez nakładki gitarowe. Najbardziej podoba mi się środkowa część utworu, gdzie Brian i Roger dają do wiwatu uszom, zwłaszcza w słuchawkach. Jeden z ulubionych z płyty.
White Queen(As It Began) - Miód dla uszu. I tu znowu nakładki. Partie gitary akustycznej, nierzadko naśladującej Sitar, nałożone na partie gitary elektrycznej dają niezapomniany efekt i niepowtarzalny klimat.
Some Day, One Day - To samo co słyszymy w poprzedniej kompozycji - akustyk i elektryk naraz. Nieco słodki utwór, ale ja go lubię. Uważam że bardzo dobrze Brian tu dał sobie radę jako wokalista.
The Loser In The End to zaśpiewane przez Rogera.
Narzędzie pracy Rogera tworzy tu razem z nim zgraną parę.
Roger świetnie to zaśpiewał. Jest to obsesyjna piosenka i dosyć prosta jak na Queen II, dlatego nieco odstaje od reszty, ale w nieznacznym stopniu. Przynajmniej pasuje tu lepiej niźli miało tu być "See What A Fool I've Been".
Ciekawe aranżacje instrumentów perkusyjnych i za to mały plusik odemnie.
Ogre Battle - Zawsze wkurzało mnie to, że utwór ten długo się zaczyna. Jednak wolałbym żeby wersja studyjna zaczynała się tak jak koncertowa. Tym charakterystycznym i wspaniałym riffem gitarowym.
Ale znając Freddiego, pewnie uparł się na ten wstęp i takim oto sposobem mamy przedłużenie utworu o jakieś 45 sekund.
Kolejny glamrockowy kawałek porywający mnie zawsze do wzięcia w ręce rakietę tenisową i skłaniający mnie do naśladowania May'a...
Poprostu porywający utwór. Zarówno w wersji studyjnej jak i koncertowej. Należy do najcięższych w dorobku grupy i tym samym do moich ulubionych wogóle.
The Fairy Feller's Master-Stroke to chyba najlepszy przykład użycia stereofonii w muzyce Queen.
Jest czymś baśniowym, jakby wyciągniętym z innego świata, niezwykłym.
Nevermore zawsze skłania mnie to ponownego przesłuchania.
Mówi do mnie: "Jeszcze raz, Oskar, jeszcze raz mnie posłuchaj", ja zawsze jej ulegam i sprawiam sobie powtórkę z przyjemności.
Chodzi o to że jest genialnie, ale krótko. Może to czyni ją tak wyjatkową?
The March Of the Black Queen - Tutaj zaś jest i długo, i świetnie.
Zawiera w sobie wszystko, co jest na QUEEN i QUEEN II, oraz troszeczkę na Sheer Heart Attack. Więc wszystko to co Queen miało w sobie w okresie 1973-1974.
Mi najbardziej tutaj podoba się fragment od początku 3 minuty do końca piosenki, czyli poprostu druga połowa utworu. Ale i całość jest niezwykle piękna. Najlepsza piosenka albumu według mnie.
Wielkie dzieło zawierające i części spokojne, aksamitne dla ucha, oraz częśi ostre, połączenie przyjemnego z pożytecznym.
Funny How Love Is - Hałaśliwy podkład sprawia, że odnoszę wrażenie, jakby główną melodię wiódł i tworzył głos Freddiego.
Seven Seas Of Rhye to największy przebój z albumu.
Lubię go, aczkolwiek nigdy nie przykuwałem do niego większej uwagi. Fajne zakończenie albumu. _________________ O! To też jest Queen'ów? Fajny kawałek! |
|
| Powrót do góry |
|
 |
punkadiddle
Dołączył: 26 Lis 2008 Posty: 1123
|
Wysłany: Sob Lip 16, 2011 10:22 pm Temat postu: |
|
|
| To też jedna z moich ulubionych płyt (obok debiutu). Ale tym razem skupię się trochę bardziej na mniej ciekawych rzeczach na niej. Myślę, że najmniej lubię "The Loser in the End" i "Some Day One Day", chociaż i te sprawiają mi przyjemność podczas słuchania (jak wszystkie piosenki Queen, może poza "My Baby Does Me"). Podzieliłam sobie głosowanie na dwie części, tak jak płyta jest podzielona na czarną i białą. Z czarnej powinna odpaść "Ogre Battle", ale po zestawieniu wyszło, że i tak Brajanowe powidła są znacznie gorsze. W ogóle cała czarna strona bardzo mi się podoba, tym bardziej, że cała od Freddiego. Tylko wstęp jakoś średnio, niespecjalnie przepadam za tym wyciem na początku, ale pewnie przy słuchaniu aż tak mnie to nie razi, jak kiedy o tym rozmyślam bez słuchania. W każdym razie teksty Freddiego jak zwykle najbardziej do mnie trafiają, zwłaszcza na tym etapie działalności. Tymczasem Brian akurat wtedy smęcił, zresztą on chyba żyje w myśl zasady, że smętów nigdy dość. ;) |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
|
|